paryż zwiedzanie

Nie tylko Luwr i Montmartre

Jak poznać stolicę Francji
Początek

W ciągu kilku godzin podróży przez Paryż możesz zobaczyć niemal cały świat

Człowiek, który sięga po tekst o Paryżu, ma pewne oczekiwania. Wie, że będą anegdotki o słynnych zabytkach (Wieża Eiffla miała być zburzona, imponujący hotel Lutetia to dawna siedziba nazistów), kilka rekomendacji kulinarnych (gdzie zjeść najlepszy stek z frytkami, a gdzie najbardziej chrupiącego croissanta), słowo o modzie i mgle nad Sekwaną. Jeśli autor albo autorka mieszka w stolicy Francji, to potem lecą akapity z wiedzą dla wtajemniczonych: tu lumpeks z apaszkami Hermèsa, tam park, gdzie fajnie usiąść z winem.

Słowa klucze pod tekstami o Paryżu z reguły są te same: wysokie krawiectwo, gastronomia, przyjemność, kultura. Czytelnik i potencjalny podróżnik niczym Emily, Amelia czy Philippe Delerm (ten od Pierwszego łyku piwa) ma celebrować drobne przyjemności, uważnie obserwować szczupłe Paryżanki i eleganckich Paryżan. Kartkować książki u bukinistów, sączyć kawę tam, gdzie Sartre, i spacerować śladami Pereca. Île de la Cité, Dzielnica Łacińska, Montparnasse, Montmartre – polecane adresy, z drobnymi odstępstwami, zwykle się pokrywają. W ten sposób od dziesięcioleci dziennikarze, pisarze i influencerzy (avant la lettre) budują obraz Paryża jako miasta intelektu i wyrafinowania. Miejsca zamieszkałego przez szczupłe białe kobiety i mężczyzn o imionach znanych z literackiej klasyki (Marcel, Charles, Lucien).

I taki Paryż faktycznie istnieje. Tyle że jeśli ograniczyć się do niego, to, jak głosi dewiza sieci kin UGC, vous êtes loin d’avoir tout vu – zobaczyć tylko to, to nic nie zobaczyć. Dzisiejszy Paryż nie jest już bowiem miastem znanym ze zdjęć Cartier-Bressona czy filmów Agnès Vardy. Stolica Francji anno Domini 2026 jest kolorowa, wielojęzyczna, przerażająco zatłoczona i nieskończenie fascynująca. Jak określił je jeden z licznych tutaj ekspatów, brytyjski dziennikarz Simon Kuper – to miasto „niemożliwe”, pełne wewnętrznych konfliktów. A jednak w tej różnorodności zjednoczone.

Paryż – zwiedzanie miasta, które wciąż się zmienia

Proponuję zatem spacer po Paryżu wielokulturowym, gdzie francuski miesza się z arabskim i wolof, sąsiadem Marie-Christine jest Mamadou, a zamiast naleśników z nutellą czasem lepiej skusić się na chrupiące msemmeny z miodem.

Oczywiście wycieczki na przekór też stały się już klasykiem. Są nawet przewodniki w stylu „jak podróżować dookoła świata, nie wyjeżdżając z Paryża”. Z reguły pełne uproszczeń i już w dniu publikacji przeterminowane, bo miasto żyje, a składniki w tyglu kultur mieszają się nieustannie. Społeczność żydowska wcale nie koncentruje się już w Marais, do chińskich sklepów niekoniecznie trzeba jechać do trzynastki, a po kolorową woskowaną bawełnę do dzielnicy Chateau Rouge. Trudno cokolwiek uogólniać, bo Paryż ciągle się zmienia, a podziały nie są sztywne. W arabskiej piekarni można dostać croissanty. W arabskiej piekarni można dostać croissanty, japońscy cukiernicy pieką saint honoré z yuzu, a wax to już nie kolorowe kuriozum, tylko kulturowy artefakt pokazywany w prestiżowych stołecznych muzeach.

Wystarczy wsiąść do metra

Tematu nie wyczerpię, bo choć od ponad pięciu lat flaneruję, czytam i zwiedzam, na pewno nie znam całego Paryża. Swoje rewiry mają tu Kurdowie i Kanadyjczycy, są dzielnice, gdzie często słychać rosyjski i sklepy z truflami prosto z Piemontu. W tak zwanym regionie paryskim (stolica i bliskie przedmieścia) mieszka grubo ponad milion obcokrajowców reprezentujących sto osiemdziesiąt narodowości. A ciągła gentryfikacja sprawia, że wczorajszy egzotyczny kącik dziś jest enklawą bogatych burżujów. Zamiast pokazywać, jak zjeść cały Paryż (impossible!) czy próbować zatrzymać strumień metamorfoz, pokażę, jak dziś wygląda mój kawałek mitycznego miasta. Dla ułatwienia wsiądę do metra.

paryż zwiedzanie
fot. Dorota Malina

Tak się bowiem składa, że mieszkam na samej górze mapy, tam, gdzie kończy się czwórka, czyli fioletowa linia, która przecina Paryż z północy na południe i przez środek, jak Wisła Polskę. Metro numer 4 rozciąga się między Porte de Clignancourt i południowym przedmieściem Bagneux. Podróż przez dwadzieścia dziewięć podziemnych stacji zajmuje zaledwie czterdzieści minut. I przez ten czas można przenieść się z dzielnic ubogich na wyspy luksusu. Z ulic pełnych koloru do Haussmannowskich beżów i szarości, spotkać rentiera i żebraka, turystę i artystę.

Wesprzyj Travel Magazine:

https://buycoffee.to/travelmagazine

Porte de Clignancourt

„Tylko się nie przestrasz” – ostrzegam znajomych z Polski, którzy przyjeżdżają w odwiedziny. W adresie mam osiemnastkę (75018), czyli Montmartre, więc spodziewają się tego, co widzieli w Amelii. Tymczasem po wyjściu z metra zobaczą: walające się śmieci, zatłoczonego Lidla oraz śniadych chłopców, którzy sprzedają papierosy (i inne używki) z przemytu. Zamiast katarynki i melodyjnej francuszczyzny słuchać tu głównie głośne „marlboro, marlboro” oraz gardłowy arabski. Na pierwszy rzut oka, zwłaszcza polskiego, które nie przywykło, wygląda to nieciekawie, ale w dzielnicy wcale nie jest bardziej niebezpiecznie niż gdzie indziej. Oczywiście wszędzie należy zachować czujność i pilnować torebki, ale mnie w Paryżu dotychczas okradziono tylko raz: w Katedrze Notre-Dame.

Turyści przyjeżdżają na daleką północ rzadko, głównie na pchli targ w Saint-Ouen, tuż za granicą miasta. Albo do hipsterskiej La Recyclerie. W wielkim budynku dawnego dworca kolejki żelaznej powstało tak zwane tiers-lieu, czyli trzecie obok pracy i mieszkania miejsce. Można tu zjeść brunch, popracować, nauczyć się haftu krzyżykowego albo kompostowania. La Recyclerie ma warzywnik, kurnik i warsztat do upcyclingu. Jest to połączenie domu kultury z miejską farmą, gdzie mali Paryżanie mogą zobaczyć kurę i dowiedzieć się, że jajek nie produkuje pan Monoprix.

Okolica Porte de Clignancourt świetnie odzwierciedla rozwarstwienie Paryża. Wystarczy odejść kawałek od brudnej i głośnej stacji metra, gdzie dominują kebaby i sklepy ze zdrapkami, żeby trafić na rue du Poteau, handlową uliczkę dla smakoszy. Właściciele eleganckich sklepików sprzedają tu dobry ser, wino, nagradzane w plebiscytach bagietki czy świeże owoce morza. Mniej zamożni zaopatrują się u Niemca (Aldi i Lidl), a spóźnialscy u „swojego Araba”, czyli w otwartych do drugiej w nocy sklepikach z mydłem i powidłem, coraz częściej prowadzonych przez Hindusów.

Marcadet-Poissoniers

Następny przystanek proponuję na stacji Marcadet-Poissoniers, gdzie można się przekonać, że wbrew prawicowej propagandzie muzułmanie to dziedzice wspaniałej, wielowiekowej tradycji. Nieopodal znajduje się bowiem ICI (fr. ici – tu), czyli Institut des Cultures d’Islam. To drugi obok słynnego Institute de Monde Arabe ośrodek kultury muzułmańskiej. Można tu napić się mięty, zjeść ciastko róg gazeli, posłuchać wykładu czy obejrzeć wystawę współczesnej sztuki arabskiej. W budynku mieszczą się między innymi księgarnia, hammam i herbaciarnia. I panuje atmosfera gościnności, której czasem brakuje w obleganym przez turystów Wielkim Meczecie na Lewym Brzegu.

Chateau Rouge

Przejeżdżamy jedną stację metra i lądujemy w zupełnie innym świecie. Oto jesteśmy bowiem w tłocznym, głośnym i kolorowym Chateau Rouge, czyli w tak zwanej Małej Afryce dobrze znanej fanom Alaina Mabanckou (patrz Black bazar). Dzielnicę zamieszkuje diaspora zachodnioafrykańska, która wstrzyknęła do beżowego Paryża soczyste barwy i egzotyczne składniki. Jest tu targ Dejean, gdzie oprócz pięknego, wzorowanego na indonezyjskich batikach waxu można dostać maniok, okrę, fonio i dziwaczne suszone ryby. Wycieczka do Chateau Rouge nawet w listopadową szarugę poprawia humor. Widok Kongijek i Ghanijek, które na głowie niosą kosz z zakupami, w rękach butle z olejem, a na plecach dziecko w chuście, imponuje i uczy pokory (potem jakoś głupio skarżyć się na ciężki plecak).

Barbès-Rochechouart

Stacja metra, gdzie podziemna czwórka krzyżuje się z naziemną w tym miejscu dwójką, to prawdziwy tygiel. Po wyjściu naszym oczom ukazuje się niezależne kino Luxor. W ponad stuletnim przybytku w stylu neoegipskim wyświetlają czarno-białą klasykę i współczesne filmy spoza głównego nurtu. A po seansie, w barze na dachu dobrze jest napić się wina. Tuż obok, przy bulwarze de la Chapelle, w środy i soboty rano odbywa się wielkie, orientalne targowisko, które pozwala poczuć się jak na maghrebskim suku. Przed wejściem do metra stoją grupki arabskich chłopców w nieodłącznych czapkach z daszkiem i klapkach, którzy uprawiają drobny handelek i których policja regularnie rozpędza (bezskutecznie). Spacer po pobliskim bulwarze Magenta byłby prawdziwą gratką dla Piotra Pazińskiego i innych wielbicieli atrap istnienia. W ogromnych butikach nie brak manekinów wszystkich rozmiarów: są tu dzieci odziane w kolorowe garnitury i rzędy kobiet w sukniach ślubnych.

Gare de l’Est i Chateau d’Eau

Dworzec Wschodni to, jak wszystkie paryskie dworce, świątynia wieku pary i pomnik z czasów świetności kolei. Najmłodszy ze stołecznych dworców (1850) jest też największy. Tradycyjnie to tutaj docierali zmierzający do Paryża imigranci z Alzacji, nie bez powodu w okolicy jest mnóstwo piwiarni. Obecnie wokół dworca słychać nie dialekty germańskie, lecz hindi, gudżarati i arabski, bo nieopodal znajduje się koncentracja „etnicznych” sklepików. Spacer Bulwarem Strasburg do stacji Chateau d’Eau pozwoli pooglądać przybytki afrykańskiego fryzjerstwa. Wśród peruk i imponujących stosów kosmetyków fryzjerki błyskawicznie wyplatają setki warkoczyków, a grupki klientów z folią na głowie nierzadko tłoczą się na chodniku przed wejściem, żywo o czymś rozprawiając.

Strasburg-Saint-Denis

Po przejściu bulwaru (można też przejechać metrem dwie stacje) docieramy do monumentalnej Bramy Świętego Dionizego, która ma formę łuku triumfalnego. Podobnie jak w przypadku krakowskiego Barbakanu dziś to centrum miasta, ale kiedyś to tu kończył się Paryż. Niedaleko od stacji Strasburg-Saint-Denis znajduje się malowniczy Pasaż Brady, czyli paryskie Małe Indie. Można tu wydepilować sobie brwi, zrobić hennę, zjeść curry czy nabyć kadzidełka i wiktuały w kultowym już sklepiku Velan. Rodzinny biznes działa już od sześćdziesięciu lat. Za kasą zawsze siedzi cudowna starsza Hinduska w sari, która niczym wieloręka Kali komenderuje armią bratanków, synów i siostrzeńców.

Nieopodal, między ulicami Échiquier, Hauteville i Enghien, kilkadziesiąt lat temu powstała Mała Turcja. Można tu zjeść doskonałe kebaby, kofty i gęste zupy, a wszystko popić kwaśnym ajranem.

Les Halles – Châtelet

To dwie węzłowe stacje, gdzie krzyżują się linie metra i podmiejskich kolejek RER. Słychać tu wszystkie języki świata, bo to tu przyjeżdżają turyści z lotnisk Roissy i Orly, a także z licznych dworców. Dziś hale mają urok Wiślanych Tarasów czy Galerii Krakowskiej – pod ziemią kilkupoziomowy dworzec, a nad nim nowoczesne centrum handlowe Westfield przykryte dziwacznym szklanym baldachimem. Miejsce ma jednak bogatą historię – czytelnicy Emila Zoli czy A. J. Lieblinga wiedzą, że to tu znajdował się brzuch Paryża, ogromne targowisko, które karmiło całą stolicę. W 1969 roku przeniosło się na Marché Rungis, siedem kilometrów na południe od miasta, gdzie hurtowo zaopatrują się restauratorzy i sklepikarze. W centralnych halach można co najwyżej zrobić zakupy w hipermarkecie, zjeść hamburgera w McDonaldzie albo napić się kawy w Starbucksie. Wielki węzeł komunikacyjny przypomina wieżę Babel w wersji zglobalizowanej.

Cité i Saint Michel

Równie międzynarodowo jest na stacjach Cité i Saint Michel. Ta pierwsza jest mekką turystów, bo jak sama nazwa wskazuje, to tu powstał Paryż. Tu wysiada się, żeby zobaczyć odnowioną katedrę Najświętszej Marii Panny, wspaniałe witraże w Sainte Chapelle i monumentalny Pałac Sprawiedliwości, gdzie odbywają się najważniejsze procesy. W Palais de Justice sądzono między innymi Marię Antonię i terrorystów z Bataclanu. Po wyjściu ze stacji Saint Michel człowiek najpierw widzi fontannę z ogromnym Michałem Aniołem. Później wpada w tłum żaków, bo to słynna Dzielnica Łacińska pełna prestiżowych uczelni.

Odéon

Tym, którzy wśród paryskiego szyku i całej tej egzotyki zatęsknią za klimatem Mitteleuropy, zaleca się wysiąść na stacji Odéon. Można tu zjeść makowiec i strudel w słynnej Patisserie Viennoise (cukierni wiedeńskiej). Brązowo-bordowa ciupka działa od 1928 roku i przyciąga amatorów tortu szwarcwaldzkiego i staroświeckich wnętrz, głównie z pobliskich uczelni. Turyści, którzy na Tripadvisorze skarżą się, że ciastka, owszem, pyszne, ale wifi i wtyczek brak, ewidentnie nie zrozumieli konceptu. Mimo narzekań miejsce jest oblegane, a stoliki, jak w barach mlecznych, dzieli się z obcymi.

Po wiedeńskim Kaffee und Kuchen warto udać się na pięciominutowy spacerek do innej środkowoeuropejskiej instytucji, czyli do Księgarni Polskiej. Librarie Polonaise działa w Paryżu do 1833, a przy Bulwarze Saint Germain od 1925. Przed czasami ebooków i sprzedaży internetowej, to tu pielgrzymowali głodni polskiej literatury imigranci. Polacy, którzy do Paryża przyjechali dawno, twierdzą, że „to już nie to samo”, bo coraz więcej miejsca zajmują książki po francusku (nie tylko przekłady literatury polskiej), a za kasą nie siedzi Andrzej Bobkowski. Księgarnia jednak nadal działa dość prężnie. Organizuje m.in. spotkania z polskimi pisarzami, na których z reguły można spotkać też niesamowitych tłumaczy „z naszego na obce”.

Saint-Germain-des-Près

Choć bulwarowi patronuje biskup German, a obok stacji stoi wielkie i bardzo stare opactwo, mało kto przyjeżdża się tutaj modlić czy nawet zwiedzać zabytki. Bulwar Saint-Germain to mekka fetyszystów literatury. Aspirujący pisarze czy młode poetki fundują sobie (kiepską) kawę w Café Flore czy Les Deux Magots, gdzie onegdaj przesiadywali Sartre i de Beauvoir, Camus i Hemingway. Dziś to raczej miejsca dla turystów, bo światek literacki przeniósł się do Le Hibou i Les Éditeurs przy stacji Odéon.

Saint Germain przyciąga także wielbicieli mody i dizajnu. To tu salony i showroomy mają słynne francuskie i zagraniczne marki meblarskie (Knoll, Cappellini) oraz wielkie domy mody. Tuż obok ociekającego złotem butiku Louis Vuitton znajduje się uroczy szwedzki sklepik Kerstin Adolphson, gdzie można zaopatrzyć się w solidne drewniaki i gruby wełniany sweter.

Saint Sulpice

Nieopodal kościoła dobrze znanego fanom Kodu Leonarda da Vinci znajduje się Mundolingua, muzeum poświęcone językowi i różnorodności językowej. Jest dość pocieszne, interaktywne i znacznie mniej nadęte niż otwarta przez Emmanuela Macrona placówka poświęcona francuszczyźnie, czyli Cité de la Langue Française w Zamku de Villers-Cotterêts (godzinę drogi pociągiem od Paryża).

Montparnasse

paryż zwiedzanie
fot. Barthelemy de Mazenod

Blisko końca linii znajduje się kolejna góra – w ten sposób ze wzgórza męczenników (Montmartre) docieramy na artystyczny niegdyś parnas (Montparnasse). Jak wiedzą czytelnicy Sylwii Zientek, to tu tworzyli między innymi Modigliani, Picasso, ale też liczne i często zapomniane polskie malarki, między innymi Anna Bilińska, Alicja Halicka czy Mela Mutter. Dlaczego tutaj? Bo odległa, przydworcowa dzielnica była tania.

Osiedlali się tu też Bretończycy, którzy od połowy XIX wieku przyjeżdżali do stolicy za chlebem. Wysiadali z pociągu na dworcu Montparnasse i już zostawali, zakładając w pobliżu piwiarnie, cydrownie i naleśnikarnie. Do dziś to właśnie w czternastce można zjeść najlepsze galettes z mąki gryczanej, napić się musującego cydru czy spróbować świeżych ostryg. Niestety nie słychać tu już celtyckiego języka bretońskiego. W Bretanii zresztą też już bardzo rzadko. Gdzieniegdzie tylko ktoś podnosi szklaneczkę z cydrem i dla hecy zawoła yec’hed mat.

Porte d’Orleans

Na koniec prawdziwa gratka dla wielbicieli architektury i zieleni, a dokładniej architektury wśród zieleni. Tuż przy południowej bramie miasta znajduje się trzydziestohektarowe miasteczko uniwersyteckie i ogólnodostępny park, gdzie oprócz wspaniałych miłorzębów i wielkiego cedru z Atlasu podziwiać można domy studenckie wybudowane w stylach krajowych. Jest Dom Szwajcarski zaprojektowany przez Le Corbusiera, Dom Włoski z kolumnami, Dom Marokański w arabeski, i wiele, wiele innych. Studencka enklawa ma już sto lat i – wbrew pozorom – wcale nie jest źródłem podziałów. Wręcz przeciwnie, sprzyja integracji, bo zgodnie z zasadą tak zwanego brassage (fr. mieszanie) minimum 30 procent mieszkańców danego domu musi być narodowości innej, niż głosi napis nad drzwiami. Dziś Cité Universitaire to nie tylko przyjemny akademik, lecz także miejsce wydarzeń kulturalnych i ulubiony teren psiarzy i biegaczy.

I tak pośród studentów, rezydentów i turystów nasza podróż przez wielokulturowy Paryż dobiega końca. Można oczywiście ją uzupełnić o wizyty w wielkich muzeach. Luwr pęka od dzieł „skądinąd”, musée Quai Branly prezentuje artefakty różnych cywilizacji, a Palais de la Porte Dorée prezentuje długą i bogatą historię migracji do Francji.

Po tych uduchowiających i intelektualnych wycieczkach przyjemnie będzie wybrać się do włoskiej knajpki (do lat 60. Włosi stanowili największą paryską mniejszość, potem wyprzedzili ich przybysze z Maghrebu), na kuskus albo chińskie bao.

A może wcale nie trzeba było ruszać się z domu? Może wystarczyło stanąć w miejscu i obserwować bardzo uważnie, niczym Perec spróbować „wyczerpać” jeden plac czy dzielnicę? Usiąść przy Porte de Clignancourt i po prostu się pogapić? W końcu jak stwierdził Joseph Roth: „Na jednym rogu ulic spokojnej dzielnicy dzieje się tak wiele, tyle dziwnych i zwyczajnych spraw, jak na całym świecie (…). Kto siedzi na jednym miejscu, dużo widzi. A ktoś, kto jest wciąż w drodze – co taki mógł zobaczyć?”*.

* Joseph Roth,Proza podróżna, tłum. M. Łukasiewicz, wyd. Austeria 2018, s. 178

Dorota Malina

Dorota Malina

Anglistka z wykształcenia, frankofilka z powołania, tłumaczka literatury pięknej i książek kucharskich. Pochodzi z Krakowa, mieszka w Paryżu.

2 Comments Dodaj komentarz

  1. Świetny tekst, niesamowity zmysł obserwacji. Widać, że autorka poświęciła czas na dogłębną analizę tematu a swoje obserwacje przekazuje w taki sposób, że chce się natychmiast wsiąść w samolot i ruszyć na zwiedzanie wielokulturowego, kolorowego i niezmiennie fascynującego Paryża 🙂

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

To też ciekawe