Berlin przestaje być stolicą wolności i taniego, bohemistycznego życia
Rys. Rafał Reyman
Prawie pół dekady temu, gdy pierwszy raz wysiadłam na stacji metra Rathaus Neukolln, na zawsze zostałam wciągnięta w wir absurdu Berlina. To właśnie tutaj uderzył mnie dysonans przeciwnych ścieżek życia spotykających się na platformie linii U7. Pamiętam obraz drag queens, z klubu Schwuz, proszących o ognia mężczyznę w tradycyjnej afgańskiej koszuli perahan. Przez następne dni warstwami rozpada się moje wyobrażenie tego, czym jest Berlin. Obraz miasta, okrzykniętego przez media jako miejsce upadłe, rozwiązłe, zniszczone przez migrację. Od tego czasu – jak prawie 100 000 polaków w Berlinie – sama staję się imigrantką. Żyjąc tutaj zderzam się z nigdy nieustającym tempem przemian. Berlin po raz kolejny zrzuca warstwę siebie, wchodząc w coś nowego i nieznanego. Rathaus Neukölln to symbol tych przemian.
Zachodnia dzielnica Neukölln zawsze odstawała od tej i tak już atypowej metropolii.
Do 1920 była samostanowiącym miastem – stąd Rathaus (ratusz). Wraz z pełzającą urbanizacją stolicy nowo powstałych Niemiec, miasto staje się jednym z Bezirk-ów (dzielnic). W 1933, gdy reszta kraju idzie w brunatną stronę, robotnicza Neukölln twardo stoi z komunistami z KDP i socjaldemokratami z SPD.
Po wojnie główna arteria dzielnicy – pomimo bycia w Berlinie Zachodnim – zostaje nazwana Karl-Marx Straße. W latach 70. tę ulicę zasiedlają następni, kontynuujący krąg życia dzielnicy – tureccy Gastarbeiter. Imigranci zarobkowi zaproszeni do przeprowadzki przez niemieckie koncerny poszukujące siły roboczej. W następnych dekadach proces ten samoistnie przyspiesza. Niemieccy robotnicy wyprowadzają się na przedmieścia, a Neukölln staje się zaniedbywana przez władze. Kolejne dziesięciolecia to wzmożona migracja tureckich i bliskowschodnich mieszkańców do rozpadającej się dzielnicy. W latach 90. dochodzi do kolejnego przesilenia: po upadku Muru, na parę lat administracja miasta jest przeciążona zjednoczeniem. Młodzi z całego świata, zachęceni tanimi czynszami i ogólną anarchią, najeżdżają dzielnicę. Pojawia się masa, dzisiaj słynnych już klubów – jak RSO na Sonnenallee. Opuszczone kamienice zamieniają się w kolektywy i squaty. To jest Berlin, do którego przyjechałam.
Ta rzeczywistość powoli staje się kolejnym, oddalającym się obrazem w historii miasta.
Moja nauczycielka niemieckiego, rdzenna Berlinka mieszkająca dwie ulice dalej od miejsca swojego urodzenia w 1965, opowiada mi o zmianach. Wpatrując się w cappuccino w zawrotnej cenie 4€ (tak, na standardy Berlina 16 złotych za kawę jest wysoką ceną) opowiada mi o czasach, gdy w dzielnicy znajdowała się tylko jedna kawiarnia. Mówi o Cafe Wilhelm z bardzo rozległym menu: do wyboru była kawa czarna lub z mlekiem.
Teraźniejszość nie mogłaby być bardziej inna. W ostatnich latach na każdym rogu otwiera się kolejny lokal z single-origin speciality coffee. Stację Rathaus Neukölln otaczają nowo wybudowane biura i food halle z obsługą i klientelą mówiącą głównie po angielsku. Chwilę stąd, na Admiralbrücke – moście-pasie startowym letnich, wieczornych wypadów – zainstalowano maszynę monitorującą poziom głośności. Mieszkańcom wyremontowanych apartamentowców wpatrujących się w Landwehrkanal nie podoba się, iż miasto żyje. To samo dzieje się w całej dzielnicy.
Pracując w typowym berlińskim barze Das Gift, prawie co noc odbierałam upomnienia od policji.
Nowi sąsiedzi nie potrafili zaakceptować, że kupienie mieszkania nad barem może wiązać się hałasem. Raz, w akcie desperacji, ci sami sąsiedzi, wrzucili w parkiet, wprost z ulicy, worek pełen śmieci. Ci zwabieni wolnością i anty-konformizmem zdają się zapominać co sprawiło, że miasto takim się stało. Podobne historie opowiada mi Cedric – rdzenny Berlińczyk, raper, poeta.
„Pandemia tylko przyśpieszyła nieuniknione”.
Chodząc ulicami miasta opowiada mi o światach utopionych w zawiadomieniach o podwyższeniu czynszu. O tym, jak latach dwutysięcznych grał w kosza na polu przy Alexanderplatz. Teraz znajduje się tam galeria handlowa Alexa. Wspomina lądowanie przy jeszcze wówczas działającym lotnisku Tempelhof – dzisiaj jest to park. W 2025, władze miasta ogłosiły plany zbudowania tam nowych apartamentowców.
Berlin przestaje być stolicą wolności i taniego, bohemistycznego życia.
Wspomniany już klub Schwuz – najdłużej istniejący lokal gejowski w Niemczech – zamyka się z końcem tego roku. RSO, lokalna ikona techno, w 2020 przeniósł się na przedmieścia. To samo dzieje się z miejscami kultury, społecznościami i wszystkim, co przez ostatnie dekady kształtowało krajobraz miasta. Cedric żali się, że duża część jego znajomych opuszcza, lub już opuściło Berlin. Wielu z nich zdało sobie sprawę, że etap miasta, dla którego tu przyjechali kończy się. Tak, jak ich poprzednicy, muszą teraz przekazać pałeczkę następnym.
W Berlinie nic nie jest stałe. Prośba o zachowanie tego unikalnego epizodu jest więc antytezą filozofii tej metropolii. Mając to na uwadze, jakaś cząstka mnie ma nadzieję, że w tym przypadku tak się stanie. Że Berlin chociaż na chwilę stanie w miejscu.

