Madryt umie żyć tylko na chodnikach, placach, targach, zawsze na zewnątrz
Fasadę mojego dzielnicowego targu – Mercado de Vallehermoso – zdobi ogromne zdjęcie prężącego się dumnie tęgiego sprzedawcy ryb i owoców morza. Ta jego poza wydawała mi się żartem, ale przy pierwszej wizycie na stoisku on sam okazał się zdumiewająco poważny i skupiony, podczas gdy jego córka manewrowała wielkim nożem, wypytując mnie, ile mam sióstr, w jakim wieku i co robią. Odtąd już zawsze pyta, co u nich.
Na chodniku turkoczą wózki na zakupy, używane tutaj bez wstydu przez wszystkich, bez względu na wiek.
Zaglądam do obuwniczego, gdzie można zaopatrzyć się w sandały, chodaki, buty sportowe i komunijne pantofle. Pomierzyć w spokoju kapcie. Obok mały spożywczak. Jego witrynę wypełnia kopiec chipsów ziemniaczanych, które można tu kupić na wagę. Dalej sklep z materiałami do samodzielnej oprawy książek, szewc, sprzedawca oliwek, skup złomu. Ten ostatni tak naprawdę znajduje się na równoległej ulicy, ale nie ma to większego znaczenia, w mojej głowie miejsca te układają się w jeden długi korowód. Nie może też zabraknąć typowej madryckiej knajpy z długim barem, telewizorem i brzydkimi płytkami albo boazerią na ścianach. Krajobraz zapachowy faluje: najpierw osacza wonią ryb i czosnku, czymś kwaśnym, skwierczącym i ostrym; kręci w nosie aromatem pasty do butów, by zaraz położyć się łagodnie, słodko zapachem migdałowych ciastek. Zapadam się w to wszystko, poddaję nurtowi drobnicy.
Stolica Hiszpanii ma w sobie sporą dozę pragmatyzmu – to nie Paryż, nie ma tu miejsca na fanaberie.
Parki to parki: służą do tego, by leżeć na trawie, a nie stroszyć równo przycięte żywopłoty. Fasady w różnych stylach zestawione są ze sobą tak naturalnie, jakby chodziło tu o modę, nie o architekturę. Eklektyzm i mozaikowość nie rażą (pomijając katedrę), bo to w nich przejawia się charakter stolicy: jej luz, żywotność i szyk spod znaku desenfadado*.
Na fanaberie też w zasadzie jest miejsce – myślę, przyglądając się budynkowi na przecięciu calle de Fernández de los Ríos i calle de Galileo. Fasada sklepu z parkietami, który znajduje się na parterze, przyciąga wzrok absurdalnym, nieco kiczowatym malunkiem jesiennych zarośli, w których grasuje czarny kot. Niewiele ma to wspólnego z parkietem, ale sporo ze zwierzęciem mieszkającym z jakiegoś powodu w tym sklepie. Wieczorami jego oczy świecą w witrynie, czarna sierść lśni między próbkami paneli. Bo Madrytowi wszystko wolno, nawet w przestrzeni najbardziej użytkowej. A może to właśnie ona jest polem do popisu dla czystej, spontanicznej fantazji.
W mojej dzielnicy doliczyłam się już pięciu colchonerías, sklepów z materacami.
Zaglądam przez witrynę jednego z nich i widzę mężczyznę, który raz po raz rzuca się na materac, a sprzedawca zupełnie to ignoruje. Sen jest w tym mieście ważny, bo Madryt rozgrywa się między szybkim tempem życia i pracy a intensywnym trybem nocnym. I chodzi nie tylko o przesiadywanie w barach ze znajomymi. Bywa, że nawet służbowe kolacje kończą się o pierwszej w nocy. W Madrycie sjesta jako taka nie istnieje, ale drzemki o dziwnych porach i spanie do południa w weekendy – owszem. Dlatego wybór materaca to niebagatelna sprawa, lepiej dobrze się zastanowić, zdać się na swobodny pad.
„Jestem taka, jaka jestem, ponieważ urodziłam się, dorastałam i żyłam w mieście, w którym wszystkie ważne rzeczy działy się zawsze na ulicy i przy otwartych sklepach. Zwycięstwa i porażki, festiwale i bitwy, chwała i ból” – pisze Almudena Grandes, madrycka pisarka, którą trudno mi przestać cytować, bo znała się na tym mieście jak mało kto. I dalej: „Pozostaje jeszcze kwestia stolicy państwa, ale to zawsze była i nadal jest inna sprawa. Madryt umie żyć tylko na chodnikach, placach, targach, w codziennych sprawach, w nieustającej pogawędce i przelatujących plotkach, w wiecznych nocach i leniwych porankach przy barze”.
Entuzjastka
Więc jedzie się tu z myślą o rozmachu i buzowaniu, muzeach Prado i Królowej Zofii, krętych uliczkach i pochyłych placach La Latiny. Szykuje się na wermut i tapas, gwarną Malasañę i stare tawerny w Barrio de las Letras, spacery po Parque del Retiro i widoki z dachu Pałacu Cibeles – ratusza, który wygląda jak rzeźbiony z lukru.
Jednak są i tacy, którzy przyjeżdżają do Madrytu wyłącznie z myślą o szykownych butikach w snobistycznej, kremowej dzielnicy Salamanca. Albo o shoppingu w wersji dla przeciętnych zjadaczy chleba, w tłocznym centrum miasta. Apogeum tego przypada w grudniu, w przedświątecznym zalewie stożkowych choinek i amoku ulicznej sprzedaży churros oraz kasztanów – koniecznie na Gran Vía.
Ta z ducha nowojorska – czy, jak twierdzą niektórzy, chicagowska – ulica to najbardziej reprezentacyjna arteria Madrytu, pełna wieżowców i stylowych budynków z pierwszej połowy XX wieku.
Czego tu nie ma: neobarok i klasycystyczne kolumny, styl chicagowski i elewacje z motywami kwiatowymi, pozłacane kopuły i kubiczne formy, ornamentyka spod znaku art déco oraz racjonalizm i ekspresjonizm. Obiegowa opinia głosi, że aleja ta podoba się tylko ludziom przyjeżdżającym do Madrytu z małych miasteczek i wiosek, choć przez dekady była też synonimem szyku, elegancji i nowoczesności – w 1933 roku w budynku Kina Capitol zainstalowano pierwszą w stolicy klimatyzację.
– Masz taki sam gust jak wieśniacy. Pod tym względem upodobniłaś się do swojego ojca, oczywiście… – narzekała matka Almudeny Grandes, kiedy ta jako dziecko ciągnęła ją w okolice Gran Vía po nici, kostiumy, błyszczący papier, stalowe linijki, książki o wyczerpanych nakładach i baletki. Te sklepy pełne wszystkiego, co można było sobie wymarzyć, znajdowały się właśnie w centrum, w tętniącym życiem, szalonym sercu miasta, już wtedy fascynującym pisarkę. Nie było rzeczy, której nie dało się w nich znaleźć. Niewiele z tego przetrwało do dzisiaj. Masowa turystyka ściągnęła tutaj sieciowe sklepy, kawiarnie i restauracje.
Gran Vía to wznosi się, to opada, oszałamia zdecydowanymi cięciami przestrzeni, ostrością perspektyw, architektonicznymi przełamaniami.
Ciągi budynków zbiegają się w kształt litery V, widok to zwęża się, to otwiera, jak przy skrzyżowaniu z calle Alcalá, jednym z najbardziej imponujących punktów miasta. To tutaj można objąć wzrokiem pocztówkową scenerię z budynkami Metrópolis i Grassy – złoconą czerń kopuły tego pierwszego, przypominającą jajo Fabergé, i kremową, weselną fasadę drugiego – a także widoczny w głębi budynek Telefóniki ze spiętrzonych tarasowo brył. Ten ostatni to do lat czterdziestych XX wieku najwyższy europejski wieżowiec.

Gorzej z tym, co się dzieje bliżej ziemi. Napierający zewsząd tłum i kilkupiętrowe sieciówki w eklektycznych budynkach z początków ubiegłego wieku, nieznośny zgiełk konsumpcji. Ludzie niesieni z prądem, manewrujący między ulicznymi grajkami, żebrakami, kioskami z turystycznym badziewiem. Ulica mieni się neonami i ekranami nad wejściami do teatrów, pyszni się luksusowymi hotelami i monumentalnymi siedzibami banków. Przy Plaza del Callao zlewają się ze sobą hordy zakupowiczów, w słońcu lśni polichromowana elewacja Kina Callao. Zdaje się spoglądać tęsknie w stronę Wiednia, ale kolory – zgaszone bordo, piaskowa żółć – zdradzają, gdzie jesteśmy. Ludzie robią sobie zdjęcia z budynkiem Kina Capitol, starając się uchwycić neon Schweppesa, który wieńczy walcowatą bryłę. Prą naprzód ciała zmęczone, ale zdeterminowane, jedyna w swoim rodzaju mieszanka gorączki i desperacji.
Dziś jest jednak inaczej. Nad Gran Vía stalowe chmury, wiatr turla śmieci po szerokich chodnikach.
Deszczowa pogoda, która wymiotła większość ludzi z ulicy, podbija szarości i zimne beże fasad, uwypukla wiekowy majestat budynków, ich masę i wielkość, wydobywając z nich zarazem jakąś ulotność, eteryczną aurę. Niebo ciężko wisi nad ulicą, której pagórkowatość sprawia, że wchodzi w człowieka szerokimi kadrami.
Myślę o zapale i odpuszczeniu, ekscytacji i zaniechaniu, które w tym mieście nigdy nie zlewają się ze sobą w żadną pogodną rezygnację, tylko wytrącają się raz po raz równolegle, jakby nigdy nie mogły się zmieszać na dobre. A w ten zachmurzony dzień Gran Vía wydaje mi się, owszem, imponująca, ale mimo wszystko ludzka, w pewien sposób poczciwa. Może to za sprawą eklektyzmu, przez który wydaje się raczej paradą wyfiokowanych budynków niż realizacją megalomańskiej wizji czy projektu totalnego. „Pełno tu budynków i domów o bardzo dziwnej, kwiecistej architekturze. Wyglądają, jakby były zrobione w shakerze” – pisze Trapiello. Bo przez Gran Vía przebijają nie tyle ambicje, ile entuzjazm, głód bycia jednocześnie tym i tym, i jeszcze tamtym. Jest czystą trawestacją: „Aleja bardziej przypomina swoje własne kopie, które wykonano w Albacete, Murcji czy Leónie, niż to, co sama miała naśladować, czyli Chicago i Paryż”.
Nosiła różne imiona: po wybuchu wojny domowej – Avenida de Rusia (później Avenida de la Unión Soviética), po zwycięstwie Franco zaś – Avenida de José Antonio, na cześć założyciela hiszpańskiej Falangi, José Antonia Prima de Rivery. I niewątpliwie słynny wieżowiec Telefónica ma w sobie coś z sowieckiego cielska, choć neobarokowe detale – girlandy, kartusze, wieża zegarowa – są bardzo tutejsze.
Madryt w dziwny sposób unicestwia wszelkie zbyt wygórowane aspiracje.
Choć zabudowa alei jest solidna i monumentalna, to Gran Vía nieodmiennie przypomina mi magazyn dekoracji i przywodzi na myśl madrycką architekturę efemeryczną. Wyobrażam sobie, że po wiekach stawiania prowizorycznych makietowych konstrukcji miasto zapragnęło czegoś prawdziwie wielkiego i Gran Vía miała wyjść temu pragnieniu naprzeciw. Przebyła więc długą, pokrętną drogę, by ostatecznie zbliżyć się do tego, czego chciała być zaprzeczeniem.
* Dosłownie: pozbawiony złości, odzłoszczony. Słowo na określenie bezpretensjonalnego i swobodnego sposobu bycia lub wyglądu, czasem lekko niedbałego.

Tekst jest fragmentem książki Klaudii Pieszczoch Wysokie niebo nad Madrytem
Wydawnictwo Czarne, premiera 13 maja 2026
