Ballada o Grau-du-Roi. Najspokojniejsze miejsce na południowym wybrzeżu Francji

Początek

W południe, na plaży zostają puste ręczniki i kręgi cienia wyznaczane przez parasole. Czas obiadu to we Francji pora święta

Jest wcześnie rano, piasek jeszcze nie parzy, tylko przyjemnie łaskocze w stopy. Na plaży, w pierwszej linii tuż nad wodą, rozłożyły się na turystycznych krzesłach matrony o siwych głowach. To rezydentki Grau du Roi, spędzające emeryturę na południu Francji, grzejące nad Morzem Śródziemnym kości w słońcu.

Grau du Roi. Kurort niewymuskany

Na ogół wyjeżdżają w szczycie letniego sezonu, wynajmując mieszkania turystom. W tym roku zostały i to do nich przyjechały wnuki, dzieci, znajomi. Rano matrony nie są jeszcze obudowane wianuszkiem dzieciarni, plażowych ręczników i lodówek turystycznych. Pilnują miejsca przy płyciźnie wody, w której pociechy mogą się bezpiecznie pluskać i budować zamki z piasku. A może po prostu korzystają z chwili spokoju, by rozwiązać krzyżówkę.

Ciszę przerywają wściekłe krzyki mew. Ich chmara otacza wracający do portu z nocnego połowu kuter rybacki. Rozkrzyczane, rozmachane skrzydłami ptaki nie przepuszczą okazji do zjedzenia ryby podanej im niemal na tacy. Gdy łódź minie główki portu, na plaży znów nastaje cisza i spokój. Nawet fale ledwie pluskają przy brzegu. By porządnie zanurzyć się w wodzie, trzeba iść i iść, daleko. Dla dzieciaków to raj. I dla tych, którzy chcą się nauczyć pływać na SUP-ie, bo gdy straci się równowagę, łatwiej wejść na deskę stojąc w wodzie po kolana, niż się na nią nieporadnie gramolić na głębinie.

Reszta plażowiczów ściąga niespiesznie po śniadaniu. Nie ma rewii mody. Raczej nikt się nie stylizuje przed wyjściem na plażę, nieważne czy sandały pasują do kostiumu i ręcznika. Jest zwykle i na luzie. Bo Grau du Roi to kurort niewymuskany, popularny, ale z klasą à la française.

Czas wstrzymany

W południe, na plaży zostają puste ręczniki i kręgi cienia wyznaczane przez parasole. Czas obiadu to we Francji pora święta. Wszystko zamiera. Pomiędzy 12 a 13.30 słychać tylko szelest odwijanego papieru, w którym skryto bagietki, albo stukot sztućców o talerz. Najlepsze miejsce na lunch mam tuż za plecami, oddzielone od plaży chodnikiem ciągnącym się wzdłuż morza. Zresztą na kolację też – chyba, że ktoś woli turystyczne i gwarne restauracje nad portowym kanałem, gdzie owszem, przy kei malowniczo kołyszą się łodzie rybackie, ale dania – już mniej malowniczo – prezentują się ofoliowane, mając przyciągać oczy przechodniów. Jednak, gdy dobrze poszukać nawet i nad kanałem można zjeść porządną doradę albo stek bavette.

Ale wróćmy tam, gdzie jest najlepiej. Do Cafe Miramar, w hotelu o tej samej nazwie skrytym za prostą fasadą malowaną na granatowo-morski kolor, pociętą bielą balkonów. Z wielkim tarasem ocienionym parasolami, ale co najważniejsze z czarodziejem w kuchni.

Codziennie czeka inny lunch, w dobrych jak na Francję cenach. A to ryba otulona mięciutkim ciastem, a to jakieś cudo z kalmara. Warto też się zaczaić na tutejszy festiwal ośmiornicy, na którym można jej spróbować we wszystkich możliwych odsłonach. Stołuję się w Cafe Miramar codziennie, kursując na linii plaża, taras kawiarni, „dom” czyli wynajęte na chwilę wakacyjne mieszkanie, jakich w Grau du Roi wiele.

Kopyta o asfalt

Raz, gdy wracam z plaży z piaskiem we włosach i solą na skórze, wpadam na matrony rozkładające na chodniku aluminiowe krzesełka turystyczne. Niektóre już siedzą wygodnie rozparte, z widokiem na ulicę. Inne, zatopione w plotkach, świata wokół nie widzą i nie przeszkadza im, że tłoczą się pośród zaparkowanych byle jak samochodów. Nie wiem na co czekają, ale postanawiam poczekać z nimi. Pięć, dziesięć minut, nic się nie dzieje. Zaczynam przestępować z nogi na nogę, bo nie mam ze sobą plażowego krzesła, a ręcznika na chodniku przecież nie rozłożę.

Grau du Roi (Francja) - spokój, morze, doskonała pogoda i świetna kuchnia.

Nagle, choć nadal nic się nie dzieje, wszyscy podnoszą głowy. W końcu, wśród odgłosów miasta, i ja słyszę dobiegający z oddali tętent – głuchy stukot kopyt o asfalt. Ulicą nadjeżdża szpaler jeźdźców na śnieżnobiałych koniach o rozwianych (również śnieżnobiałych) grzywach. Za nimi kłusują kolejni, ciasno zbici w formację przypominającą literę U, a pomiędzy nimi… rozpędzone stado czarnych byków o ostrych rogach. Potężne zwierzęta biegną naprężając muskuły i hipnotyzując czernią, podkreśloną przez biel koni. Ledwie chwilę trwa ten przejazd, ale był tak niecodzienny, że w pamięci bez problemu odtwarzam go w zwolnionym tempie.

Kowboje z Camargue

„Dokąd pędzą byki? Skąd się tu wzięli jeźdźcy”? – pytam matron, które choć widziały taką paradę nie raz, również są pod wrażeniem. To kowboje z Camargue, krainy rozciągającej się w Delcie Rodanu, na której skraju leży Grau du Roi. Pędzą na „Les Arenes”, pokazać młode byki. Pędzę na Arenę i ja. A po drodze dowiaduję się, że kowboje nazywani tu gardiens, uświetniają niemal każde ważne święto w okolicy.

„Les Arenes” okazuje się kanciastą konstrukcją z betonowymi trybunami otaczającymi wysypany złotym piaskiem wybieg. Wokół rzędy ludzi siedzących na rozgrzanych stopniach, na scenie jeźdźcy przeganiający byki i dający popis niesamowitych umiejętności ujeżdżania. Wydają się być połączeni z koniem w jedno. To nie człowiek gna za bykiem na koniu, ale „człowiek-koń” przegania byka i robi z nim co chce.

Grau du Roi na południu Francji to spokojny kurort, w którym odbywają się bezkrwawe korridy

Człowiek-koń

Rozlewiska Camargue to kraina dzielnych koni i groźnych byków oraz ludzi, którzy nie tylko swoje życie podporządkowali tym zwierzętom, ale też – dzięki koniom – potężne byki „oswoili”. Byk człowieka podchodzącego do niego na piechotę się nie boi. Do człowieka na koniu czuje respekt, nie do końca wie, jak ma go traktować, więc na wszelki wypadek bierze „człowieko-konia”, za duże zwierzę. Dzięki temu gardiens mogą przegnać stado byków o ostrych rogach z jednego pastwiska na drugie, oddzielić od stada najsłabsze sztuki, łapać młode do znakowania…

Najbardziej waleczne byki pędzą na Arenę, gdzie wystąpią w bezkrwawej corridzie course camarguaise. Naprzeciwko byka stanie nie torreador ze szpadą, ale dwie drużyny młodych i zwinnych chłopaków. Podbiegając do zwierzęcia, będą próbować zerwać mu kokardy zawieszone na rogach, a potem ujść przed bestią salwując się biegiem zakosami lub spektakularnym skokiem na trybuny.

Gdy tak gapię się na te wyczyny ludzi i zwierząt, nad trybunami Areny przelatują nisko dwa żółto-czerwone samoloty. Nazajutrz, gdy tuż przed zmierzchem siedzę na plaży, widzę je znowu. Zataczają krąg nurkując nisko, coraz niżej, w stronę tafli wody. Lądują na morzu, jakby to było lotnisko, suną podwoziem po falach nabierając je w wielkie brzuszysko. I wnoszą się w górę, napite i ociężałe, by po chwili zrzucić spektakularną fontannę niczym kamień z serca – bo przyleciały tu tylko na ćwiczenia, a nie gasić pożary. I lekkie wzbijają się w niebo, na którym powoli zachodzi już słońce.

Anna Janowska

Dziennikarka, autorka książki Monsun przychodzi dwa razy. Podróż szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar. W Pani i Travelerze pisze o podróżach, w Label Magazine o designie. Jej konik to wywiady - dla miesięcznika Zwierciadło rozmawiała min.: z Brigitte Bardot, Yotamem Ottolenghim, Elizabeth Gilbert czy Mariną Abramowić.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

To też ciekawe