Mariusz Szczygieł: Szukam zaczepki

Początek
22 min. czytania

Dlaczego nie da się uciec od siebie samego? Kim jest pisarz? W jakiej kondycji jest reportaż? I czym kusi Japonia – rozmawiamy z reporterem, Mariuszem Szczygłem 

Fot. Albert Zawada

Gdyby nie oprawki, nie poznałabym pana. Zdjął pan maskę i na szczęście włożył okulary…

Mariusz Szczygieł: Sugeruje pani, że powinienem zmienić oprawki?

Dlaczego nie? W końcu uchodzi pan za eleganta. Myślę, że pasowałby panu któryś z klasycznych modeli od Toma Forda.

Tom Ford miał inny wpływ na moje życie.

Jaki?

Jeden z magazynów dla mężczyzn jakiś czas temu wydrukował podpowiedzi Forda dotyczące tego, jak być eleganckim mężczyzną. Otóż, należy co pół roku wymieniać całą bieliznę na nową.

Posłuchał pan?

Posłuchałem. Wymieniam. Ale tylko bieliznę. Oprawek nie. Mam rzeczywiście jedynie dwie pary: szare plastikowe przełamane drobnymi kreskami i te oto, które mam dziś na sobie – drewniane, z Luksemburga. Po co mam je zmieniać, kiedy dobrze się w nich czuję? Ba, dobrze w nich wyglądam. Ale… przyznaję. Nie jest pani pierwszą osobą, która sugeruje mi zmianę oprawek. Od kilkorga znajomych raz czy dwa usłyszałem, że powinienem rozważyć bardziej okrągłe.

Okrągłe?

Tak, okrągłe. Ale nie chcę.

Bo są niepoważne?

Też. Ale nie tylko to. W latach 90. prowadziłem „Na każdy temat” i wtedy nosiłem okrągłe oprawki. Nie lubiłem tamtego wizerunku showmana z elegancją akwizytora Amwaya.

Proszę nie popadać w przesadę. Owszem, pamiętam, że nosił pan wtedy nieco dłuższe włosy i fikuśny przedziałek. Zawsze miał na sobie garnitur, u boku piękną kobietę, w tle wielkomiejskie światła. Ale całość wyglądała raczej elegancko.

Z tą elegancją to było tak. Przede wszystkim myśmy udawali, że stacjonujemy na dachu wieżowca Polsatu. Publiczność ciągnęła z całej Polski, by grać naszą widownię. Często przyjeżdżali do Warszawy na wycieczkę lub do Teatru Roma, a wcześniej zahaczali o nas. Zdarzało się, że stawali w holu studia w wełnianych płaszczach, grubych kurtkach, futrzanych czapkach, szalach. I proszeni, by zdjęli okrycia wierzchnie, które na ekranie nie wyglądają najlepiej, odpowiadali, że na dachu będzie wiało, przeziębienie gotowe i mowy nie ma. Co to oznaczało? Że w latach 90. jeszcze nie rozumiano umowności telewizji. Brano ją jeden do jednego. I ta elegancja też była na miarę tamtych czasów. Powiedziała pani, że okrągłe oprawki są niepoważne. Istotnie są ­– a muszę przyznać, że w swoim pojęciu nie jestem szczególnie męski, a na pewno nie dość męski. Reprezentuję typ raczej pajacowaty.

Powiedziałabym, że ma pan dobrze wypielęgnowany chłopięcy urok.

Jak zwał tak zwał. Ale gdybym włożył na nos okrągłe gogle, to sama pani rozumie, podkreśliłbym tę pajacowatość czy chłopięcość. Taki Stasiuk. Ten to mógłby nosić oprawki w kształcie kółek, bo jest bardzo męski. Ale ja?

Jako ubiegłoroczny laureat Nike, podczas tegorocznej gali nagrody powiedział pan: świat jest tak podły, że potrzebuje świata wyobrażonego. Co w takim razie z reportażem, który przecież wymyka się – przynajmniej z definicji – światu wyobrażonemu? Ma być raczej wiernym odbiciem rzeczywistości. Oczywiście jest filtrowany przez autora, ale jednak to cieńszy filtr niż w przypadku chociażby powieści fantastycznej.

Literatura – każda – jest światem alternatywnym, wyobrażonym. Nie odzwierciedla w stu procentach rzeczywistości. Nie jest protokołem sądowym, a i ten często mija się z tzw. prawdą. Reportaż jest zapisem tego, co pamięta reporter, co powiedział mu bohater przekonany, że mówi prawdę. Używając zatem sformułowania „świat wyobrażony” mam na myśli wszystko, co dociera do nas w przeróbce odczuć, pojęć, faktów. Bo kim jest pisarz? Jak pisał Jan Parandowski w „Alchemii słowa”: Pisarz na każdym kroku kradnie komuś coś. A Hrabal twierdził, że jest złodziejem kieszonkowym, ponieważ wyłącznie kradnie. Zatem parafrazując słowa mistrzów ­– wszyscy piszący kradną jakąś rzeczywistość i ją wykrzywiają. Ale my rzeczywistości literackiej bardzo dziś potrzebujemy.

Mariusz Szczygieł wywiad

Czyli miał pan na myśli świat, do którego możemy uciec.

Dokładnie tak. Z upodobaniem powtarzam, że kiedy czytamy książki, porzucamy swoje życie, by wejść w skórę kogoś innego i pożyć jego życiem. Ale żaden autor nigdy nie osiągnie ekstremum, nie poda nam prawdy lub fikcji w stu procentach. W prawdzie będzie zawsze fikcja, a w fikcji prawda.

Czy czas pandemii sprzyja reportażowi? Czy to czas dobrych plonów, czy raczej doba bezsilności, w której reportażysta traci grunt pod nogami, bo śmierć puka i do jego okien?

Każdy moment jest dobry, żeby pisać. I reportaż będzie się miał bardzo dobrze. Może zmieni się forma, może rodzaj mediów, ale człowiek wciąż ma potrzebę opowiadania o sobie i innych. Czy będą przełomy – czas pokaże. Ja w każdym razie przyznaję, że w tej dziedzinie już się nasyciłem. Nie mam na razie nic ważnego do powiedzenia w żadnej książce, ale uprawiam swoje poletko w mediach społecznościowych. Jestem po czasie, kiedy walczyłem z depresją. Dzięki tabletkom udało mi się powrócić do równowagi. Urządziłem w gabinecie 140-litrowe akwarium, w którym żyją ryby z Amazonki.

Zrobił pan sobie raj.

Tak, jestem teraz mini-bogiem mini-świata. Dbam o jego mieszkańców i potrafię dwie godziny bezmyślnie gapić się na ryby i kontemplować ich życie. Do tego stopnia, że nie pamiętam, kiedy ostatni raz włączyłem telewizor.

Trudno jednak uwierzyć, że nad niczym pan nie pracuje.

No dobrze, przyznaję. Teraz opracowuję tekst reportażu, do którego materiał zebrałem tego lata, kiedy pandemia nieco zelżała. W lipcu pojechałem pod Pragę do domu pewnego czeskiego artysty. Domu, który mieści się w dawnej stodole. Wspólnie piliśmy wino i rozmawialiśmy o życiu. Ale ten reportaż nie powstaje z przymusu.

Kiedykolwiek napisał pan coś pod przymusem?

Mówię o przymusie wewnętrznym. O palącej potrzebie opowiedzenia, podzielnia się czymś ze światem. Kiedy pisałem „Gottland”, bardzo chciałem opowiedzieć Polakom o ich najbliższych sąsiadach, o ich drodze przez Historię. Wskazać różnice w postrzeganiu świata. Kiedy pracowałem nad „Zrób sobie raj”, czułem, że muszę pokazać, że można – tak jak Czesi – żyć bez Boga, religii i być szczęśliwym. W „Nie ma” odkrywałem dla siebie, że tytułowy stan jest permanentny, a stan „ma” to zaledwie chwila, przypadek okazja, krótki etap. Kiedy wydawałem zbiór „Niedziela, która zdarzyła się w środę”, chciałem podzielić się najlepszymi – w moim odczuciu – tekstami, jakie napisałem o małych miasteczkach, jak radzą sobie z kapitalizmem. Moja rodzinna Złotoryja i inne podobnego pokroju miejscowości nie dość, że nie przyjęły na ładne oczy nowego systemu, to jeszcze musiały wykonać ogromną pracę, żeby utrzymać się na powierzchni. Te wszystkie tytuły były podyktowane wewnętrznym przymusem powiedzenia, a nawet może wykrzyczenia czegoś.

A wspomniany reportaż o czeskim artyście? Powie pan coś więcej o tym artyście?

To będzie tekst o artyście krytycznym wobec Czechów, podczas gdy ja jestem bezkrytyczny. Nadmieniam, że w ogóle wobec ludzi jestem najczęściej bezkrytyczny. Przyjmuję ich jacy są. Szykuje mi się jeden książkowy przymus, ale muszę do niego dojrzeć i nie wiem, ile mi to zabierze lat. Chyba będę mógł dopuścić go do głosu dopiero, kiedy moich rodziców nie będzie na świecie.

Brzmi frapująco…

Nie mogę jeszcze nic zdradzić. W każdym razie dojrzewam i czekam na przymus.

A kiedy obserwuje pan wkurzone kobiety na ulicach? Nie czuje pan przymusu opowiedzenia o tym?

Na razie się przyglądam, nasłuchuję. Gdyby na przykład podeszła do mnie kobieta, a mówię kobieta, bo wolę pisać o was. Jesteście ciekawsze, bardziej złożone, dysponujecie większym wachlarzem emocjonalnym. Zatem gdyby podeszła do mnie kobieta i powiedziała, że na przykład znalazła się na ulicy, bo wczoraj miała sen taki a taki, bo mąż sąsiadki powiedział to a to, bo kot spojrzał dziś na nią tak a tak, to może wtedy złapałbym haczyk… Bo te protesty jako reportera mnie nudzą. Choć – zaznaczam – biorę w nich udział!

No tak, nie raz opowiadał pan o kobietach, które przynosiły swoje historie.

Na przykład przedwczoraj odebrałem bardzo długi mail od pewnej pani, która pisała go cztery lata. Zaczęła po lekturze „Projektu: prawda” w 2016 roku, a skończyła przed chwilą, po odłożeniu „Nie ma”. Jeszcze nie dobrnąłem do końca tegoż listu, ale czytam z wypiekami.

Pamiętam, jak kiedyś we Wrzeniu Świata zagaiła do mnie pewna dama: „Panie Mariuszu, chciałabym powierzyć panu moją tajemnicę. Bo z tajemnicami ciężko żyć samemu”. Po takim wstępie, byłem całkowicie uwiedziony. Wiedziałem, że cokolwiek to będzie, na pewno o tym napiszę. I napisałem w książce „Nie ma”. Za zgodą tej pani.

Wspomniał pan o aktywności w mediach społecznościowych. Na Instagramie rzeczywiście czuje się pan jak ryba w wodzie. To dziennik?

W pewnym sensie tak. Na Instagramie dzieją się cuda i też zdarzają się wspaniałe zaczepki. A może nawet głównie zdarzają się wspaniałe zaczepki.

Od jakiegoś czasu koresponduję z panią Katarzyną. Nasze listy dotychczas dotyczyły spostrzeżeń związanych z literaturą czeską. W pewnym momencie jednak pani Katarzyna zamilkła. Odezwała się po jakimś czasie. Napisała, że znalazła się w izolatce szpitalnej na oddziale onkologii. I tylko najbliżsi mogą przynosić jej książki. Potem wybuchła pandemia, ja wysłałem jej w międzyczasie „Osobisty przewodnik po Pradze” i dostałem wiadomość, że książka musi przejść kwarantannę, bo stanowi dla niej zagrożenie. Znów po jakimś czasie odnajduję w skrzynce list, w którym czytam o operacji, o paskudztwie, które wchodzi na oko i braku pewności, czy po zabiegu będzie mogła czytać. Następuje kilka tygodni milczenia. Wreszcie wiadomość. Pisze pan doktor. Tłumaczy, że jego pacjentka, rzeczona pani Katarzyna upoważniła i poprosiła go, żeby odpowiadał na listy na wypadek, gdyby się nie obudziła po operacji.

Umarła?

Nie, leżała w śpiączce farmakologicznej, a pan doktor czytał jej korespondencję ze mną, bo wierzy, że osoba w śpiączce ma kontakt ze światem.

Celowo nie pytam o Czechów, bo nie dość, że pisze pan o nich książki, to jeszcze w każdym wywiadzie ich temat naturalnie powraca. Ale zapytam o Japonię. Czym tak pana kusi, że planuje się jej przyjrzeć z większą uwagą?

Rzeczywiście pochłaniam ostatnio książki pisane przez Japonki i Japończyków. Powód jest prosty i wynika z mojej przekornej natury. Lubię tematy, które mnie przerastają. A w literaturze japońskiej tak wiele rzeczy mnie przerasta, że chciałbym się z nimi zmierzyć.

Co takiego pana przerasta?

Niuanse. Te wszystkie migawki, stop-klatki, momenty, gesty, zachowania, rytuały, które w naszej kulturze uchodzą za banał, coś pospolitego, a w Japonii są metaforą świata. Czytam właśnie opowiadanie „Niedźwiedzi bóg” Hiromi Kawakami.

Którą wersję? Po tsunami i katastrofie w elektrowni atomowej Fukushimie czy przed?

Najpierw przeczytałem o niedźwiedziu, który zabiera czytelnika na spacer przed 11 marca 2011 roku i właśnie skończyłem tę drugą wersję „po” serii dramatycznych wypadków. Jak pani wie, rzeczone opowiadania są bardzo chwalone przez japońskich krytyków literackich. Tymczasem ja niczego nurtującego w nich nie znajduję. I dlatego tak bardzo mnie frapują. Zastanawiam się, dlaczego robią takie wrażenie na innych, ale nie na mnie. I chciałbym podrapać, dobić się do spodu.

Kiedy mówi pan o tsunami, od razu przypomina mi się świetny reportaż Kasi Boni „Ganbare. Warsztaty umierania”. Ale w Polsce dość znane są też teksty Aleksandry Janiec, Karoliny Bednarz, czy Marcina Bruczkowskiego. Czuje Pan potrzebę powiedzenia czegoś nowego?

W ogóle nie chcę pisać o Japonii! Skąd! Słucham intuicji. A ta podpowiada mi, że w Japonii coś na mnie czeka, jako na człowieka. Poza tym, zastanawiam się czy nie jestem w swej literackiej wrażliwości zdegenerowany? Czy już tylko swąd spalenizny jest w stanie dotrzeć do mojego nosa? I przestałem czuć delikatne zapachy.

Oj, nie!

Przesadzam?

Kiedy pojedzie pan do Japonii, obudzi na nowo swoją wrażliwość.

I właśnie dlatego trzeba podróżować.

Skoro mówimy o podróżach: wspomina pan jakąś do dziś? Taką, która być może stała się początkiem czegoś nowego?

Wszystkie moje wyjazdy do Laosu, Kambodży, Birmy, Wietnamu, do których zachęcił mnie Wojtek Tochman. Zakochałem się w tych krajach, ich kolorach, zapachach, smakach… Fajnie brzmi? Nie? Jak ja nie znoszę tego typu mówienia o podróżach… Nazywam je konfekcyjnym. Ale czasem nie ma innych słów. W Azji doszedłem do wniosku, że wszystkie podróże to jedynie zmiana scenografii, a betoniarki jak lały cement do mojego brzucha, tak leją… Obce kraje to nie są klawisze „delete”, które automatycznie pomogą nam coś niefajnego usunąć z życia. Nie da się uciec od siebie samego, ale człowiek zawsze się łudzi, że gdzieś indziej jego “ja” się przeobrazi. I to złudzenie wydaje mi się niezbędne do życia.

Agnieszka Michalak

Dziennikarka, redaktorka, miłośniczka teatru. W Travel Magazine jest specjalistką od wywiadów i rozmów z ciekawymi ludźmi.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.