djerba, motory stojące przy ścianie

Tunezja znów w grze

Początek
przeczytasz w mniej niż 4 min.

Do Afryki pojechałem po raz pierwszy od wybuchu pandemii. I choć wylądowałem w jednym z bardziej turystycznych miejsc – na tunezyjskiej Djerbie – znalazłem tam wszystko, za co tak lubię ten rejon świata

Fot. Nicola Picard

A więc mocną aromatyczną kawę. Ludzi zręcznie balansujących pomiędzy chęcią ubicia interesu i okazywaną autentycznie życzliwością. Niskie domy, śpiew muezinów, rozpalone słońce, szpalery palm. I ten nieokiełznany do końca chaos, tak typowy dla przestrzeni, których nie sposób do końca wziąć we władanie.

Żyjący z turystyki Tunezyjczycy zgodnie narzekają. Najpierw przyjezdnych przepędziła Arabska Wiosna i polityczne zawirowania, a gdy się odrobinę uspokoiło – pojawiła się pandemia. Lockdown i uziemienie samolotów oznaczały jedno: zapaść głównej gałęzi gospodarki, na której Tunezja opiera się od lat.

Rozmawiałem z tunezyjskim ministrem turystyki, Mohamedem Moez Belhassinem, który pozostaje jednak optymistą. W ocenie sytuacji podpiera się coraz wyższymi słupkami na wykresach. W tym roku odnotowano bowiem potężny – nawet kilkusetprocentowy – wzrost ruchu na lotniskach i w hotelach. Na planszach wygląda to nieźle, ale nie można zapominać, że punkt odbicia jest przecież dramatycznie niski. W najlepszym razie możemy więc mówić o rozpoczęciu drogi do osiągnięcia stanu sprzed pandemii.

Minister cieszy się jednak, że dla Tunezji nadszedł czas nowego otwarcia. Może mieć rację.

Może to jednak też ostatni moment, by zmienić całą politykę turystyczną tego kraju. Z rozmów z oficjelami wnoszę, że temat ten nie jest im obcy. W planach na najbliższe lata pojawiają się hasła zrównoważonego rozwoju. Większy nacisk ma być kładziony na zachęcanie przyjezdnych do dłuższego i bardziej aktywnego pobytu. Upragnionym turystą ma stać się natomiast podróżnik indywidualny.

Ten ostatni punkt wydaje mi się najważniejszy. Choć równocześnie najtrudniejszy do zrealizowania. Tunezja, podobnie jak Egipt, od lat bowiem stawia na turystykę masową. A ta, jak pokazały ostatnie dekady, jest źródłem całego pasma nieszczęść. Przynosi spore pieniądze, ale równocześnie degraduje środowisko, kulturę i tkankę społeczną. Prawda jest taka, że niemal wszystko co masowe prędzej czy później przynosi ze sobą zniszczenie.

Afrykański kraj ma tymczasem tak wiele do zaoferowania, że każdy indywidualny podróżnik, może spędzić całe miesiące na eksploracji kolejnych miejsc.

Nawet na Djerbie, która przecież jest królestwem ulokowanych przy plażach hotelowców, wydzielonych stref turystycznych i celem czarterów.

Przykład? Prawie każdy, kto jedzie na wyspę, trafia do synagogi El Ghriba – najstarszej w Afryce Północnej. Przy odrobinie planowania, można uczynić jednak z takiej wycieczki coś więcej. Wystarczy zawitać tu podczas majowej żydowskiej pielgrzymki. Wydarzenia fascynującego, a mało turystycznego.

W ciągu jednego dnia, w którym do synagogi ściągają tysiące pielgrzymów, sacrum i profanum płynnie się przenikają. Czas upływa na nieskrępowanej zabawie, tańcach i muzykowaniu, ale też na modlitwach, popijaniu figowej wódki w świątyni, by uradować zmarłych i odprawianiu religijnych ceremoniałów. Ten dzień pokazuje, że różniące się od siebie społeczności mogą żyć w harmonii. Na żydowską ceremonię w samym środku muzułmańskiego kraju zapraszani są wyznawcy wszystkich religii.

Postaram się za jakiś czas zdać większą relację z tego wydarzenia. Tak byście wiedzieli, czego się spodziewać, gdyby Wasze podróżnicze plany za rok zawiodły Was do Tunezji.

Przeciskając się przez bramkę przy wejściu na teren świątyni i oddając bagaż do sprawdzenia policji, uciąłem sobie pogawędkę z arabskim dziennikarzem. Połączyło mnie z nim zamiłowanie do butów palladium. Obaj mieliśmy je na nogach. Mój nowy znajomy szybko wyjawił mi jakie modele i w jakim kolorze ma jeszcze w domu. To nasze upodobanie nie ma w sobie nic z obuwniczego fetyszyzmu. Po prostu, trudno w podróży o wygodniejsze buty. Mimo, że palladium nie są pozbawione wad.

Szybko doszliśmy do wniosku, że te nasze wytarte, przykurzone i zmęczone pokonywanymi dystansami buty są idealną metaforą tego, że w życiu wcale nie chodzi o doskonałość.

Palladium daleko do doskonałości. Wytrzymują góra dwa-trzy sezony (fakt, że intensywnego użytkowania). Na słońcu potrafią szybko utracić świeżość koloru. Nie lubią prania w pralce. No i oczywiście nie są nieprzemakalne, gdyż uszyto je nie z jakiegoś kosmicznego materiału typu goretex, tylko z poczciwego grubego płótna. Równocześnie jednak te proste rozwiązania (gruba kauczukowa podeszwa) zapewniają idealną stabilność i wygodę. Są niedoskonałe, ale też po prostu fajne.

Ale, czy z Tunezją nie jest podobnie? Gdy opuści się turystyczne sfery lub wyjdzie poza centrum średniowiecznych miejscowości, natrafimy na chaos. Nigdy niedokończone remonty i budowle, tu i ówdzie na porzucone śmieci, zarzucone glonami plaże i zardzewiałe elementy czegoś, co niegdyś było elementem jakiejś miejskiej infrastruktury. Oraz knajpki, w których co bardziej wrażliwy na higienę podróżny może dostać bólu głowy.

Tylko, co z tego?

Tak wygląda prawdziwe, niespreparowane na potrzeby social mediów życie. Toczące się własnym rytmem, dostarczające na przemian chwil zachwytu i rozpaczy (bądź obrzydzenia). Doskonałość jest nudna.

A może nawet tylko coś niedoskonałego ma szansę najbardziej zbliżyć się do doskonałości.

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.