Sztuka robienia niczego

Początek
7 min. czytania

Nicnierobienie może okazać się dziś dużo trudniejsze, niż się wydaje

W ostatnich latach przeżywaliśmy prawdziwy zalew książek o skandynawskich sposobach na nicnierobienie. Było duńskie hygge, szwedzka fikka, holenderskie niksen, norweskie lykke.

Mimo różnic, wszystkie sprowadzają się mniej więcej do tego samego. Zanurzenia się w obłoczku przytulności, napawania się komfortem siedzenia w cieple i obserwowania płonących świec. Szwedzi preferują spotkania w kawiarniach. Wszystkie te style życia są dziećmi Północy, dość ważny jest więc gruby koc, w którym można spędzać mroczne wieczory.

Duńczycy swoim hygge chyba podbili świat najbardziej. I choć globalna moda już trochę mija, jeszcze kilka dni temu widziałem w Warszawie kawiarnię reklamującą się jako ­hygge-miejsce. W obecnej sytuacji, w której można co najwyżej kupić kawę w papierowym kubku i pić ją stojąc na chłodzie przed pogrążonym w pandemicznych restrykcjach lokalu, to dość karkołomny sposób na reklamę.

Niemniej, nadeszła pora roku, w której o hyggepodobnych stylach życia łatwo sobie przypomnieć.

Słońce wpada do nas już tylko sporadycznie, moje płócienne buty przepuszczają ziąb i krzyczą, by wymienić je już na coś cieplejszego, a czerwone nosy trzeba by już chować w szalikach, gdyby nie to, że i tak otulone są maseczkami.

W obliczu wszechobecnego mroku, mój umysł zaczyna się szarpać, szukając ratunku. Zwykle oznaczało to gorączkowe szukanie biletów samolotowych do Azji lub chociaż Maroka, co teraz nie wchodzi w rachubę. Siedzenie zawiniętym w koc na kanapie zaczyna być więc nagle kuszące.

Okazuje się jednak, że istnieje jeszcze bałkańska filozofia robienia niczego.

Być może jeszcze o niej nie słyszeliście, ale zapewne tylko dlatego, że Skandynawowie lepiej opanowali sztukę PR. Jak donosi BBC, aylyak ma bułgarskie korzenie i narodził się w mieście Płowdiw. Sama nazwa jest piękna w swojej oczywistości – pochodzi z tureckiego i oznacza po prostu „lenistwo”.

Aylyak różni się od skandynawskich pomysłów na szczęście tym, że wygania cię z domu. Nie masz więc tkwić w przytulnym cieple, ale wędrować po mieście. A więc coś w rodzaju czynności kultywowanej niegdyś przez francuskich dandysów.

Chodzenie jest mi zajęciem bliskim, wstąpiła więc we mnie nadzieja, że szybko osiągnę w aylyak biegłość. Niestety okazało się, że zajęcie to nie tyle polega na wędrowaniu, co na pieszej eskapadzie w miejsce, gdzie można siąść ze znajomymi, pić kawę, kurzyć papierosy i gadać przez cały dzień. Można też przy tym grać w karty lub jakąś grę planszową. Brzmi dobrze, pod warunkiem, że kawiarnie nie są zamknięte, można bez groźby mandatu spotykać się w więcej niż pięć osób i nie trzeba zachowywać od siebie półtora metra dystansu.

Trening w kultywowaniu aylyak zostawiłem więc na później. Szukając jakichś innych kojących doznań na jesień, po powrocie do domu wsadziłem nos w próbki perfum Gallivant. To mała manufaktura z Londynu, której założyciel – Nick Steward – postawił sobie za zadanie wykreowanie zapachów kojarzących się miastami świata. W zestawie próbek, który akurat miałem, trafiły się Amsterdam, Londyn, Tokio, Tel Awiw, Los Angeles i Berlin.

Dla każdego zapachowca lubiącego podróże takie wędrówki mogą być pasjonujące. Jeżeli więc nie wiecie jeszcze, co kupić najbliższym pod choinkę, podsuwam pomysł.

Nie we wszystkich z tych miast byłem, jeżeli mam się jednak kierować zapachami, to Tokio będzie ciekawe, chociaż trochę wymagające, a z jechania do Los Angeles chyba jednak zrezygnuję.

Im dłużej te zapachy leżą na skórze, tym bardziej się zmieniają. Zbliża to jeszcze bardziej całe doznanie do rzeczywistej podróży, w której przeżycia też podlegają zmianom wraz z upływem dni.

Uległem ciekawości i – bądźmy szczerzy – zachłanności. Zaaplikowałem sobie perfumy na wszystkie możliwe miejsca na ciele, których mogłem sięgnąć nosem.

Znacie to uczucie, gdy macie niezbyt dużo czasu, a sporo miejsc do odwiedzenia? Wszystko się wtedy ze sobą zlewa. Nie wiadomo, co działo się dziś, a co wczoraj i gdzie to w zasadzie było. Przeżywałem teraz to samo w domu. Czy Tokio było na prawym nadgarstku, a Londyn w zgięciu łokcia? Berlin na brzuchu, a Tel Awiw na ramieniu? A może na brzuchu był jednak Amsterdam a Tel Awiw na lewym nadgarstku?

Bezskutecznie próby rozwikłania tych zagadek zajęły mi większość wieczoru. Czy znalazłem właśnie nowy sposób na nicnierobienie?

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.