“Podróż może zbliżyć nas do szczęścia, uświadamiając nam, że w naszym życiu coś nie gra”

Początek
18 min. czytania

Podróż jest jak lustro, w którym oglądamy wspaniałości świata wokół, ale też i samych siebie – mówi Katarzyna Boni, autorka książki „Auroville. Miasto z marzeń”

Czy w podroży można znaleźć szczęście?

Trudne pytanie. Podróż może dostarczyć masy małych szczęść, ekstatycznych widoków i uniesień. Ale jeżeli mówimy o szczęściu, rozumianym jako dobre bycie ze sobą, to sam fakt wyjechania w podróż nam tego nie załatwi.

Bo gdziekolwiek nie pojedziemy siłą rzeczy wieziemy ze sobą swoje problemy?

Dokładnie! Nicolas Bouvier w książce „Oswajanie Świata” trafnie napisał, że w podróż zabieramy siebie samych, niczym najcięższy bagaż. Więc gdy nie jesteśmy ze sobą szczęśliwi w domu, na antypodach też nie będziemy. Ale codzienne problemy się w podróży – a przynajmniej na jej początku – nieco rozwadniają. Ja na lotniskach i dworcach zawsze czuję euforię i ta ekscytacja nieznanym przez chwilę mnie trzyma. To czas, gdy wydaje się, że w podróży wszystko jest łatwiejsze, lepsze, bardziej kolorowe – również my sami. Dopiero potem wyłazi to, co nas uwiera na co dzień. W tym sensie podróż może zbliżyć nas do szczęścia, bo dość dobitnie uświadomi nam, że w naszym życiu coś nie gra. Jest jak lustro, w którym oglądamy wspaniałości świata wokół, ale też i samych siebie.

Pierwsze podróże zawsze wydają się najwspanialsze?

Mogę mówić o sobie. Pierwszymi wyjazdami się zachłystywałam, tyle się działo, że mnie ogłuszały, wszystko było nowe. Bardziej świadome podróżowanie zaczęło się później. Sporo czasu minęło zanim zdałam sobie sprawę, jak wiele bycie w drodze mówi mi o mnie samej.

Gdy masz 20 lat i ruszasz w świat, to wydaje ci się, że odczuwanie szczęścia powinno być czymś wielkim i doniosłym. Że całe ciało powinno od tego szczęścia drżeć. Z czasem okazuje się, że tego stanu nie da się długo utrzymać. Po euforii zawsze przychodzi dołek.

Szczęście to nie krzywa wznosząca, ale pewna stałość w życiu, którą osiągamy dopiero, gdy lepiej poznamy samych siebie. Podróż może w tym pomóc. Wybija nas z kolein, zmusza do konfrontacji z wydarzeniami spoza codzienności. W pakiecie dostajemy wgląd w siebie i w swoje reakcje: jak się zachowam, gdy czekam trzy godziny w upale na autobus, albo gdy codziennie przyjeżdżam na spotkanie, a ono jest ciągle przekładane, albo jakie emocje budzą we mnie problemy na granicy. Ale przecież nie tylko podroż tak działa. Wszystkie niespodziewane sytuacje, z awarią autobusu, którym dojeżdżamy do pracy włącznie – mają w sobie ten potencjał. Ostatnio lockdown pokazał, że podróż w głąb siebie możemy odbyć nie wychodząc z domu.

Twoja najnowsza książka „Auroville. Miasto z marzeń” opowiada o miejscu, do którego przyjeżdżają ci, którzy chcą odnaleźć szczęście, próbują zmienić zarówno siebie jak i świat. Wszyscy bez wyjątku jadą tam w poszukiwaniu czegoś lub z nadzieją. Na co?

Od 52 lat do Auroville ciągną ludzie niezadowoleni ze świata, w którym żyją. Szukają totalnej zmiany.

Miasto powstało w 1968 roku, w czasie gdy człowiek już podbił kosmos i odkrył wszystkie zakątki Ziemi – oprócz oceanów, o czym ciągle zapominamy. Wtedy okazało się, że ostatnim, tak naprawdę niezbadanym obszarem świata, jest nasza psychika. To brzmi górnolotnie, ale wielką ideą stojącą za Auroville było stworzenie lepszej wersji człowieka i próba przekroczenia naszych ograniczeń. By to osiągnąć, ci, którzy tu przyjeżdżali i przyjeżdżają, odbywają podróż – nie w przestrzeni, ale w głąb siebie.

Zanim przeczytałam twoją książkę, wyobrażałam sobie utopijne Auroville niczym w piosence „Imagine” Johna Lennona. Opowiedz jak wygląda miejsce, dla którego ludzie rzucają świetne posady w Paryżu, Nowym Jorku czy Rzymie i przeprowadzają się na odludzie na południu Indii?

Auroville powstało jako miejsce-eksperyment, w którym ludzie z całego świata mieli pracować nad ludzką jednością, budując ją z różnorodności. Projekt wsparło UNESCO i 124 państwa świata, a rząd Indii zgodził się, żeby na jego ziemi powstało miejsce o specjalnym statusie. Zaproszeni byli i są wszyscy, niezależnie od wyznania, rasy, kasty, narodowości – o ile tylko chcą razem budować miasto przyszłości i zrobić kolejny krok w rozwoju świadomości.

Auroville powstało z inicjatywy Mirry Alfassy, która była duchową towarzyszką niezwykle cenionego w Indiach myśliciela Sri Aurobindo. Walczył on o niepodległość Indii zanim pojawił się Mahatma Gandhi, a potem wycofał się, żeby budować własną filozofię opartą na starożytnych księgach hinduizmu, czyli Wedach. Alfassa tę filozofię pomogła mu propagować, budując aśram, a więc miejsce, do którego przyjeżdżali uczniowie chcący praktykować nauki Sri Aurobindo. Po jego śmierci uznała, że aśram to za mało, że potrzebne jest miejsce stworzone specjalnie po to, by filozofię myśliciela wprowadzać w życie. Przekonała do tego UNESCO i rzeczywiście, na pustyni, na południu Indii zaczęło wyrastać miasto.

Pionierzy, bo tak nazywa się tu pierwszych osadników, zaczęli pracę nad rozwojem własnej świadomości – oraz nad miastem – wyrywając ziemię pustyni, kopiąc w niej doły i sadząc w nich drzewa. Dziś wokół Auroville rośnie tropikalny las, w którym po raz pierwszy w życiu widziałam rajskiego ptaka.

I faktycznie panuje tam totalna wolność?

Miejsce to daje dużo wolności, bo nie ma tu wytycznych. Nawet to, jak rozumiesz ideały Auroville zależy tylko od ciebie. Sam wybierasz sposób pracy nad świadomością i to ty decydujesz, co chcesz robić dla wspólnoty, której częścią się stałeś. Możesz stwierdzić, że już nie chcesz być bankowcem, ale na przykład wolisz opracować najbardziej ekologiczny sposób wypieku chleba, albo robić papier ze starych t-shirtów lub łupinek po kawie. Sam sobie wybierasz drogę, co jest o tyle trudne, że nagle masz przed sobą wszystkie możliwości świata.

Jeżeli pracujesz w edukacji, albo administracji, to miasto cię utrzymuje. Jeżeli zakładasz firmę, to nawet jeżeli sam ją wymyśliłeś, należy ona do miasta. Podobnie jak dom, który wybudujesz. Auroville wymaga dużego zaangażowania – również finansowego – ale każdy przypadek jest rozpatrywany indywidualnie. Kiedy ktoś naprawdę chce należeć do wspólnoty, ale nie stać go na wybudowanie mieszkania – Auroville pomaga znaleźć rozwiązania.

Ten nadmiar opcji do wyboru nie przytłacza?

Mnie przytłacza. I to chyba jest właśnie najtrudniejsze w wolności. Zaskoczyło mnie to, że ci, którzy do Auroville przyjechali niedawno, mówili mi, że ono odbiera im wolność! Tymczasem tych, którzy do niego jechali w 1968 roku, przyciągała tam właśnie ona oraz nieskończone możliwości. Pionierzy wspominają, że pustynia na której budowali nowy świat, oraz siebie samych od nowa, była dla nich białą kartą. Może ten rozdźwięk wynika z tego, że dziś owa karta nie jest już tak biała: Auroville ma kształt, stoją domy, pustynię porasta las, są jakieś zasady i reguły – które co prawda każdy może zmienić, jeśli tylko ma wystarczającą motywację, by przegadać wszystko ze wszystkimi i uzasadnić swoje racje. W każdym razie, na nowych przybyszy czeka rzeczywistość mająca uzasadnienie w przeszłości. Może to ich mierzi, bo wchodzą w świat nie do końca swój.  

Co zrobić żeby przystąpić do wspólnoty?

Auroville należy do wszystkich, więc każdy może stać się jego częścią. Jest co prawda roczna procedura nie tyle kwalifikacyjna, co przyglądania się sobie nawzajem, dzięki której możesz stwierdzić, czy podoba ci się Auroville i czy jesteś w stanie się w nim i jego ideałach odnaleźć. Komunikat jest jasny, jeżeli chcesz zostać aurovillianinem musisz się w pełni zaangażować, zamieszkać tu, podzielać jego idee i pomagać w budowaniu miasta przyszłości. Oczywiście możesz w każdej chwili wyjechać. Ale gdy już jesteś, to na 100 procent.

To uczciwe podejście.

Uczciwe. Ale dziś ludzie mają większy problem z zaangażowaniem się niż w 1968 roku. Ciężej jest się nam zdeklarować, bo zmiana jest niejako wpisana w nasze życie. Na dodatek mamy – wykreowane przez cyfrowy świat – wrażenie dostępu do nieskończenie wielu możliwości.

Auroville ze swoimi ideałami rozwoju, który nigdy się nie kończy, równości i wolności, oraz lasem, który wyrósł na pustyni, zdaje się pokazywać, że jak się chce i włoży w coś masę wysiłku, to można to zrealizować. Czy to ma być metafora tego, że praca nad sobą, choć niełatwa, jest możliwa?

Auroville każe sobie zadać wiele pytań, jednocześnie niewiele ułatwiając, ale przynajmniej daje miejsce oraz narzędzia sprzyjające poszukiwaniom tych odpowiedzi . Dzieci w szkole mają zajęcia ze „świadomości poprzez ciało”, na których uczą się jak lepiej je rozumieć, oraz jak rozpoznawać reakcje ciała na emocje. To niezwykle cenna wiedza, od której my, w zachodnim świecie, niemal zupełnie się odcięliśmy. Tymczasem taki – zwierzęcy wręcz – poziom porozumienia z ciałem, jest ważny i często dopiero na terapiach odkrywamy, że praca nad sobą zaczyna się od świadomości ciała i rozumienia tego, co ono nam mówi. Że zamiast uciekać od informacji zawartej w nieprzyjemności, lepiej spróbować dowiedzieć się, co ona znaczy. Dzięki temu rozumiesz co się z tobą dzieje i możesz na to świadomie zareagować.

Jak wygląda w Auroville praca nad tworzeniem lepszej wersji siebie, a co za tym idzie człowieka w ogóle?

Auroville nie jest sektą, ba, nie jest nawet wspólnotą zrzeszoną wokół rytuałów. Nawet dzień założenia miasta, 28 lutego, nie jest jakoś specjalnie celebrowany. Po prostu o 5 rano rozpalane jest ognisko tuż koło urny, do której wrzucono ziemię ze wszystkich 124 państw świata uczestniczących w założycielskiej ceremonii – jest tam też ziemia z Polski. Kto chce ten przychodzi, kto nie – zostaje w łóżku. Chór śpiewa pieśń i tyle, wszyscy wracają do swoich zajęć. Nie ma przemówień, ceremoniału, ani rytuałów.

Analogicznie, przystępując do wspólnoty Auroville nie dostajesz wytycznych jak pracować nad rozwojem duchowym. Wszystko dlatego, że uważa się tam, że nie ma jednej drogi i każdy jest odpowiedzialny za znalezienie swojej. Jednym pomaga medytacja, innym spacery po lesie, albo koncentrowanie się na promieniu słońca w Matrimandirze, budowli wyznaczającej centrum Auroville. Ten brak rytuałów nieco utrudnia sprawę, bo łatwiej jest pracować nad sobą, gdy dostajemy gotowe wytyczne jak to zrobić. Choć z drugiej strony, w Auroville jest nieco łatwiej – bo masz z kim porozmawiać o trudach pracy duchowej, jest tam wspólny język – płaszczyzna do porozumienia. Ale i tak, koniec końców, każdy w tej pracy nad sobą jest sam.

Wygląda na to, że Auroville i świadoma podróż mają wiele wspólnego. Stawiają masę pytań, ale z gotowymi odpowiedziami nikt na nas nie czeka?

Dostajesz pytania i wskazówki. A odpowiedzią jesteś ty sam.

Anna Janowska

Dziennikarka, autorka książki Monsun przychodzi dwa razy. Podróż szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar. Pisze o podróżach i sztuce, prowadzi wywiady m.in. dla miesięcznika Zwierciadło i portalu Wp.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany