zlin morawy czechy bata

Fabryka snów mistrza Baťy. Zlin na Morawach

Początek
15 min. czytania

Pod koniec lat 30. ubiegłego wieku w morawskim Zlinie powstawało przeszło pół miliona butów dziennie. Tomaš i Jan Antonín Baťowie, czescy przemysłowcy wszechczasów, taśmowo produkowali tu również funkcjonalistyczną architekturę – i nowego, zoptymalizowanego człowieka

zdjęcia Julia Zabrodzka

Aleja pnie się w górę zbocza. A w zasadzie więcej niż aleja: dwie równoległe ulice, a między nimi szeroki na kilkadziesiąt metrów pas zieleni. Po obu stronach prospektu wartę pełnią bloki, niegdyś hotele dla robotników i robotnic. Budynek za budynkiem, rumiane fasady trzymane w geometrycznych ryzach przez szachownice z żelbetu. A w górze, na końcu zielonej wstęgi, fabryczne miasto ulepione z betonu i cegły wieńczy prostopadłościan z mlecznego szkła: jasny i czysty niczym klejnot wpięty w roboczy drelich.

Mauzoleum to bardziej ogromna, przestrzenna rzeźba niż zwykły budynek – mówi Vít Jakubíček, znawca zlińskiej architektury.

Wnętrze jest puste, z wyeksponowanym jedynie Junkersem J-13. Tomaš Baťa, jak na człowieka z obsesją na punkcie nowoczesności przystało, uwielbiał lotnictwo. W postęp, technologię i przychylność bogów awiacji wierzył tak bardzo, że w lipcowy poranek 1932 r. kazał pilotowi startować mimo gęstej mgły. Rozbili się siedem minut później. Samolot, oprawiony niczym relikwia w szklaną gablotę mauzoleum, ustawiono na honorowym miejscu w Zlinie – mieście, które Baťa zbudował niemal od zera jako przemysłową utopię swych marzeń. I którego największej chwały nie zdążył zobaczyć.

Zlin, miasto utopia

Zlin, w którym Tomaš Baťa urodził się w 1876 r., w niczym nie przypominał miasta przyszłości. Ot, mieścina, jakich na ówczesnych Morawach wiele. Niespełna trzy tysiące mieszkańców, kościół, gospody, brukowany rynek, przy nim pamiętający koniec XVI wieku ratusz. Tuż obok Tomaš z dwojgiem rodzeństwa założył osiemnaście lat później firmę – zakład szewski. Fach odziedziczył po ojcu i podobno radził sobie nieźle. Nie chciał jednak spędzić życia przy prawidle i kopycie.

Był niewiarygodnie ambitny i pracowity. Najmłodszy z całej trójki, a mimo to wkrótce został szefem – opowiada Silvie Lečíková z Muzeum Moraw Południowo-Wschodnich, z którą spotykamy się w jednym z dawnych fabrycznych budynków, będącym dziś muzeum. – Miał nosa do ludzi. I żadnych skrupułów. Nie dbał o zdanie innych. Mówiono o nim: bezohledný. Bezwzględny.

Jak każdy szanujący się start-up, firma Baťów na dzień dobry niemal zbankrutowała. Pierwszy sukces przyniósł jej dopiero obmyślony przez Tomaša model z cholewką ze skóry i materiału.

Tani, łatwy w produkcji, praktyczny – wylicza przewodniczka, wskazując but w gablocie. To miał być Baťowski przepis na biznes – i na urządzenie świata. Choć Silvie przyznaje, że na naprawdę szerokie wody firma wypłynęła nie tyle dzięki innowacjom czy wyjątkowej intuicji prezesa, co zamówieniu od austro-węgierskiej armii na tysiące par butów.

Na wojnie od zawsze robi się najlepsze interesy – kwituje.

A to była Wielka Wojna. Gdy w 1918 r. rozpadała się CK monarchia, Baťa zatrudniał już cztery tysiące osób. Kilka lat później został burmistrzem i zaczął zmieniać miasto. W kolejnej dekadzie nazywano je już czechosłowackim Detroit.

Buty jak samochody

Jako początkujący przedsiębiorca Baťa pojechał uczyć się od najlepszych, a w każdym razie najskuteczniejszych – za ocean.

W USA wielkie wrażenie zrobiły na nim fabryki Forda – opowiada Silvie. – Jego system produkcji taśmowej zastosował do wyrobu obuwia. I po latach prób udało mu się, jako pierwszemu na świecie – pokazuje kolejne maszyny, opracowane specjalnie na potrzeby zlińskich zakładów. – Przy linii pracowało od sześćdziesięciu do osiemdziesięciu robotników. Na każdym piętrze linie były cztery, pięter w każdym budynku: cztery albo pięć. A budynków kilkanaście, z numerami zamiast nazw – wylicza.

Powielane w nieskończoność podeszwy, sprzączki, cholewki. Huk, łoskot, precyzja.

Taśmowo produkowano nie tylko buty, ale także fabryczne gmachy – i całe miasto. Odmierzano je kwadratem 6,15 na 6,15 metra. To też inspiracja zza oceanu: niemal dokładnie 20 stóp.

Podstawowy moduł zlińskiego funkcjonalizmu wprowadził František Lýdie Gahura, ulubiony architekt Tomaša Baťy. Spójrzcie na tamten budynek – Vít Jakubíček, kurator Galerii Sztuki Użytkowej mieszczącej się na innym piętrze tego samego budynku, co muzeum, wskazuje przez okno sąsiedni, też pofabryczny gmach. – Podpory rozstawione są co sześć metrów i piętnaście centymetrów. Taki żelbetowy szkielet wypełniano cegłą i szkłem. Dzięki standaryzacji Zlin budowano szybko i tanio: szkielet kondygnacji powstawał w tydzień! Cały budynek był gotowy w niespełna pół roku od wbicia pierwszej łopaty.

Całkowita kontrola

Z modułów 6,15 budowano nie tylko zakłady.

Baťa od początku miał wizję całkowitego przekształcenia Zlina – twierdzi Silvie Lečíková.

Żelbetowa szachownica z ceglanymi polami zmaterializowała się także w postaci domu towarowego i reprezentacyjnego hotelu, szkół ogólnokształcących i technicznych, hoteli robotniczych i kina – jednego z największych w Europie, z miejscami dla 2000 widzów. Codziennie, w przerwie obiadowej, wyświetlano w nim filmy dla załogi.

Baťa kwaterował młodych w hotelach robotniczych. W osobnych budynkach panny i kawalerów. Parom po ślubie udostępniał niedrogo domy – także stawiane metodą „kopiuj-wklej”.

Do końca lat 30. wybudowano około dwóch tysięcy takich domów – mówi Silvie. – W jednym mieszkały dwie rodziny, każda miała trzy pokoje i kuchnię. To była rewolucja. Na Morawach żyło się biednie, ludzie mieszkali czasem w jednej izbie z kozami i kurami. A tu toaleta, bieżąca woda, elektryczność.

Bloki pojawiły się w zlińskim krajobrazie dopiero po wojnie, już w czasach komunistycznych.

Baťa uważał, że robotnicy powinni mieszkać osobno. Obawiał się, że zgromadzeni w dużych budynkach mogliby zacząć się organizować, szykować strajki – wyjaśnia Vít Jakubíček.

A tego właściciel nie tolerował. Pracownicy przyłapani z komunistycznymi albo socjalistycznymi biuletynami byli zwalniani i wydalani ze Zlina.

Całkowita kontrola: to była druga strona medalu – przyznaje Silvie. – Każdy robotnik miał założoną kartę, a w niej informacje o historii zatrudnienia, wykształceniu, małżonkach, dzieciach, oszczędnościach, nagany i pochwały – wylicza. – Po osiedlach krążyły komisje i sprawdzały czy gospodynie wywiązują się z rodzinnych obowiązków. Poniedziałek był dniem mycia okien, wtorek – dniem prania, środa – dniem prac w ogródkach. Kto się wyłamał, mógł mieć problemy – przekonuje.

Miasto idealne miało żyć, pracować i odpoczywać według ściśle określonego planu. Dbało, wymagało, nie znosiło sprzeciwu. Baťa uznał, że tylko tak uda mu się podbić świat.

Baťa jeździ windą

Mapa zajmuje kawał ściany. Obejmuje wszak cały glob, od Kalifornii po Australię. Punkcikami na wszystkich kontynentach zaznaczono sklepy – oczywiście tylko wybrane. W samej Czechosłowacji było ich ponad dwa tysiące. Przy miastach zapisano liczbę ludności – a więc potencjalnych klientów. Na rzekach zaznaczono odcinki zdatne do transportu towarów, na lądzie – miejsca obfitujące w kluczowe surowce: skórę na cholewki i kauczuk na podeszwy.

Tak wyglądał świat z perspektywy Baťy – już nie Tomaša, tylko Jana Antonína, który przejął stery w firmie po tragicznej śmierci przyrodniego brata. Mapa wisi w jego dyrektorskim gabinecie. Pod nią stoi solidne biurko, na nim telefon i panel kontrolny, w rogu umywalka.

Pomieszczenie jest przestronne – mierzy sześć na sześć metrów – i jasne, a widok z okien ogromnieje i poszerza się z każdą chwilą. Nie ruszając się z miejsca, suniemy w górę. Jan Antonín swój gabinet kazał bowiem urządzić w windzie. Uznał, że dzięki temu będzie miał dostęp do każdego z działów firmowej administracji. Po prostu wciskał przycisk, po chwili drzwi rozsuwały się z cichym szmerem i bez wstawania z fotela mógł ogarnąć spojrzeniem całą kondygnację: open space z biurkami nawet dwustu podwładnych.

Takich pięter w nowej siedziby firmy było szesnaście – budynek miał 77 m i należał do najwyższych w ówczesnej Europie. Zliński mrakodrap, czyli drapacz chmur, zaprojektował Vladimír Karfík, nadworny architekt Jana Antonína.

Baťa opuszcza ojczyznę

Jan Antonín nie zdążył nacieszyć się widokami. Mrakodrap ukończono w 1938 r., tuż przed konferencją monachijską i rozbiorem Czechosłowacji. Wkrótce Baťa wyjechał do USA, potem do Brazylii. Do ojczyzny nigdy już nie wrócił.

Po wojnie komuniści skazali go w pokazowym, zaocznym procesie za rzekomą kolaborację z Niemcami. Fabryki znacjonalizowali i przemianowali na Svit, a cały Zlin – na Gottvaldov. Aż do lat 80. były to jedne z największych zakładów obuwniczych na świecie. Gabinet w windzie stał jednak zamknięty na cztery spusty. Nikt z partyjnej wierchuszki nie palił się do zajęcia fotela po wrogu publicznym numer jeden.

Trudno powiedzieć, czy Jan Antonín Baťa w ogóle w nim zasiadł.

Żadna z europejskich firm nie potrafiła wykonać silnika do windy dość potężnego, by dźwignąć sześciotonowy pokój. Trzeba było sprowadzić go z Ameryki. Dopłynął dopiero w 1939 r., gdy Baťa wyjechał – opowiada Silvie. – Ale jego wnuczka mówiła mi, że mają w rodzinnym archiwum zdjęcie dziadka właśnie za tym biurkiem. – Na chwilę milknie, a potem dodaje: – Nie mam wątpliwości, że przejechał się swoim gabinetem przynajmniej raz. Nawet gdyby na górę miało go wciągnąć dwustu chłopa.

Bartek Kaftan

Dziennikarz, redaktor, tłumacz. Był redaktorem prowadzącym magazynu "Podróże". Jego teksty ukazywały się m.in. w "Wysokich Obcasach", "Polityce", "Kukbuku", "Esquire" czy "The Guardian". Podróżując, lubi wracać w te same miejsca, zwłaszcza do Gwatemali i Meksyku, a także do Hiszpanii, na Morawy i na Podlasie.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.