Jak wybrać się w erotyczną podróż

Początek
21 min. czytania

Jeżeli kobieta nie przeżywa orgazmu, odpowiedzialność za to w wielu kulturach spada na mężczyznę – mówi seksuolog dr Robert Kowalczyk

Czy da się narysować seksualną mapę świata?

Robert Kowalczyk: Oczywiście. Seks jest nieodłącznym elementem życia, ale też kultury. A kultura, choć ma wiele cech wspólnych, jest też związana z danym miejscem. Wyjeżdżając poza własny kraj, stykamy się z innymi kodami seksualnymi. Przy odrobinie uwagi, oglądając zabytki lub obserwując ludzi dostrzeżemy kontekst seksualny. Balkon i grób Julii w Weronie, ociekające erotyzmem figurki w hinduistycznym zespole świątyń w Khajuraho, sposób, w jaki pary dotykają się – lub nie dotykają – na ulicy: to wszystko ma w sobie seksualny albo miłosny wymiar. I wiele mówi o zwyczajach i kulturze. By to dostrzec, nie musimy wcale iść z kimś do łóżka.

Jak daleko więc różnimy się w seksualnych preferencjach i zachowaniach? Wyjeżdżając do Azji lub Afryki przeżyjemy szok?

Seksualność jest w różny sposób interpretowana w poszczególnych częściach świata. To co nam wydaje się seksowne, w innej kulturze może powodować co najwyżej obojętne wzruszenie ramion i odwrotnie. Równocześnie jednak miłość jest zjawiskiem wspólnym dla wszystkich kultur. Gdzie by się nie pojechało, trafi się na miłosne wiersze, psalmy, opowieści. Temat miłości interesuje wszystkich. To są kody zrozumiałe w każdym miejscu globu. Nie bez powodu filmy czy książki całego świata globu opowiadają o intymnych relacjach kochanków. Niezależnie od miejsca pochodzenia, rozumiemy co dzieje się między zakochanymi, ogarniętymi pożądaniem osobami. Na poziomie szczegółów różnice seksualne będą więc występować, ale fundamenty są wspólne wszystkim.

To może być ciekawy pomysł na podróż. Wybrać się gdzieś, by wyłapywać różnice oraz podobieństwa seksualnej rzeczywistości.

Każda zmiana perspektywy jest cenna. Również dlatego, że pozwala w odmienny sposób spojrzeć na własną seksualność. I być może pomóc nam przełamać własne ograniczenia, zainspirować się, przyjrzeć się krytycznie nawykom, które bardzo często biorą się z wychowania i kultury. Gdy zetkniemy się z innym pomysłem na erotykę, łatwiej zaakceptujemy to, co wcześniej wydawało nam się dziwne. Może zresztą, gdybyśmy poznali więcej kultur, nie reagowalibyśmy z taką paniką na „gender” i z zaciekawieniem przyglądalibyśmy się różnym wzorcom płci.

Czy postrzeganie erotycznej rozkoszy też jest zależne od kultury? Wydawałoby się, że orgazm jest przeżyciem wspólnym dla wszystkich.

Kultura zachodnia osadzona jest w tradycji judeochrześcijańskiej, która nakłada na seksualność cały szereg nakazów i zakazów. Seksualność w dużej mierze poddana jest u nas ocenom moralnym. Powoli się to zmienia, ale wciąż powszechnie potępiany jest seks pozamałżeński, niesłużący prokreacji, niosący jedynie przyjemność. Na kobiety, które otwarcie mówią o potrzebach seksualnych i dążą do ich zaspokojenia patrzy się nieufnie, często sprowadzając je do roli dziwek. W mocno katolickiej Polsce jest to widoczne bardzo silnie.

A są kultury, które postrzegają przyjemność seksualną w odmienny sposób. W hinduizmie kontakty intymne są mocno nastawione na czerpanie przyjemności. Jest ona wartością samą w sobie. Literatura z tego obszaru kulturowego ukazuje kobiety jako osoby przeżywające dużo bogatszy wachlarz rozkoszy niż mężczyźni. Co ciekawe, jeżeli kobieta nie przeżywa orgazmu, odpowiedzialność za to spada na mężczyznę. Podczas tradycyjnego hinduskiego ślubu mąż przyrzeka pobożność, bogactwo, ale też zapewnienie żonie rozkoszy.

To przyglądanie się zwyczajom innych kultur może nas jednak zaprowadzić w rejony wątpliwe etycznie. Seks stał się dziś przemysłem, bardzo często opartym na wyzysku, a nawet niewolnictwie. I nie mówię już nawet o osobach zmuszanych do prostytucji, bo tu sprawa jest w zasadzie oczywista. Ale co, na przykład, z tak zwanym “ping pong show”, na które można natknąć się w Tajlandii? Podczas tych pokazów kobiety strzelają z waginy piłeczkami do ping-ponga. Są to imprezy przygotowywane z myślą o turystach. Czy tego typu atrakcje też powinniśmy traktować jako element kultury seksualnej danego kraju? Brać w nich udział?

Jeżeli miałbym pewność, że w żaden sposób nie uczestniczę w czyjejś krzywdzie to – dowolność praktyk mnie nie zaskakuje, a nawet zaciekawia. Niestety w tle jest często użycie danej osoby poprzez manipulację, szantaż czy przymus ekonomiczny. Mam świadomość, że jest popyt na tego typu pokazy – jest i podaż. Jeżeli jednak uznajemy, że tego typu show jest nieestetyczny w najszerszym ujęciu tego terminu – to z całą pewnością swoją osobą nie powinniśmy tego zjawiska wzmacniać.

Mówiąc o seksualności i podróżowaniu, wpadamy w schemat prób włączenia się w życie erotyczne danego miejsca. Marzymy, by na egzotycznych wakacjach poznać kochanka lub kochankę, z którymi przeżyjemy tydzień ekstazy. Pomyślałem jednak, że przecież kontakt z inną kulturą erotyczną może być inspirujący także dla par czy małżeństw. Można ten seksualny świat poznawać we dwoje, nie szukając spełnienia w ramionach nowego kochanka.

Zgadza się, tym bardziej, że wspólne podróże są często okresem, w którym łatwiej wygospodarować dla siebie czas i uwagę. Łatwiej w takich warunkach o inspirację. Możemy wspólnie obserwować miejscowe interakcje damsko-męskie, przyglądać się sposobom na podkreślanie zmysłowości przez kobiety i mężczyzn. Poznać obowiązujące modele piękna. W niektórych regionach Afryki czy Ameryki Południowej ceni się na przykład bardzo puszyste panie, a nasze umiłowanie do szczupłości jest tam trudne do zrozumienia.

Przyjrzyjmy się też samym sobie. Czy w nowych okolicznościach nasza seksualność kształtuje się w jakiś inny sposób? Coś nas inspiruje, a jeżeli tak, co? Czy odkryliśmy nagle jakiś aspekt, którego nam brakowało? Może też warto rzucić okiem na sztukę erotyczną w muzeach i galeriach albo kupić jakiś „tamtejszy” podręcznik miłości bądź przyjrzeć się erotycznym gadżetom? W niektórych krajach nie trzeba nawet iść po to do sex-shopu – co, swoją drogą, też polecam. W Bangkoku na przykład akcesoria erotyczne sprzedaje się wieczorami wprost na ulicy, na przenośnych stoiskach.

Z jednej strony uważne podróżowanie może poszerzyć naszą seksualną świadomość, z drugiej jednak często mamy problem z wyswobodzeniem się ze stereotypów dotyczących obcej kultury. Szczególnie dotyczy to miejsc odbieranych przez nas jako egzotyczne.

Mamy naturalną tendencję do patrzenia na świat z własnej perspektywy. I zwykle, nawet podświadomie oceniamy to, co widzimy uważając, że nasza kultura jest doskonalsza czy bardziej „normalna” od innych. Jest w tym spora doza niepotrzebnego wartościowania. Tak kiedyś działali kolonizatorzy, w tym misjonarze, wierząc, że reprezentują lepszą kulturę i cywilizację. Nadal niestety widać to w narracjach o oriencie. Myśląc o mieszkańcach Afryki czy Azji, o egzotycznych dla nas kobietach i mężczyznach, często przypisuje im się określone atrybuty. Tak, jakby wszyscy mieszkańcy ogromnych przecież kontynentów byli identyczni i identycznie się zachowywali. Traktujemy innych przedmiotowo, a nie jako równych nam partnerów.

Na tym opiera się seksturystyka?

W dużej mierze tak. Tym bardziej, że bardzo często jest w niej element zależności finansowej. Jedziemy do biedniejszego kraju i korzystamy z doznań seksualnych wykorzystując uprzywilejowaną pozycję ekonomiczną. A na to nakłada się postrzeganie tamtejszych osób przez pryzmat uproszczonej egzotyki. Jest w tym rys kolonializmu. Patrzymy na orient jak na przestrzeń rozpusty, w której roznegliżowane kobiety i mężczyźni są gotowi do zaspokajania naszych potrzeb. Trudno przy takim nastawieniu mówić o jakimkolwiek partnerstwie.

A nie jest tak, że w tym mitycznym oriencie szukamy tego, czego brakuje nam na co dzień?

Tak, to dodatkowy czynnik. Szukamy romansu, miłości, ale też zainteresowania naszą osobą, szansy na podreperowanie własnej samooceny. Jeżeli żyjemy samotnie albo w związku, który nas nie satysfakcjonuje, mamy nadzieję, że to, czego nam brakuje znajdziemy w odległym kraju.

Pomijając już na chwilę wspomniany kontekst kolonialny, jeżeli trafimy na empatycznego, zachwyconego i akceptującego nas kochanka czy kochankę, taka relacja może przynieść seksualną satysfakcję. Warto jednak mieć realistyczne oczekiwania – jeżeli wychodzą one poza sam seks, bardzo często relacja taka okazuje się rozczarowaniem. Świetnie pokazuje to poruszający i niezwykle prawdziwy film Ulricha Seidla „Raj: miłość”, którego bohaterka podczas wakacyjnego wyjazdu szuka spełnienia w objęciach czarnoskórego, młodszego kochanka. Zwykle z takiego raju nagle robi się piekło.

Równocześnie jednak mina nam rzednie, gdy okazuje się, że sami bywamy traktowani jako seksualny cel. Przysłuchiwałem się kiedyś rozmowie dwóch Włochów, którzy opowiadali sobie o wyprawach do Polski „na kobiety”. Użyli zwrotu – przepraszam za dosłowność – że u nas „dupy można czerpać wiadrami”. Trochę inna uroda, ekstrawertyzm, brak zahamowań w okazywaniu zachwytu to cechy, o które u Włochów łatwiej niż u Polaków. Dla Polek mogą okazać się atrakcyjne.

Fantazmaty nie dotyczą wyłącznie egzotyki. Przyjeżdżający do Polski Europejczycy też często kierują się uproszczonymi ocenami. Mężczyźni widzą tu piękne kobiety, eleganckie, seksowne ale raczej niewulgarne, a do tego tkwiące w tradycyjnej roli płci. A więc wpatrzone w partnera, czułe, gotowe do pomocy, dbające o to, by podsunąć mu pełny talerz. To bardzo atrakcyjny obraz, który nie zawsze musi być prawdziwy, ale mówimy o wyobrażeniach. A te kształtowane są przez kulturę masową. Z Europą Środkowo-Wschodnią wiąże się cały zestaw skojarzeń, tak samo jak z Europą Południową i wieloma innymi miejscami. My też mamy swoje wyobrażenia, na przykład o Włochach, którzy wydają nam się wyrafinowanymi kochankami, jurnymi i zawsze chętnymi do zabawy, choć równocześnie też trochę macho. Oczywiście upraszczam, ale trzeba pamiętać, że głębsza świadomość kulturowa często idzie w parze ze statusem i poziomem edukacji.

A więc przydaje się jednak trochę wiedzy. Pamiętam moją konsternację, gdy ujrzałem w Tajlandii kobietę idącą przez miasto z ogromnym drewnianym penisem w rękach. Uległem wtedy stereotypowemu myśleniu, wyobrażając sobie od razu nie wiadomo co, a okazało się, że ona szła do świątyni, w której penisy zostawia się jako wota. Utożsamiane są z płodnością. Ten penis nie był więc sygnałem rozbuchanej seksualności, lecz darem dla bóstw. Nie miałem wtedy o tym pojęcia, więc znalazłem się na manowcach.

Aby poruszać się w miarę swobodnie w danej kulturze, trzeba o niej dużo wiedzieć. Inaczej łatwo o pomyłkę. Odebrałeś widok drewnianego penisa jako zachowanie uwodzące, tym bardziej, że nasłuchaliśmy się przecież o niesamowitych erotycznych umiejętnościach Azjatek, więc wyobraźnia od razu pracuje. A w rzeczywistości sam nadałeś tej sytuacji takie znaczenie.

Uważam, że bez znajomości kodów danej kultury, poznanie jest niepełne. Staram się więc jak najwięcej o danym miejscu dowiedzieć, przeczytać, obejrzeć. I polecam w takich przygotowaniach wyjść poza przewodnikowe wiadomości. Obejrzeć na przykład kilka filmów traktujących o wybranych krajach i może to być zarówno niemiecki erotyk z lat 80. „Żar alpejskich spódniczek” jak i „Matador” Almodovara.

A może za bardzo koncentrujemy się na samym akcie seksualnym? Przyjemnych wrażeń możemy przecież doznać nawet nie idąc z kimś do łóżka. To raczej kwestia wyczulenia zmysłów. Pamiętam, jak w Portugalii moja przewodniczka obcałowała mnie na pożegnanie w policzki i choć nie miało to w ogóle erotycznego kontekstu – Portugalczycy tak się po prostu witają i żegnają – wprawiło mnie w drżenie. Ciepło skóry, zapach, dotyk. Czysta przyjemność.

W podróży jesteśmy bardziej niż na co dzień skupieni na tym co wokół. Rośnie też nasza ciekawość i łatwiej nam, przynajmniej na chwilę, odpuścić kontrolę. A to sprzyja wyjściu poza własne ograniczenia i zachęca do eksperymentowania. Zmysłowość ma różne oblicza, ale zawsze ubarwia nasze życie. Warto więc być bardziej otwartym na doznania – zarówno te opisywane w Kamasutrze, jak i na cmoknięcia w policzek. Tych nieseksualno-seksualnych podróży możemy odbyć wiele i mogą one przybierać różną postać. Przy odrobinie ciekawości i uwagi, da się z nich przywieźć to, czego chcemy.


Dr n. med. Robert Kowalczyk – psycholog, seksuolog kliniczny, biegły sądowy. Psychoterapeuta w Instytucie SPLOT. Kierownik Zakładu Seksuologii Wydziału Psychologii i Nauk Humanistycznych Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego. Autor i współautor ponad kilkudziesięciu publikacji medycznych i psychologicznych. W Radiu TOK FM w każdą niedzielę współprowadzi program SexAudycja/SexPodcast.

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.