maroko motorem

Przez Maroko motocyklem. 1100 kilometrów na dwóch kołach

Początek

Miłośniczka wypraw motocyklowych jedzie mało uczęszczanymi drogami Maroka

Palec sunący po mapie świata. Nazwy krajów przesuwają się jedna za drugą. A potem interweniuje los… Maroko. Pętla rozpoczynająca się w Marrakeszu, biegnąca wzdłuż doliny rzeki Drâa aż na obrzeża Zagory – której stonowane barwy zapowiadają bliskość pustynnych piasków. Stamtąd Tata i Taroudant, a następnie, by nieco wydłużyć łuk podróży, Ouirgane, zanim powrócimy do Czerwonego Miasta i jego niemal europejskiego zgiełku. Bez kompasu, nawet bez GPS-u: tylko mapa Michelin, nadająca naszej francusko-brytyjskiej wyprawie charakter przygody z innej epoki, na czterosuwowych, jednocylindrowych maszynach. Dystans: 1100 kilometrów.

Dzień 1.

Przybycie na Ziemię Szarifów oznacza wyruszenie niemal do razu w trasę. Paski, torby, motocykle i kaski; system interkomów do sparowania; stroje gotowe na zapowiadany upał – choć kto wie, co przyniesie pogoda? Trasa na następny poranek: N9 do Ouarzazate, potem Agdaz. Tam będzie nasz pierwszy przystanek.

Ciepłe smaki miasta nas niosą. Zanurzamy się w gastronomicznym sercu Maroka: pastilla z kurczakiem i tagine z owoców morza, hojnie dzielone, łapczywie pożerane – tak łapczywie, jakbyśmy chcieli pochłonąć ten kraj w całości.

Noc zapada łagodnie, przynosząc chłodną zasłonę, która ledwie łagodzi ostatnie oddechy dnia. W gęstej ciemności ciepły aromat cynamonu, kminu, gałki muszkatołowej i goździków miesza się z cykaniem cykad i głosami niewidocznych płazów.

Dzień 2.

Przeprawa przez Wysoki Atlas. Drogą Tizi n’Tichka, wznoszącą się na 2260 metrów. Na mapie N9 obiecuje 277 kilometrów do Agdaz. Ostatnie ślady miast znikają; krajobraz twardnieje w łańcuch górski przyzwyczajony do gwałtownych wiatrów i surowych zim. Północne zbocza pokryte dębami i sosną alepską, wokół których leniwie meandrują potoki – o tej porze roku już częściowo wyschnięte

Za Col des Pâturages, najwyższym punktem drogowym Maroka, droga opada. Naturalna granica. Wpadamy w wyschnięty krajobraz zapowiadający pustynię. Niezliczone miejsca, by się zatrzymać i patrzeć w ogrom przestrzeni przed nami, zamkniętej w ciszy gór. Omijamy Telouet i Aït Benhaddou, wybierając zamiast tego upojenie serpentynami – a może też po to, by dotrzeć do Agdaz przed zmrokiem. Zostaje mniej niż 170 kilometrów, których pokonanie zajmuje jednak niemal trzy godziny. Potem Ouarzazate, u wlotu do doliny Drâa: ksary i kasby rozsiane wzdłuż zakrętów oraz palmy o niepokojącym, zimowym odcieniu szarości. Wreszcie o zmierzchu – Agdaz.

Dzień 3.

Msemmen, baghrir z domowymi dżemami i dwie filiżanki miętowej herbaty z ogrodu. Naszą podkładką jest mapa Michelin, rozłożona na interesujących nas fragmentach. Poranek. Przed nami zaledwie 100 kilometrów, półtorej godziny jazdy. To w zasadzie dzień odpoczynku.

Zeskrobujemy palcami ślady dżemu z mapy – cukrowe konfetti rozsypane na papierze. Ouarzazate dostało pigwę; Zagora – koronę z marmolady pomarańczowej.

maroko motorem

Mając tym razem czas po swojej stronie, wybieramy trasę przez kasby. Labirynt ścieżek: w lewo, w prawo i dalej prosto. W tej gmatwaninie stare domy z ubitej ziemi sąsiadują z ponurymi betonowymi blokami. Ksar Tamnougalt ukazuje się, bezczelnie piękny w swojej samotności. Dzieci śmieją się, patrząc jak przejeżdżamy – a przejeżdżamy raz jeszcze – aż w końcu pułapka, którą kasba na nas zastawiła, otwiera się i zbawcza N9 znów się pojawia: linia rzeki Drâa, nawadniane pola, gęsty dywan palm poprzetykany glinianą zabudową. Wreszcie pierwsze budynki miasta, falujące jak odbicie w wodzie: Zagora.

Dzień 4.

„Podróż nie potrzebuje uzasadnienia. Rychło okazuje się, że jest celem sama w sobie” – pisał Nicolas Bouvier w „Oswajaniu świata”. Czy przemieszczenie się jest poszukiwaniem, wytchnieniem, iluzją czy Świętym Graalem? W naszej decyzji, by uciec – nie tyle przed czymś, co ku czemuś – kryje się pragnienie odkrywania, ale też potrzeba rozładowania nadmiaru energii, która nie znajduje ujścia w zamkniętych przestrzeniach miast. Otwarte, dzikie tereny, oddane kaprysom sirocco, potrafią swoją siłą zdyscyplinować ten nadmiar.

maroko motorem

Tak było na drodze z Zagory do Taty, wyznaczającej kres regionu Drâa-Tafilalet i początek Souss-Massa. Prosta, szeroka droga wypalona słońcem, otoczona postrzępionymi grzbietami Dżebel Bani, równinami akacji, wodospadami Tissint i domem Charles’a de Foucaulda. Dzień skąpany w błękicie i ochrach, bez punktów odniesienia. Kierujemy się przed siebie, aż pojawia się zielony dywan palmowego gaju w Tata. Oaza spokoju, której gliniane domy zdają się należeć do innego, odległego świata. Przynajmniej odległego od tego naszego.

Dzień 5.

Oblani miedzianym światłem opuszczamy o świcie Tatę i jej suche, górskie otoczenie. Trzydzieści sześć kilometrów wystarczy, by rozpocząć wspinaczkę w Antyatlas, zostawiając – niestety – pustynne drogi. Kręta trasa prowadzi ku samotnym górom. Wraz z wysokością roślinność gęstnieje: kaktusy i drzewa arganowe rzucają wyzwanie błękitnemu niebu.

Wyżej mijamy oazę Imitek i koczowniczych pasterzy prowadzących stada przez wysokie płaskowyże. Stare fortece – upadli strażnicy dolin – rysują melancholijne kontury na horyzoncie. Na wysokości 1800 metrów osiągamy najwyższy punkt: ufortyfikowaną wioskę Igherm, siedzibę plemienia Ida Oukensous, którego zbiorowa pamięć wciąż żywi się opowieściami o sztyletach i misternie zdobionych strzelbach strzegących dolin przemierzanych przez karawany.

Droga wije się, a drzew arganowych przybywa. Ich owoce dają olej, ceniony zarówno w kuchni, jak i w kosmetyce, ale przede przynoszą tutejszym dochód. Temperatury rosną do 35°C, lecz wysokość przynosi ulgę. Nasyceni światłem, z twarzami smaganymi chłodnym, surowym wiatrem, docieramy w końcu do szerokich alei Taroudant, z jego imponującymi murami – dawnej stolicy, zanim rolę tę przejął Marrakesz.

Dzień 6.

Poranek spędzony na suku, jeszcze nieodkrytym przez turystów, należącym do rzemieślników: jubilerów, handlarzy antykami, tkaczy dywanów, metaloplastyków i rzeźbiarzy. Ale droga znów woła. Droga na Tizi n’Test, której świeży asfalt skrywa zdradliwe zakręty. Najpierw żyzna dolina Souss, znana z sadów cytrusowych i plantacji bananów. Drzewa uginające się pod ciężarem owoców, powietrze pachnące kwiatem pomarańczy. Ludzie Imazighen żyją tu od tysiącleci – pierwsi mieszkańcy Maroka, których tradycje i język wciąż silnie kształtują kulturę.

Potem przychodzi radość z jazdy: zakręty i serpentyny wywołujące zawrót głowy wynoszą nas aż na 2093 metrów. Przełęcz Tizi n’Test, uważana za jedną z najpiękniejszych w Maroku, staje się miejscem naszego lunchu: tagine z jagnięciny i śliwek, jedzony palcami, z chlebem i popijany miętową herbatą.

Jeśli podjazd był wyjątkowy, zjazd w niczym mu nie ustępuje. Wymagająca droga faluje przez krajobraz. Chłód wysokości ustępuje ciepłu doliny Ourika przeciętej przez rzekę Oued Nfis, kluczowej dla tutejszych rolników. W oddali Atlas przypomina o kierunku powrotnym. Jeszcze na moment zatrzymujemy czas w Ouirgane – wśród gajów oliwnych i ogrodów. Idealne preludium ostatniego wieczoru w trasie.

Dzień 7.

Poranek. Końcowy etap. Ośnieżone szczyty kontrastujące z zielonymi dolinami. Spokój przestrzeni ustępuje dźwiękom miasta. Mkniemy przez dolinę Ourika – krainę sadów i pól szafranu, „czerwonego złota”.

I już Marrakesz. Jego królewska energia. Założony w 1070 roku przez Almorawidów, jedno z siedmiu miast cesarskich Maroka i bez wątpienia jego kulturalna stolica.

Dzień 8. i 9.

Przyspieszamy, przeskakując wspomnienia południa, by odkrywać dalej. Fundacja Yves Saint Laurent. Jardin Majorelle. Wspaniałe Dar El Bacha i Muzeum Konfluencji. Później przerwa w Grand Café de la Poste – powrót do miejskich nawyków, karmionych historiami południa, które już stają się wspomnieniem.

Ostatni uliczny korek na trasie do Sahbi Sahbi, lokalu, w którym tradycyjna kuchnia marokańska zyskuje nowy wymiar dzięki wyjątkowej oprawie i radosnej energii kobiet dumnych z dzielenia się swoim rzemiosłem. Na koniec hammam: czarne mydło z eukaliptusem, energiczny masaż olejem arganowym. Rytuał przejścia, który zapisuje wspomnienia w ciele – zabrane ze sobą w taksówce na lotnisko Menara, na nocny lot do domu.

Fabienne Dupuis

Fabienne Dupuis

Antropolożka, szermierka, wioślarka i zapalona podróżniczka. Fabienne jest niezależną dziennikarką specjalizującą się w podróżach i architekturze.
Odbyła kilka podróży dookoła świata, w tym wyprawę motocyklową z Londynu do Delhi. W wolnym czasie lubi czytać literaturę, poznawać kino światowe i spacerować na łonie natury.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

To też ciekawe