“Pod bieguny”. Potrzeba dzielenia się opowieścią

6 min. czytania

Sięgając po najnowszą książkę Artura Gorzelaka, nie należy się spodziewać pogłębionego reportażu. To nie ten rodzaj literatury

W jednym z wywiadów Artur Gorzelak, autor książki Pod bieguny, mówi, że jego pisanie o podróżach wzięło się z niedosytu.

Gdy wracał z kolejnych wyjazdów lub eskapad rowerowych, czuł, że nie jest w stanie przekazać rodzinie i przyjaciołom tego, co przeżył. To zresztą wyzwanie, przed którym staje większość turystów. Trudno opowiedzieć o wszystkim, co widzieliśmy lub doznaliśmy poza domem. Brakuje na to czasu, ale też możliwości percepcyjnych audytorium. Trudno przyjacielski wieczór przy piwie zdominować relacjami z wyjazdu.

W pewnym momencie pojawia się więc potrzeba snucia nieco dłuższych opowieści.

Większości z nas wystarczają do tego media społecznościowe, Instagram lub ewentualnie blog. Artur Gorzelak idzie inną drogą. Wierząc w moc drukowanego słowa, zamienia swoje opowieści w publikowane własnym sumptem książki. Dba przy tym – z pomocą Studia Warto – o ich spójną estetykę. Prosty, ale sugestywny projekt okładki, hołdujący zasadom modnego dziś minimalizmu, wyróżnia tę serię spośród książek próbujących przyciągnąć uwagę agresywnymi kolorami i krzyczącymi czcionkami.

Sięgając po najnowszą książkę Gorzelaka, nie należy się spodziewać pogłębionego reportażu społecznego lub kulturowego. To nie ten rodzaj literatury. Pod bieguny jest opowieścią o podróżach autora (i jego matki, która napisała ostatni rozdział) po Spitsbergenie, Islandii, Półwyspie Kolskim i Patagonii. Mocną stroną tego tytułu jest spora ilość przemyconych w tekście ciekawostek, faktów i anegdot.

Gorzelak, mimo że jest sportowcem, ultramaratończykiem oraz instruktorem judo, nie wybiera się w świat, by brać udział w ekspedycjach wyznaczających granice ludzkiej wytrzymałości.

Przyznaje się zresztą do tego na samym początku. Pisze: podróże po ziemiach rejonu koła podbiegunowego opisane w książce są raczej relacją miłośnika świata z niekończącej się przygody, jaką jest odkrywanie jego zakątków.

Jest po prostu podróżnikiem, który przemierza trasy już zbadane (tych niezbadanych zostało zresztą już na świecie nie za wiele), ale wymagające nieco więcej inwencji i wysiłku niż te najbardziej eksploatowane. Na szlaki przebyte przez Gorzelaka większość z nas da radę wybrać się samodzielnie. Nie są to bowiem regiony dostępne jedynie dla zaprawionych odkrywców. To sprawia, że przeżycia autora są nam bliższe.

Tę książkę można więc traktować jako rodzaj rozbudowanego przewodnika. Jest w niej mnóstwo informacji przydatnych osobom interesującym się tymi regionami świata.

Dają ogólny obraz tego, czego powinniśmy się spodziewać na miejscu, a relację taką czyta się z większym zainteresowaniem niż zwykły przewodnik.

Ujmujący jest upór autora, by dzielić się tymi opowieściami w druku. A więc inwestować czas i pieniądze w jego przygotowanie. W czasach, gdy internet aż puchnie od relacji podróżników z każdego niemal miejsca świata, to podejście budzi szacunek. Opisy Islandii czy Spitsbergenu znaleźlibyśmy bez większego trudu na blogach. Dostępne za darmo i na jedno kliknięcie.

Książka, swoją fizycznością, zmusza nas jednak do porzucenia na chwilę całej hałaśliwej rzeczywistości wokół. Pozwala wyswobodzić się z zalewu obrazów i informacji. I choć Pod bieguny zyskałaby przy trochę staranniejszej redakcji, rozbijającej chronologiczny i szczegółowy opis każdego etapu podróży, dobrze nadaje się do tego, by spędzić kilka godzin w skupieniu. Bez konieczności przebijania się przez reklamy i rozpraszające uwagę odnośniki, dając się po prostu prowadzić opowiadanej przez autora historii.

Redakcja

Travel Magazine to kreatywny i kulturalny magazyn o świecie. Podróżowanie jest jedną z form opowiadania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.