Drezno. Największa strucla świata

Początek
9 min. czytania

Z powodu pandemii na ulicach Drezna nie pojawi się największa bożonarodzeniowa strucla świata. Niemcy są niepocieszeni.

Fot. Travel Magazine

Od ponad ćwierć wieku barwna parada przemierzała w grudniu ulice Drezna. Na jej zakończenie rozdzielano pomiędzy tysiące ludzi ważące kilka ton bożonarodzeniowe ciasto. Tej zimy zabawy nie będzie.

Na początku grudnia wypiekano tu największą struclę świata. Złożoną z kawałków ciasta o powierzchni biurka. Układanych piętrowo, zalewanych masłem, posypywanych kilogramami miałkiego cukru. Zadaniem piekarzy było uwinięcie się z pracą przed drugą niedzielą adwentu. To wtedy przypada święto Stollenfest. Strucla trafiała na platformę ciągniętą przez parę koni i w aplauzie wiwatującego tłumu wieziona była przez miasto. COVID-19 wysłał właśnie drezdeńską tradycję w niebyt.

Mimo to Drezno, jak co roku, od listopada tonie w zapachu rumu, rodzynek i lekko cierpkich skórek cytronu i pomarańczy. Ten obłok snuje się w uliczkach, płynie z okien piekarni, osiada na włosach i ubraniu. Imprezy ulicznej nie będzie, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by wypiekać i sprzedawać strucle w bardziej standardowych rozmiarach. Bez stollena nikt w Dreźnie nie wyobraża sobie bowiem udanych Świąt.

Długą drogę do ważącej kilka ton strucli stollen rozpoczął w 1474 roku. A w każdym razie wtedy został po nim namacalny ślad – wzmianka w rachunkach zakonnego szpitala św. Bartłomieja. Średniowieczny wypiek, jak przystało na czas adwentowego umiaru, lepiony był tylko z mąki, drożdży i wody. Przyciężki, pozbawiony polotu placek nie budził raczej wśród pacjentów równie gorących emocji jak u dzisiejszych mieszkańców Saksonii.

Kościół na każdy dodatek masła, mleka czy miodu do adwentowych ciast patrzył niechętnie. Wypieki miały stawać w gardle, by nie rozpraszać wiernych w pełnym zadumy oczekiwaniu na narodziny Zbawiciela.

Elektor saski Ernst von Sachsen wraz z bratem Albrechtem wysłali do Ojca Świętego prośbę o złagodzenie zakazu. Batalia o obecność masła w cieście zakończyła się jednak sukcesem dopiero za następnego papieża, Innocentego VIII. Jego „list maślany” z 1491 roku udzielił drezdeńczykom dyspensy od postnego traktowania strucli. Papieska wyrozumiałość nie wyszła jednak poza dworskie stoły. Przywilej zajadania się wypiekiem ociekającym masłem zyskał jedynie dwór królewski. Lud za chwilę kalorycznej przyjemności musiał płacić 1/20 guldena rocznie.

Wtedy jednak nikt jeszcze nie myślał o tworzeniu ciast mających po kilka ton. Pierwszy gigant pojawił się dopiero w 1730 roku, w Zeithain, miejscowości nieopodal Drezna.

To tam, ponad 20 tys. gości zaproszonych przez Augusta II Mocnego na festyn Zeithainer Lustlager pochłonęło przygotowaną na tę okazję wielką struclę.

By sprostać oczekiwaniom uczestników święta, mistrz drezdeński Johann Andreas Zacharias wyczarował ciasto mające niemal dwie tony wagi. Przez tydzień biedziło się nad nim stu asystentów. Zużyto 3600 jaj, 326 baniek mleka i 20 centarów (1028 kg) mąki.

Zanim żołądki gości mogły się napełnić, ciasto trafiło do pieca na sześć godzin. Przetoczenie wozu z gotowym już stollenem nadwątliło siły aż ośmiu koni. Wypiek powstał co prawda w czerwcu i użyto w nim jaj, których w klasycznym przepisie nie ma, rozmiarami zdołał jednak uciszyć malkontentów i uważa się go za praojca dzisiejszego struclowego giganta.

Składniki tradycyjnego stollena są dokładnie określone. Oprócz pszennej mąki i skórek, do ciasta wędruje klarowane masło, drożdże, mleko, cukier, słodkie i gorzkie migdały, trochę soli, korzenne przyprawy oraz namoczone w rumie rodzynki.

Kształt strucli nie jest okiełznany foremką, daleko mu więc do idealnych proporcji, jakich spodziewać by się można po niemieckich mistrzach fachu.

Ten trochę chropowaty wypiek, bardziej przypomina solidny placek niż ciasto. Po ostygnięciu znika pod warstwą cukru pudru.

Dla drezdeńczyków udział w ulicznej paradzie był zawsze dopełnieniem bożonarodzeniowego rytuału. Gigantyczna strucla, tocząca się przez starówkę, cieszyła się przywilejami celebryty. Asysta policji, tłumy, flesze fotoreporterów. 

Po symbolicznym przecięciu stollena, do pracy przystępowała ekipa piekarzy, ćwiartująca ciasto na tysiące półkilowych kawałków. Każdy chętny zaopatrywał się w kosztującą sześć euro pieczęć, którą można było wymienić na porcję wypieku. I choć to najtańszy sposób na jego kupno, to nie wizja oszczędności pchała ludzi do ustawienia się w kolejce. Ważniejszy był sam udział w corocznym wydarzeniu.

Rozparcelowanie strucli mającej od 4 do 6 metrów długości i ważącej 3-4 tony zajmowało pół dnia. Wieczorem na blaszanej platformie pozostawały jedynie pojedyncze okruchy.

Drezdeńczycy lubią w ten dzień wybrać się po zmroku na spacer ulicami miasta, nie rozstając się z charakterystycznymi torbami ze struclową zdobyczą. Nosi się je z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku i wrażeniem, że wszystko znów jest tak, jak należy.

W tym roku ich brak na ulicach będzie znakiem, że do normalności wciąż jeszcze daleko.

Redakcja

Travel Magazine to kreatywny i kulturalny magazyn o świecie. Podróżowanie jest jedną z form opowiadania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.