Maatsuyker. Ostatni latarnik

Początek

Dalej na południe nie ma już światła, tylko rozszalałe morze i ryczące czterdziestki. Następny stały ląd to dopiero Antarktyda

Maatsuyker to oderwana od Tasmanii wielka skała, uwięziona między Pacyfikiem a Oceanem Indyjskim. Dzika, odludna, niedostępna; niektórzy zwą ją „samotnicą południa”, choć w istocie South Solitary to nazwa australijskiej wyspy położonej tysiąc sześćset kilometrów na północ, bliżej zasiedlonych brzegów. Maatsuyker to wyspa wiatru – znosi bezustanne podmuchy z południa o prędkości ponad stu kilometrów na godzinę – i wody – pada tam przynajmniej pięć dni w tygodniu. Niekiedy wyjące podczas zaciekłych burz wiatry są na tyle silne, by porwać człowieka. Zrywają dachy z siedziby latarników, rozbijają okna i chyboczą wieżą, grożąc jej obaleniem.

Pioruny nie ustępują niesławą wiatrom. John Cook – latarnik, który osiem lat obsługiwał Maatsuyker – przyznał, że najbardziej w tym czasie przeraziło go, kiedy piorun uderzył niedaleko latarni, a siła grzmotu rzuciła nim o ścianę. W 2015 roku po uderzeniu pioruna przez kilka tygodni nie było tu prądu.

Z drugiej strony wiele dni Cooka na wyspie było ciepłych i rozkosznych; widywał morświny i wieloryby, oglądał na nocnym niebie zorze polarne i podziwiał niezrównane zachody słońca.

„Uwielbiałem życie na wyspie, czułem, że moje ciało żyje tu pełniej niż na lądzie. Pytano mnie, jak znosimy odosobnienie i nudę, ale w pewnym sensie wyostrzone zmysły były większą podnietą”.

Kiedy w 1891 roku postawiono latarnię, jedyną metodą komunikacji ze stałym lądem w nagłym przypadku były gołębie pocztowe. Wysyłano je do Hobart trójkami w nadziei, że przynajmniej jeden dotrze do celu. Na dodatek praca była ciężka: wchodzić po stu dwudziestu pięciu schodkach do laterny, zapalać lampy naftowe, dopompowywać gaz co dwadzieścia minut, żeby światło było nieskazitelne i mocne. Obowiązki te przeciągały się każdego wieczoru, aż do elektryfikacji latarni, kiedy lampy wymieniono. Od tamtej pory w świetle, które prowadzi łodzie rybackie u brzegów południowej Tasmanii, widać rezygnację. Zdaniem Cooka był to „początek końca”. Po nadejściu elektryczności latarnik trafił na listę ginących zawodów.

Wspomnienia Johna Cooka ukazały się pod tytułem The Last Lighthouse Keeper (Ostatni latarnik). Jego osiemdziesięciopięcioletnie niebieskie oczy ciągle wypatrują horyzontu. W testamencie zażyczył sobie jednego: wiecznego spoczynku na Maatsuyker.

Więcej historii o latarniach morskich znajdziesz w książce Światło na krańcach świata. Mały atlas latarni morskich

Gonzalez Macias

Jose Luis González Macías (ur. 1973) hiszpański pisarz, grafik, redaktor. Od dzieciństwa zafascynowany mapami, czego dowodem jest jego album „Światło na krańcach świata. Mały atlas latarni morskich” – poetyckie połączenie słowa i obrazu.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.