Portugalia, czyli jak podróżować po kraju będącym w stanie klęski żywiołowej

6 min. czytania

Podróżowanie jest dziś trudne. Wymaga lawirowania pomiędzy ograniczeniami a poczuciem przyjemności

Wiadomość o wprowadzeniu o północy stanu klęski żywiołowej w Portugalii dotarła do mnie, gdy z paroma dziennikarzami wracałem akurat busem do hotelu w Belmonte – miejscowości w samym centrum Portugalii, u podnóża najwyższego pasma gór w kraju, Serra da Estrela.

Przez chwilę zastanawialiśmy się jak ta wiadomość wpłynie na naszą podróż. Umysł zaczął projektować obrazy zamkniętych lotnisk i uziemionych samolotów. Osób w hermetycznych kombinezonach zbliżających się złowrogo i dzierżących w dłoniach patyczki do pobierania wymazów.

Przez kilka godzin nie bardzo było wiadomo, co nas czeka. W tym mknącym ku przyszłości autobusiku, oświetlonym krwistoczerwonym światłem zachodzącego słońca, poczułem się przez moment niczym pasażer kosmicznej odysei. Przez chwilę jeszcze bezpieczny w swoim wehikule, ale mający świadomość nadciągającej katastrofy, na którą nic już nie można poradzić. Pozostaje tylko patrzenie przez okno pojazdu i napawanie się cudownością świata, który właśnie znika.

Strach ma oczywiście wielkie oczy i okazało się, że nowe obostrzenia niewiele dla podróżnych zmieniają. Stan klęski żywiołowej brzmi groźnie. Portugalczycy jednak po prostu podchodzą do wszelkich zagrożeń dość metodycznie, testując kolejne rozwiązania ze względnym spokojem.

Ograniczono więc możliwość gromadzenia się do pięciu osób. Skrócono godziny urzędowania lokali gastronomicznych i wydano zalecenie, by maseczki na twarzy nosić również na otwartej przestrzeni (wcześniej obowiązek dotyczył jedynie zamkniętych pomieszczeń publicznych). Co znamienne, portugalski rząd ograniczył się na razie do zaleceń, pracując dopiero nad ustawą, którą skieruje pod głosowanie w parlamencie. Nikt tu bowiem nie wyobraża sobie, by nakazywać cokolwiek obywatelom, nie mając ku temu podstawy prawnej. Na razie więc wydaje się po prostu zalecenia, a gdy ustawa będzie już gotowa, będzie mógł wejść w życie nakaz. Całkiem sporo Portugalczyków do zalecenia tego się zresztą dostosowało.

Wprowadzone zmiany spowodowały, że następnego dnia musieliśmy poruszać się po ulicach podzieleni na dwie grupy, a w restauracjach siadać przy osobnych stolikach. To by było na tyle, jeżeli chodzi o klęskę.

Nie zmienia to jednak faktu, że podróżowanie jest dziś generalnie trudne. Wymaga lawirowania pomiędzy ograniczeniami a poczuciem przyjemności. Częstego sprawdzania aktualności i gotowości do zmiany planów. Wypełniania dodatkowych dokumentów i formularzy.

Przede wszystkim wiąże się dziś jednak z brakiem poczucia przewidywalności. Ci z nas, którzy nie podróżowali w ostatnich latach do regionów zapalnych, niestabilnych politycznie lub ekstremalnie biednych przyzwyczaili się, że przemieszczanie się jest łatwe, tanie i nie wiąże się z większym ryzykiem.

Poznając przez ostatni tydzień region centralnej Portugalii – to część kraju mało znana turystom, a dostarczająca mnóstwo większych i mniejszych zachwytów – dotarło jednak do mnie, że największą zmianą jest ograniczenie doznań zmysłowych. Patrzeć, czy smakować możemy w zasadzie jak wcześniej, dużo trudniej odbiera się jednak zapachy z maseczką na nosie.

Nie wiem jak Wy, ale ja zawsze odbywałem też podróże dotykiem. Z lubością przeciągałem palcami po kamiennych murach, wygładzonych drewnianych balustradach, obracałem w dłoniach znalezione tu i ówdzie artefakty.

Na zamku w Belmonte odruchowo wyciągnąłem więc rękę, by oprzeć ją na zimnych średniowiecznych murach. Zawisła ona jednak ostatecznie w powietrzu – żyjemy w czasach, w których dotyk stał się ryzykowny. Bez niego trudno poznać naprawdę świat, pozostaje nam więc tylko to wszystko jakoś przeczekać.

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany