Patagonia. Opowieści wiatru, przestrzeni i czasu

Początek

Podróż przez Patagonię jest wędrówką przez pustkę

Fot. Marcin Olszewski

Prześwit przez szczelinę zaspanych rzęs. Delikatne barwy wschodu słońca. Miękkie światło rozszczepione przez miliony kropelek wody na szybie samochodu. Trochę nie ma jak tego obrazu utrwalić. Trochę nie chce się zaburzać momentu przez sam gest fotografowania. A może to lęk przed porażką wykonania kolejnego banalnego ujęcia, nieoddającego chwili.

Para wodna wydychana przez sen zamieniła się w kropelki wody, które od wewnątrz zrosiły szyby samochodu. Z trudem dawało się dostrzec przez nie powoli jaśniejącą, pomarańczową łunę wschodu słońca. Światło próbowało się przedostać przez usianą kroplami tylną szybę naszej małej toyoty. Leżąc w śpiworze, na rozłożonym przednim fotelu, patrzyłem na rozlewające się zimne kolory nieba, które przechodziły w szarość skał, żeby przez ciemne zielenie dojść do żółci traw. Żadnych wyraźnych kształtów. Jedynie przenikające się barwy. Wewnątrz metalowej puszki auta było ciepło, wilgotno i zupełnie cicho. Wczorajszy wiatr, który nie pozwolił nam rozbić namiotu, ucichł. Przetarłem ręką przednią szybę samochodu. Krople spadły na pokrytą pyłem deskę rozdzielczą odsłaniając wielki skalny ołtarz wyrastający z pagórków porośniętych pożółkłymi trawami. Ściana Fitz Roya i szpica Cerro Torre. Para wodna po kilku sekundach z powrotem zaczęła roztapiać kształty szczytów.

***

Legendarne skały Fitz Roy. Cerro Chaltén – Dymiąca Góra, jak rdzenny lud Tehuelche nazywał te charakterystyczne granitowe szpice. Intruzja magmowa, ciśnienie, wiatr, woda, mróz i promienie słońca. Zjawisko plutniczne. Geologia z czasów miocenu, która stała się opowieścią, ikoną. Kolejnym punktem na mapach o konkretnej nazwie i współrzędnych. Geograficzny pomnik Roberta FitzRoya, jednego z XIX-wiecznych brytyjskich eksploratorów wód dalekiego południa.

Sam brytyjski żeglarz miał niewiele wspólnego z Dymiącą Górą. To urodzony w Buenos Aires Francisco P. Moreno nazwał szczyt imieniem angielskiego oficera, podczas jednej z wypraw po południowych Andach w latach 70-tych XIX wieku. Europejsko brzmiąca nazwa rozwiała wiecznie gromadzące się chmury wokół Cerro Chaltén. Jak to zwykle bywa ze szczytami górskimi, granit i lód zaczęły zamieniać się w cele, marzenia i legendy.

Historia wspinaczek na te szczyty zaczęła się w 1952 roku, kiedy to dwóch Francuzów stanęło na jego szczycie.

Szesnaście lat później góra została zdobyta już po raz trzeci, tym razem przez trójkę Amerykanów, Anglika i Boliwijczyka. Kilka miesięcy wcześniej wyruszyli starym vanem z Kalifornii i przemierzali Amerykę Południową, po drodze wspinając się, jeżdżąc na nartach i surfując. Swój dom na kółkach musieli zostawić ponad 90 km przed samym szczytem, po to, żeby ekwipunkiem objuczyć konie i wyruszyć w pieszą wędrówkę.

Znajdujące się obecnie u podnóża góry El Chaltén miało powstać dopiero za 17 lat. Obóz bazowy amerykańskiej wyprawy znajdował się w tym samym miejscu, gdzie stacjonowali w 1952 roku pierwsi zdobywcy Fitz Roya. Yvon, Dick, Chris, Lito i Douglas, bo takie mieli na imiona członkowie wyprawy, próbę zdobycia szczytu podejmowali dwa razy. Pierwsza z nich zakończyła się przeszło dwutygodniowym koczowaniem w wykopanym w lodowcowej szczelinie schronie. W końcu wycofali się do bazy. Gdy pojawił się jednak antarktyczny wiatr rozwiewający śnieżne chmury znów ruszyli. W mroźnych podmuchach, żmudnie wbijając mocowania lin w szczeliny skał, przeciskając się między granitowymi ścianami, pnąc się pionowo do góry, późnym popołudniem stanęli na szczycie Fitz Roya.

Douglas Tompkins i Yvon Chouinard, dwóch pomysłodawców patagońskiej wyprawy, miało wkrótce rozkręcić swoje globalne odzieżowo-sprzętowe biznesy. Tompkins założył The North Face, a Chouinard Patagonię. To właśnie w logo tej drugiej marki znalazł się szczyt Fitz Roya. Skalista linia horyzontu zyskała sławę za sprawą koszulek, czapek, bluz. Wyrzeźbiony wiatrem, wodą i mrozem granit zmienił się w modowy i popkulturowy symbol.

***

Kilkanaście minut przed szóstą pierwsze promienie zaczęły zabarwiać jasny granit Fitz Roya na łososiowo-różowy kolor, żeby po chwili rozżarzać cały skalny ołtarz pomarańczowo-czerwonymi barwami. Było chłodno i cicho. Za płotem, oddzielającym step od drogi stało gwanako i patrzyło się ze spokojem na naszą dwójkę oglądającą świetlny spektakl. Jeszcze poprzedniego dnia walczyliśmy z silnym wiatrem. Teraz cichy wschód słońca przynosił ukojenie i przyjemne ciepło. Od kilku dni jechaliśmy przez nieskończony step małą toyotą etios. Jej biały lakier zdążył już pokryć się wszechobecnym żółtawym piaskowym pyłem.

***

Margines, niezauważalny epilog, zagubiona errata do opowieści pod tytułem Patagonia. Step. Zwietrzałe skały. Żwir. Suche trawy. Pył. Wiatr. Pustka. Nuda. Przestrzeń bez charakterystycznych punktów. Kostrzewa i kłos pustynny mieniące się pod słońce i smagane wiatrem. Po horyzont. Sukulenty, nieśmiało kwitnąca Nassuvia. Wszystko kłuje. Ostre rzepy drobnych nasion kurczowo łapią się ubrań, sierści i piór. Żeby tylko nie dać się wiatrowi. Glina, żwir, piach. Im bliżej gór tym krajobraz zaczyna być bardziej zielony, żywy. Traci brązowoszarą monochromatyczność.

Ktoś kiedyś wpadł na pomysł ogrodzenia tego horyzontu. Zamknięcia stepowej przestrzeni płotem z metalowej siatki. Czasem nawet długie nogi nie pomagają gwanakom przeskoczyć przeszkody. Naturalna potrzeba migracji gaśnie na drucie między drewnianymi słupkami.

Tak więc to jest przestrzeń, której opowieścią są łacińskie nazwy sukulentów i suchych traw. Zwierzęta znikające w norkach i za horyzontem, niby fatamorgany zlewające się z kolorami gleby. Żadnych nazwisk wielkich, europejskich odkrywców. Linia horyzontu jest zbyt monotonna, żeby mogła stanowić jakiś cel. Przestrzeń, która istnieje po to, żeby ją pokonać. Jak pierwsza strona książki, na której widnieje tylko jej tytuł. Pierwsze akapity zaczną się wyłaniać gdzieś na zachodzie, tam gdzie zrobi się wilgotniej, bardziej zielono i zaczną pojawiać się skaliste szczyty. Albo daleko na południu, gdzie glina i żwir zmienią się w powulkaniczne skały, a kontynent powoli rozpada się, żeby zniknąć w morzu.

W pustce stepu żyją gauchowie.

Zwykle są to Metysi, czyli potomkowie mężczyzn o europejskich korzeniach i rdzennych mieszkanek Ameryki Południowej. W Chille mówią o nich huaso, co w języku quechua oznacza wagabundę. Kiedyś stepowi nomadzi, uganiający się za dzikimi końmi sprowadzonymi w XVI wieku przez Hiszpanów. Teraz patagońscy kowboje, hodujący bydło. Noszą berety. Żyją w estancjach pamiętających XIX stulecie – w gospodarstwach hodowlanych o tysiącach hektarów. Prowadzą do nich szutrowe drogi. Mają numery, podobnie jak estancje mają swoje imiona. Wraz z nazwami rzeki stanowią drobne ślady ludzkiej historii pośród geologiczno-przyrodniczej pustki.

***

Nieustannie wiało. Czasem z trudem udawało się otworzyć drzwi samochodu. Turlaliśmy się jakieś dwadzieścia na godzinę, po kamienistej drodze. Nie powinniśmy byli w ogóle w nią wjeżdżać. Ta mała, biała japońska puszka, o niewielkich kołach i niskim zawieszeniu nie nadawała się na takie hece. Fragmentami droga przechodziła przez obszary spoistego gruntu. Można było nieśmiało rozpędzić samochód do jakiś czterdziestu na godzinę, po to, żeby w napięciu wypatrywać większych kamieni i dołów.

To było głupie. Sto kilometrów po szutrze, kamieniach, żwirze. W stronę ściany Andów. Przez skalisty pył do wód topniejącego lodowca. Co jakiś czas mijaliśmy zjazdy do kolejnych estancji. Żadnych pasterzy na koniach. Tylko drewniane drogowskazy. To gdzieś tam miały paść się patagońskie krowy i byki. Bydło gromadziło się gdzieś na skrawkach zieleni, przy rzekach. Jednak step to w większości przyroda nieożywiona. Zwietrzałe skały. Zwierzęce szkielety. Wiatr i pył próbujące wciskać się do auta przez listwy przypodłogowe, uszczelki szyb, bagażnik. Jechaliśmy jednak dalej. Inaczej zassałoby nas to wielkie stepowe nic. Dwadzieścia na godzinę. Długonogie gwanako wtapiały się w barwy żwiru i traw. Raz środkiem drogi szedł struś. Kiedy nas zobaczył, przyspieszył. Bał się. Zatrzymałem samochód, żeby mógł spokojnie pobiec w stronę horyzontu.

Ziemiste barwy zaczęły ustępować miejsca zieleni. Woda. Szmaragd wielkiego jeziora. Wyłoniło się zza niewielkich, ruchomych wydm. Minęliśmy kilka zabudowań którejś z estancji. Otaczały ją wysokie topole. Naturalny parawan dający schronienie przed hukiem wiatru. Wyglądała jak oaza. Sto kilometrów do najbliższej miejscowości, w której główną atrakcją była stacja benzynowa. Rozbiliśmy namiot z widokiem na Lago San Martin. Od granicy z Chile dzieliło nas może 50 km w linii prostej. Tam pojedyncze macki jeziora stykały się z jęzorami Lądolodu Patagońskiego Południowego. Jeszcze niedawno wędrowaliśmy wzdłuż jego wielkiego, zimnego cielska. Trzy tygodnie temu i 60 km na południe w linii prostej od naszego obecnego obozowiska.

***

350 km długości i 13 000 km2 powierzchni zamrożonej wody, zawieszonych w lodzie skał, kamieni, pyłu. Tajemnica rzek, dolin i gór przykrytych warstwami śniegu. Zahibernowane w grubym na ponad tysiąc metrów lodzie historie gromadzone od plejstocenu. Lądolód Patagoński Południowy. Trzecie największe na świecie pole lodowe, zaraz po Antarktydzie i Grenlandii. Pozostałość po zimnym gigancie sprzed 21 000 lat. Jęzory rzeźbiące dna dolin. Powoli odkrywają zwały piachu i skał, zmieniając się w coraz większe jeziora. Huk i drżenie ziemi. Glacjalna litania. Upsala, Viedma, Perito Moreno… jest ich ponad 50 .

Gdzieś tam w środku, gdzie łączą ze sobą te wszystkie nazwy, jest tylko chłód i pustka. Nawet linia demarkacyjna między Chile a Argentyną kluczy i rozmywa się na białej plamie lodowca, by wreszcie zniknąć zupełnie między szczytem Cerro Murallon a FitzRoy. Tysiąc kilometrów kwadratowych lodu, który oficjalnie nie jest ani chilijski, ani argentyński.

Ustalanie granicy przechodzącej po Lądolodzie Patagońskim Południowym trwa od XIX wieku.

Według pierwszych porozumień, linię graniczną miały stanowić najwyższe szczyty Andów, co dawało szerokie pole do interpretacji obu krajom. Pod koniec XIX stulecia podpisano „divortium aquarum”. Na mocy tego prawa tereny zlewiska Oceanu Spokojnego miały przynależeć do Chile, a Atlantyku – do Argentyny. W 1898 roku konflikt wydawał się być bliski rozwiązania i zdecydowanie większa część lodowca miała znaleźć się po chilijskiej stronie.

Wraz z nastaniem następnego stulecia, spór o granice powrócił. Dokładniejsze mapowanie lodowych obszarów i odkrywanie nowych pasm górskich, dawały kolejne argumenty do dyskusji. Spór o granicę trwa do dzisiaj i podobnie jak sam lądolód jest opowieścią przede wszystkim o wodzie i jej stanach skupienia. Niespełna dwieście lat historii ustalania granicy mają się nijak do tysięcy lat zaklętych w lodzie.

Kolejne warstwy śniegu, akumulującego się zimą na patagońskich lodowcach, są dziś coraz cieńsze.

Odkrywają się skryte do tej pory pod lodem tajemnice. Z odległego kosmosu obserwują to wszystko bezduszne satelity. Robią zdjęcia. Biała, rozlana wśród Andów plama kurczy się. „Topniejące piękno” o Lądolodzie Patagońskim pisze NASA. Popękane jęzory pełzną w szybkim tempie – od 2,5 km niemal 10 km w ciągu roku. Według niektórych źródeł są jednymi z najszybciej przemieszczających się lodowców świata. Nawet do tej pory wyjątkowo stabilny Perito Moreno od kilku lat również się cofa. Jego wysokie na niemal 60 m lodowe ściany odrywają się od jęzora i wpadają do Lago Argentino. Glacjalne opowieści z chłodu, lodu i czasu topią się i mieszają z innymi, podobnymi historiami w słonych wodach oceanów.

***

Wiatr. Cichł na kilka sekund, czasem kilka minut, żeby nagle uderzyć ze zdwojoną siła. Raz z lewej strony, raz prosto w twarz. Próbowaliśmy zasłaniać się plecakami, licząc na to, że te 20 kg ubrań, jedzenia i sprzętu biwakowego ochroni nas przed kolejnymi falami podmuchów. Powoli do przodu. Pod górę, przez rzekę podwieszeni na stalowych linach, później w dół. Po szorstkiej od kamieni i żwiru skórze niewielkiej odnogi lodowca. Wreszcie po morenie, coraz wyżej, ku przełęczy. Nieprzewidywalne podmuchy ustąpiły miejsca jednostajnemu wiatrowi.

Zbliżaliśmy się do grani. Najpierw stromo, później łagodnie przez szaro-biało-błękitne plateau. Paso del Viento. Przełęcz Wiatru. Stanęliśmy na jej skraju. Huczało. Nie było słychać pomruków lodowca. Ich tony są zbyt niskie, żeby przebić się przez świst powietrza. Leżał w dole, jakieś 500, może 800 m poniżej nas. Jego skóra była mięsista, chropowata i spękana. Widać było wyraźnie linie mięśni i cięgien ułożonych zgodnie ze spadkiem terenu. Był ogromny. Na zachodzie chmury zasłaniały jego cielsko. Na wschodzie widać było wyraźnie, jak jedna z jego odnóg wciska się w dolinę. Wiedzieliśmy, że ten widok będzie nam towarzyszył przez cały następny dzień.

Zaczęliśmy schodzić po osuwającym się spod nóg żwirze.

Widok na niego zasłonił nam wał głazów, kamieni i piachu. Szliśmy jeszcze jakieś dwie, może trzy godziny. Rozbiliśmy obóz, zjedliśmy. Wieczorem wdrapaliśmy się na morenowe wzgórze, żeby patrzeć jak ciepłe światło ślizga się po lodowatym jęzorze. Przyglądać się szczelinom i pęknięciom. Czarnej wodzie w małych jeziorkach na skraju lodu i skał. Ostatnie promienie słońca chowały się za skalistym horyzontem. Zrobiło się zimno. Znowu zaczęło wiać. Wracaliśmy do obozu. Z trudem przeciskaliśmy się przez wielkie głazy moreny. W nocy nasłuchiwaliśmy jak wiatr łopocze tropikiem namiotu. Zostały nam jeszcze trzy dni wędrówki. Później nuda podróży autobusem. Jakieś 700 km na południe. Do Punta Arenas. Następnie promem. Tam, gdzie hektopaskale zmieniają cząstki powietrza w fale, wiry i huk. Teraz pewnie też wiało stamtąd. Gdzieś z przylądka Horn, z Ziemi Ognistej.

***

Być może właśnie wtedy ta opowieść zaczęła nakładać się na zupełnie inne opowieści, w zupełnie innych językach. Był listopad 1520 roku. Żeglowali na południe, wzdłuż zachodniego wybrzeża. Mijali nieznane zatoki i przylądki o nazwach, których nie byli w stanie zrozumieć. Ponoć był 21 października, dzień świętej Urszuli i Jedenastu Tysięcy Dziewic, kiedy opłynęli kawałek lądu wcinający się w ocean, po czym odkryli możliwość dalszej żeglugi na wschód. Nazwali później to miejsce Cape de las Virgenes, czyli Przylądek Dziewic.

patagonia

Płynęli powoli i niepewnie, nie wiedząc, czy nie kierują się w stronę zatoki wcinającej się daleko w ląd. Żeglowali jednak wciąż po słonych i wystarczająco głębokich wodach. Mieli nadzieję, że uda im się przedostać na wschodnie wybrzeże, że odnajdą morski przesmyk na drugą stronę. Błądzili w labiryncie wysp, półwyspów i zatok. Czuli na sobie czyjś wzrok. Znad południowego lądu unosił się dym. Czasem nocą z oddali dostrzegali małe, rozżarzone punkty. Był koniec listopada, kiedy udało im się wypłynąć z powrotem na szerokie wody. Znaleźli morską drogę na drugą stronę kontynentu. Później została ona nazwana imieniem dowódcy całej wyprawy, czyli portugalskiego żeglarza na hiszpańskich usługach, Ferdynanda Magellana. Ten, niecały rok po tym, jak wraz z załogą krążył po zakamarkach poszarpanego wybrzeża Ameryki Południowej, zginął na jednej z filipińskich wysp. Cieśnina Magellana i Ziemia Dymu, przechrzczona później na Ziemię Ognistą. Język tej opowieści zaczął brzmieć znajomo. Tierra del Fuego.

Oczy, które spoglądały podczas tej przeprawy na Magellana i jego żeglarzy należały do morskich nomadów.

Selknam, Kwesqar, Hausch, Aonikenk i żyjący na samym południu Yaghan’ie. Ci ostatni wiedzieli na pewno o tajemnicy krańca kontynentu, której Magellan miał już nigdy nie poznać.

Przemierzali te dziewicze dla Europejczyków wody na niewielkich kanu z drzewa bukowego. Pływali od wyspy do wyspy, od wybrzeża do wybrzeża. Budowali tymczasowe schronienia z drewna, skór lwów morskich, ziemi i liści. Następnie je porzucali i rozpoczynali wędrówkę wciąż od nowa. Mężczyźni polowali na lwy morskie, foki, czasem na wieloryby. Kobiety wyławiały ze słonych wód wszelkiego rodzaju skorupiaki, ryby, a niekiedy nurkowały za krabami. Ci z najdalszego południa, Yaghanie, odziewali się w konstelacje linii i punktów wymalowanych na nagich ciałach. Pokojowe czerwienie palonej ziemi, żałobna czerń węgla i bojowa biel gliny. Okrywali się skórami i nieustannie podtrzymywali życiodajny ogień. Być może to właśnie dym z ciągle żarzących się palenisk widział Magellan, kiedy żeglował w poprzek kontynentu.

***

Morzył mnie sen. Wyjrzałem przez okno. Światła portowych latarni rozszczepiały się w kroplach słonej wody na szybie. Dochodziła druga w nocy. Po 30 godzinach powolnego rejsu dopływaliśmy do celu. Puerto Williams. Na przystani tłoczyli się mieszkańcy oczekujący na turystów, na rodzinę i na to całe dobro, które razem z nami przypłynęło. Pręty zbrojeniowe, worki z cementem, rower, kontener z żywnością. Wsiedliśmy do zdezelowanej terenówki naszego gospodarza. Po 5 minutach byliśmy już w hostelu. W piecu żarzyło się jeszcze drewno. Noc była krótka. Rano przepakowaliśmy plecaki. Poszliśmy na posterunek carabinieros zgłosić, że idziemy, że w głąb wyspy, że 5 może 6 dni i jesteśmy z powrotem.

patagonia

Ruszyliśmy. Najpierw między identycznie wyglądającymi domami. Białe budynki i ich cienkie ściany, jakby zrobione były z dykty. Stare terenówki i butle gazowe przed gankami. Pomiędzy tym wszystkim wałęsające się psy. Później lasem, pod górę. Wyszliśmy ponad linię drzew. W dole majaczyło Puerto Williams. Dalej trawersem po kamienistym zboczu. Przez chmurę. Zaczęło sypać śnieżną krupą, widać było tylko na kilka metrów w przód. Biało. Po jakiejś godzinie znaleźliśmy się po drugiej stronie. Tarasy drobnych jezior, mech i ziemia nasiąknięte wodą, drzewa o pniach wijących się w poziomie.

Każdego następnego dnia przechodziliśmy na jakąś drugą stronę.

Po kamieniach, po płatach śniegu, w głąb, między zębami szczytów, do kolejnych dolin. Kraina zza chmury, kraina zza przełęczy, kraina drewnianych szkieletów, kraina śniegu, kraina bobrów. Dni były chłodne i niebieskie, wieczorami padał śnieg. Rankiem, coraz bardziej wodnisty, wsiąkał w ziemię i znikał zanim wybiła dziesiąta.

Jednego dnia zrobiło się przez chwilę cieplej. Zaczął padać deszcz. Przemoknięci rozbiliśmy namiot. Ogrzaliśmy jego wnętrze ciepłem ciał. Monotonny dźwięk kropel uderzających o tropik nagle ucichł. Najedzeni, przykryci śpiworami powoli zaczęliśmy zasypiać. Przez mały otwór namiotu dostrzegliśmy, że to cisza delikatnie opadających płatków śniegu przyniosła ten błogi spokój. Sufit namiotu obniżył się pod naporem wilgotnego puchu. Próbowałem go strzepać od środka. Konstrukcja namiotu nie wytrzymała ciężaru i przygniotła nasze nogi. Wyszedłem na zewnątrz. Było zupełnie biało. Napadało już dobre dziesięć centymetrów. Środek lata na dalekim południu. Gałęzie drzew uginały się. Namiot rozkraczył się zupełnie. Odśnieżyłem go, podniosłem konstrukcję, ponaciągałem linki i schowałem się do środka. Po jakiejś godzinie przestało śnieżyć. Zasnęliśmy.

Przez następne dni wędrówki krajobraz lewitował wśród chmur. Deszcz, śnieg, chłodny blask gdzieś w oddali. Wiało tylko na przełęczach. Poniżej ciężkiego nieba i zza odległych smug deszczu dało się dostrzec morze. To tam, jakieś 100 km w linii prostej, za małymi, bezludnymi wysepkami miał znajdować się Koniec. Patrzyłem więc przed siebie i powtarzałem jego imię. Horn. Jakby na potwierdzenie tego, gdzie jesteśmy. Zamiast współrzędnych geograficznych. Horn. Nie mieliśmy szans go zobaczyć, ale świadomość jego obecności wystarczała. Szliśmy dalej.

***

Możliwe, że kiedy wypływali z Punta Arenas świeciło jeszcze ostre słońce, a wody były spokojne. Ojciec i syn. Jedna łódka – miała może z 5 metrów długości. Dwa krótkie wiosła, nieprzymocowane do burt. Trzymali je w rękach. Ojciec musiał wiedzieć, że kiedy wreszcie dopłyną, pogoda nie będzie łaskawa. Białe grzywy fal i szaroczarny kolor wody. Pewnie niewiele widzieli. Z gęstych chmur wyłaniały się ostre ściany klifu. Byli skupieni na wiosłowaniu. Morze próbowało cofać ich łódkę, ale mimo to powoli płynęli do przodu. Dla 12 letniego Marina G. Calderona była to pierwsza wyprawa do przylądka Horn.

Nie wspomina, po co tam płynęli. Do Punta Arenas wrócili tą samą drogą. Nie mówi też, ile razy w podobny sposób opłynął południowy kraniec kontynentu. Ze smutkiem w oczach żali się jedynie, że nie może już tak swobodnie włóczyć się po morzu. Pokazuje własnoręcznie wykonaną łódkę. Stoi teraz w jego warsztacie, niby eksponat w muzeum. Kiedy opowiada to wszystko Patricio Guzmánowi w filmie „Perłowy Guzik” z 2015 roku, ma jakieś 60 lat. Jego przodkowie wielokrotnie docierali do krańców kontynentu. Oczywiście nie ma żadnych nazwisk, dat, opisów, rycin, pomników. Jakby cała historia zaczynała się od XVII-wiecznej wyprawy Holendrów. Pod koniec stycznia z 1616 roku odkryli oni, że nie ma żadnej Terra Australis, a Ameryka Południowa kończy się na archipelagu drobnych, skalistych wysepek. Kaap Hoorn miało od tamtego czasu oznaczać nie tylko portowe miasto w Holandii, ale też kraniec Ziemi Ognistej.

Mnogość narracji, polifonia opowieści i ich języków nigdy nie były dobrze widziane, a szczególnie w czasach wielkich odkryć geograficznych i szerzenia jedynie słusznej religii w najdalszych zakątkach świata.

Były skazane na chłostę, kulkę w głowę, a w najlepszym przypadku na przyspieszoną i brutalną lekcję europejskiej kultury w imię rozwoju cywilizacyjnego. Ten z kolei przynosił ze sobą cały inwentarz, z alkoholizmem i nieznanymi wcześniej chorobami na czele. Miejscowe opowieści, wierzenia i legendy zostawały zagłuszane historiami pisanymi przez Magellanów, Drakeów, Cooków, FitzRoyów i innych Darwinów. Duchy żyjące pośród gór i lasów zaczynały się gubić w geografii obco brzmiących nazw. Mapy zatok i cieśnin, po których wędrowali morscy nomadzi były kreślone na nowo. Imiona statków, nazwiska europejskich żeglarzy – to one zaczęły przejmować przestrzeń morskich nomadów.

Ślad, jaki wyznaczył w 1830 roku brytyjski okręt HMS Beagle dowodzony przez FitzRoya, widnieje do dzisiaj na mapach Ziemi Ognistej, oznaczając morski kanał pomiędzy wyspą Tierra del Fuego, a Isla Navarino. To właśnie na pokładzie HMS Beagle wypływał do Anglii jeden z yaghańskich chłopców o imieniu Orundellico i tym samym statkiem, tym razem także w towarzystwie młodego Charlesa Darwina, powracał z niej już jako Jemmy Button. Jego życiorys jest palimpsestem nakładających się na siebie języków, religii i kultur, którego powstawanie rozpoczęło się wraz z wyprawą Magellana i znacznie przyspieszyło w XIX wieku.

Odkupiony od rodziców za perłowy guzik, miał być żywym eksperymentem.

Wrócił do rodziny w skórzanych butach, spodniach, koszuli i płaszczu. Mówił łamanym angielskim. Pod wpływem tego, czego doświadczył podczas pobytu w Anglii, niemal zapomniał rodzimego języka. Po pewnym czasie zrzucił jednak europejskie ubrania i próbował wrócić do poprzedniego życia. Europejska historia podboju o Ameryce Południowej jeszcze kilkukrotnie mieszała się z jego osobistą opowieścią. Tak jak wtedy, gdy został oskarżony o podżeganie innych Yaghan do zabójstwa przybyłych z Falklandów angielskich misjonarzy, do którego doszło na zachodnim brzegu wyspy Navarino. Wtedy też historia dorosłego już, czterdziestoparoletniego Jemmego Buttona krzyżuje się z historią osiemnastoletniego wówczas Thomasa Bridgesa. Ten z kolei od kilku lat wraz z przybranym ojcem, kierującym anglikańską misją, mieszkał na Falklandach. To tam młody Bridges jako nastolatek nauczył się języka Yaghan. Później, jako dorosły już pastor, zamieszkał nad brzegiem Kanału Beagle’a, na wyspie Tierra del Fuego, zakładając tam estancję Harberton.

W historii Bridgesa widać, jak światy opisywane językiem Yaghan i językiem angielskich żeglarzy zaczynają prowadzić ze sobą dialog. Niemal 35 lat po śmierci misjonarza, w 1933 roku, opublikowane zostaje dzieło jego życia – słownik angielsko-yaghański. W tym samym czasie, bawiąca się nad brzegami Kanału Beagla yaghanka o imieniu Cristina, miała niespełna pięć lat. Mieszkała na wyspie Navarino, tam gdzie w 1953 roku miała powstać chilijska baza wojskowa – Puerto Lusia, później przechrzczona na Puerto Williams.

Małej Cristinie zdarzało się pewnie przyglądać chmurom przetaczającym się przez góry na drugim brzegu kanału.

Może czasem patrząc na znajdujące się tam, ledwie dostrzegalne budynki, snuła domysły o ich mieszkańcach. Nie mogła wtedy wiedzieć, że to estancja Harberton, założona przez Bridgesa. Na pewno też nie przypuszczała, że już jako dorosła Cristina Calderon tam zamieszka.

Po przedwczesnej śmierci rodziców, wychowywana przez dziadków i wujostwo, wiodła z nimi koczownicze życie. Nie zwracając uwagi na granicę oddzielającą Chile od Argentyny, pływali oni od wyspy do wyspy, szukając ptasich jaj i polując na gwanako. Będąc młodą dziewczyną, nie mogła się też domyślać, że kiedyś opowieść jej życia stanie się kolejną częścią palimpsestu Ziemi Ognistej, a ona sama jedną z najsłynniejszych Yaghanek. Tak jak Thomas Bridges stworzył książkowy słownik angielsko – yaghański, tak Cristina Calderon była żywym słownikiem yaghańsko – hiszpańskim. Kiedy Kespix – czyli dusza – opuszczała jej ciało w 2022 roku, była ostatnią Yaghanką, której rodzimym językiem była mowa morskich nomadów dalekiego południa.

***

Dotarliśmy na skraj doliny. Od południa otaczały je skalne ściany. Patrząc na nie, nie mogłem uwierzyć, że jakoś udało nam się zejść po tej stromiźnie. Od północy zaczynał się las i mokradła. Kraina bobrów. Jeziora, suche drzewa, bagna, gałęzie i jeszcze więcej gałęzi. Tamy, żeremia i sieć ścieżek. Patrzyliśmy się na to wszystko z góry, nie wiedząc, że jutro będziemy krążyć od jednej tamy do drugiej, gubić wydeptany szlak i kluczyć ścieżkami bobrów. Czołgać się pod powalonymi drzewami i przedzierać przez gęstwinę krzaków. I że w końcu odnajdziemy drogę dzięki krowom tak samo zapadającym się w grząskim błocie jak my.

Tak więc teraz staliśmy na skraju doliny. Słońce nieśmiało ocieplało zimne niebo na horyzoncie. W oddali, spomiędzy wzgórz, widać było Kanał Beagle’a. Cieśninę pomiędzy wyspami. Po drugiej stronie była już Argentyna. Płynęliśmy tamtędy tydzień temu. Promem z Punta Arenas. Dwadzieścia na godzinę. Przez półtorej dnia. W chmurach dotykających wody. Było widać tylko skaliste wybrzeża mijanych wysp. Mgła tłumiła monotonny dźwięk silnika. Mijaliśmy śpiące góry i cicho mruczące lodowce. Wypływając z Punta Arenas staliśmy na mostku, patrząc się na strzelisty zachód słońca. Niemal bezchmurne niebo. Pomarańczowa poświata i ciemny granat wody. Nad ranem obudziło nas kołysanie. Na szybie stały krople. Nie było nic widać poza białymi kołnierzami fal. Prom płynął nad ich ciałem. Było zimne i granitowe. Czasem dało się dostrzec wystającą gdzieniegdzie z wody ich zrogowaciałą, skalistą skórę. To tutaj zanurzały się w słonych, oceanicznych wodach Andy. Ich wielki, zakręcony ogon tworzy archipelag Ziemi Ognistej.

Wiało. W tym wietrze była jednak jakaś harmonia.

Tak właśnie miało być, mieliśmy powoli przedzierać się między małymi niezamieszkałymi wyspami, zasypiać kołysani falami, a sen miał mieszać się z krajobrazem, tak by nie można już było odróżnić jednego od drugiego. Zdążyłem się już do tego przyzwyczaić podczas podróży autobusami przez patagoński step. Głowa mi opadała sama, a przestrzeń mieszała się ze snem i jawą. Huczał wiatr, w oddali przechodziły smugi deszczu, chmury zmieniały kształty. Wtedy step był pusty i żółtobrązowy. Teraz woda była wzburzona i szarogranatowa. Wychodziliśmy co jakiś czas na mostek. Wilgotny chłód wdzierał się pod ubrania. Wypatrywaliśmy fok i wielorybów. Ktoś zauważył parę delfinów skaczących przed dziobem promu. Mijaliśmy zatoki wypełnione chmurami. Ziała z nich pustka. Jakby kończyła się w nich mapa i nie było wiadomo, jaki kształt mają przybrać ich wybrzeża i góry piętrzące się nad nimi.

Zboczyliśmy z wód kanału Beagle’a. Dopłynęliśmy do małej przystani. Na brzeg wyszła grupa młodych chłopaków. Chyba wojskowych. Zostawiliśmy też ciężarówkę z jakimiś materiałami budowalnymi na pace. Spojrzałem na mapę, żeby zorientować się gdzie jesteśmy. Było na niej zaznaczone jakieś dziesięć budynków. Jedna droga prowadząca donikąd. Dookoła tylko poziomice i linie rzek. Prom się wycofał i wróciliśmy na kurs do Puerto Williams. Znowu zaczęło padać. Zbliżał się wieczór. Około drugiej w nocy mieliśmy dobić do portu. Ciężki granat dotykał wody i gór. Morzył mnie sen. Wiatr wzburzał białe grzywy fal. Delikatnie kołysało. Zasnąłem. Kiedy się obudziłem, miałem lekko sklejone rzęsy, przez które przeciskały się delikatne barwy wchodzącego słońca. Miękkie światło rozszczepione przez miliony małych kropelek wody na szybie…


Marcin Olszewski

Marcin Olszewski

Marcin Olszewski – ur. w 1993 r. w Warszawie. Z wykształcenia magister inżynier budownictwa – mostowiec. Fotograf, podróżnik zafascynowany przestrzenią. Podróżował samotnie po Laponii, Islandii, Gruzji. W duecie przemierzał Azję Centralną, Azję Południowo-Wschodnią, Azerbejdżan, Patagonię. Mieszkał przez rok na Islandii. Obecnie żyje w Niemczech, gdzie pracuje w wyuczonym zawodzie.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

To też ciekawe