Listy ze Słowenii #11. Inwazja śmierdzieli

Początek
8 min. czytania

Pojawiły się niedawno, ale zdążyły już zajść wszystkim za skórę

Słoneczne lato i łagodna zima. Do tego figi, granaty i winogrona prosto z ogródka. Późną jesienią persymony. Od wiosny do wczesnej jesieni rewia zapachów: jaśmin, liście laurowe, rozmaryn, lawenda. Gdy wieje od morza, czuć zapach drapiącego w nosie jodu. Przez większość dni puszy się błękit nieba, obłędny i nachalny, aż do znudzenia. Tak, życie w pobliżu Morza Śródziemnego ma wiele zalet. Nie dziwi więc, że tłumy Europejczyków pędzą latem na wybrzeże, by choć na chwilę zobaczyć ten kalejdoskop barw i poczuć bogactwo zapachów. Niestety, nie tylko ludzie lubią śródziemnomorskie ciepło.

W słoweńskim regionie Przymorza znalazły sobie miejsce zwierzęta, które trudno spotkać w innych częściach kraju. Człowiek północy może przeżyć większy lub mniejszy szok przy pierwszym z nimi spotkaniu. Na przykład, gdy wchodząc w nocy do łazienki znajduje na podłodze skorpiona. Ja na szczęście trafiłem na martwego, zapewne na skutek konfrontacji z naszym mruczkiem. W kolejnych miesiącach spotykałem je jeszcze kilkakrotnie, a to w komórce, na balkonie czy w ogrodzie. Szczęśliwie, żyjące u nas skorpiony nie są niebezpieczne dla człowieka, choć ich ukąszenie bywa bolesne. Mimo wszystko w miarę szybko przywykłem do ich sąsiedztwa.

Dużo gorsza jest świadomość, że oprócz skorpionów, ciepły klimat służy także gadom. W Słowenii występuje 11 gatunków węży, z czego trzy są jadowite.

Są to żmija zygzakowata, żebrowana oraz nosoroga. O ile dwie pierwsze nie stanowią dla człowieka większego zagrożenia, to ugryzienie żmii nosorogiej jest często śmiertelne (o ile nie zostanie podane antidotum). Naturalnie, wszystkie gatunki słoweńskich węży występują w regionie Przymorza. Dotychczas koło domu spotkałem kilkakrotnie młode osobniki niejadowitych gatunków. Węże wolą jednak z reguły trzymać się z dala od siedzib ludzkich. W przeciwieństwie do jaszczurek. Te znalazły wygodną kryjówkę w starych, nieszczelnych oknach. Przy wietrzeniu mieszkania trzeba gadziny wygonić na zewnątrz, aby nasz kot nie znalazł nowej zabawki w mieszkaniu.

Mimo wszystko ich obecność nie jest dokuczliwa. Ot, żyjemy obok siebie, starając się nie wchodzić sobie w drogę. Są jednak stworzenia, które zaburzają spokój mieszkańców naszych okolic. Niepozorne robaczki, z wyglądu przypominające żuki, a będące w istocie pluskwiakami z rodziny tarczówek. W zasadzie nie są groźne. Mimo to, wszyscy mieszkańcy Przymorza mają ich serdecznie dość.

Pojawiły się u nas właściwie niedawno, bo dopiero w XXI wieku. Pochodzą z Azji, a w naszych stronach nie mają naturalnych wrogów. Nie niepokojone, zaczęły się szybko rozmnażać. Przed drapieżnikami chroni je substancja, którą w sytuacji zagrożenia dziarsko rozpryskują. Co tu dużo mówić, cuchnie ona okrutnie. Dlatego w Przymorzu mówi się na nie “śmierdziele” (sł. smrdljivki). Ich strategia jest skuteczna. Pewnego razu widziałem, jak piękna zielona modliszka zapolowała na tarczówkę na moim oknie. W ułamku sekundy puściła pluskwiaka. Ten z kolei niewzruszony odszedł w stronę framugi swoim niezdarnym krokiem.

“Śmierdziele” żywią się roślinami, nakłuwając je i wysysając soki. Upodobały sobie przydomowe ogródki i winnice, w których ogrodnicy amatorzy nie stosują chemicznych oprysków. Kukurydze, truskawki, pomidory, winogrona, papryki czy persymony stają się szybko łupem pluskwiaków. Przy nakłuciu, wpuszczają w owoc substancję powodującą gnicie. Owoce wyglądają całkiem dobrze, ale po przekrojeniu okazują się zepsute. W ten sposób nieświadomi zagrożenia, straciliśmy większość naszych plonów.

Po obfitym w pokarm lecie, nasi nowi sąsiedzi postanowili poszukać sobie ciepłego zimowiska. Próbują dostać się do mieszkania, wciskając się w szczeliny okien.

Z początku pozbywałem się tego nachalnego towarzystwa zmiotką i szufelką. Szybko jednak okazało się, że nieproszeni goście wracają niczym bumerang. Czasem nie zdążyłem nawet zamknąć okna, a przyjemniaczek po zrobieniu jednego okrążenia (w lokalnym dialekcie mówi się: „giro”) bzyknął mi koło ucha i po raz kolejny mościł w salonie.

Ze spadkiem temperatur liczba agresorów zaczęła się sukcesywnie zwiększać. Szufelkowanie przestało mieć sens, przy otwieraniu okien coraz więcej delikwentów wpadało do mieszkania. Choć niegroźne, zaczęły opanowywać dom. Miarka się przebrała, kiedy zacząłem znajdować je w szufladzie na bieliznę. Śmierdziel w majtkach stał się dla mnie casus belli.

Nie zważając więcej na swą karmę, zacząłem metodyczne uśmiercanie wszelkich pluskwiaków przekraczających progi mieszkania. Oczywiście packa na muchy czy kapeć nie są żadnym rozwiązaniem. Rozgnieciony robal zostawia śmierdzącą plamę, której ciężko się pozbyć. Codziennie zapełniam nimi więc niewielki słoik z wodą i płynem do naczyń.

Wbrew woli rozpocząłem wojnę, której wygrać nie mogę. Nie pozbędę się ich z mojego otocznia, to pewne. Wystarczy mi jednak satysfakcja, że już więcej żadnego śmierdziela nie znajdę w swoich majtkach.

Damian Buraczewski

Ze Słowenią związany od 2011 roku. Prowadzi blog SlovVine.com wybrany Winiarskim Blogiem Roku 2019 magazynu Czas Wina. Jego teksty o Słowenii ukazały się na łamach Tygodnika Powszechnego, Tygodnika Przegląd i Czasu Wina.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.