Barcelończycy znaleźli sposób na tłumy turystów
,,Mam wiele złych wspomnień z Hiszpanii, ale z samym Hiszpanami – prawie żadnych”
– George Orwell, W hołdzie Katalonii, 1938
W Barcelonie i okolicach mieszka łącznie ponad trzy miliony osób. Co roku odwiedza ich natomiast dwadzieścia siedem milionów turystów – to średnio prawie dziesięciu przyjezdnych na jednego mieszkańca. Przez tydzień sama byłam jedną z nich. I wiem, że w najbliższej przyszłości nie wrócę do Barcelony. Przynajmniej dopóki nie będzie to możliwe bez dalszego kruszenia tkanki i duszy tego unikatowego miasta.
W międzyczasie przyjrzyjmy się, jak mieszkańcy radzą sobie z tą sytuacją (Krakowianie pilnie słuchajcie!).
Barcelona kopiuj-wklej
Barri Gotic to starówka, chaotycznie zabudowywana od czasów Rzymian. Wyróżnia się w geometrycznie i strategicznie rozbudowanym mieście swojskim chaosem. Pomimo że to właśnie chaos jest esencją tego miejsca, teraz zmienia ono charakter, a głównie – język. Aktualnie to tu odsyłane są hordy turystów (w tym ja). Sklepy wyglądają jak kopiuj-wklej, z chińskimi breloczkami i zaskakującą ilością poliestrowej bielizny z napisami „I <3 Barcelona”. Restauracje z angielskim menu i wygenerowanymi przez AI zdjęciami dań – jedną z popularniejszych ofert jest zestaw paella + piwo za 25 euro. I tłumy – sprawiające wrażenie, że całe miasto schowało się tu przed oblężeniem Franco.
Moją główną atrakcją podczas krążenia po mieście były próby znalezienia, pośród niekończących się uliczek, prawdziwego Barcelończyka. Oprócz kelnerów, jedynym, którego udało mi się zobaczyć był uciekający kieszonkowiec. W zasadzie dojrzałam tylko jego cień – i biegnącego w pogoni Brytyjczyka. Stan całej dzielnicy bardzo mnie zasmucił, szybko jednak dowiedziałam się, że jest w tym głębszy zamysł.
Jak radzić sobie z turystami? Oddać im jedną dzielnicę
Tego samego dnia widzę się z Agnes – rdzenną Barcelonką. Dojazd na spotkanie zajmuje mi ponad trzydzieści minut. Z dala od Barri Gotic. Zabiera mnie do restauracji nad wybrzeżem, ukrytej w bocznej, cichej ulicy za szeregiem zadrapanych aut. Jesteśmy jedynymi osobami w lokalu rozmawiającymi po angielsku. Menu tylko po katalońsku – ze świadomym wykluczeniem hiszpańskiego.

Agnes opowiada mi, że bywa w Gotic średnio raz na dwa miesiące, i to z bólem serca. Ceny w restauracjach czy barach, pomijając ekstremalne pułapki turystyczne, różnią się o kilkadziesiąt procent. Niepisana zasada jest dość prosta – niech przyjezdni siedzą tam, a nam dadzą żyć. Po kilku tinto de verano pytam Agnes w jakiej dzielnicy bywają i bawią się miejscowi. Zanim zdąży odpowiedzieć, jej koleżanka Fara szturcha ją łokciem.
– Wybacz, ale niektóre miejsca musimy zostawić tylko dla nas – mówi.
Oto, jak głęboko sięga poczucie solidarności i lęku przed utratą własnego miasta. Poza tą zmową milczenia, Barcelończycy jednak systemowo biorą sprawy w swoje ręce systemowo.
Barcelona walczy po cichu
– Nie mam problemu z turystami czy nomadami ze zdalną robotą, ale z tym, że władze udają, że nie ma kryzysu albo wręcz z niego korzystają – mówi mi Fara, która dzieli mieszkanie z czterema osobami, pomimo pracy na etat.
Jakiś czas temu świat obiegły nagrania z Barcelony, na których protestujący atakują turystów wodą. Fara mówi, że to był niewinny wybryk, który jednak przez swoją naturę stał się bardzo publiczny. Tymczasem prawdziwa walka toczy się od lat, z dala od oczu przyjezdnych. Dzień przed moim przylotem – 24 maja – tysiące ludzi przeszło ulicami niosąc sztandary z żądaniami obniżki czynszów. Jednym z głównych organizatorów jest Sindicat de Llogateres (Związek Najemców). Organizacja, która stoi w pierwszej linii walki z branżą turystyczną i obecną polityką miejską. Patrząc na zaangażowanie i sprawczość takich instytucji, myślę o Polsce i naszym narzekaniu na czynsze, które niemal nigdy nie przeradza się w działanie wspólnotowe.
Problem jest wspólny
Presja wywierana latami przez tysiące Barcelończyków faktycznie zaczyna działać. AirBnB do 2028 roku ma opuścić miasto, a tydzień przed stworzeniem tego artykułu rząd w Madrycie przeznaczył 7 miliardów euro na budowę nowych mieszkań. Ograniczenia w dostępie do najmu krótkoterminowego, jak i wzrost cen ropy i biletów lotniczych, spowodowany między innym wojną USA z Iranem, z pewnością zmniejszą liczbę turystów. Może za kilka lat Barcelończycy nie będą już musieli ukrywać prawdziwego życia miasta.
Zagłębiając się w historię Hiszpanii, nie mogę przestać doszukiwać się podobieństw do Polski. Nie jestem jedyna – już Słowacki ostrzegał Polaków przed podążaniem śladami Iberyjczyków. Po raz kolejny losy naszych krajów zaczynają być do jakiegoś stopnia podobne. Różnica zdaje się być jedna – Katalończycy czują, że ich problemy są także problemami ich sąsiadów, z tego samego piętra, domu, ulicy. W Polsce nasze bolączki kończą się wraz z progiem własnych drzwi. I może tutaj warto jednak brać przykład z Barcelony.
