Moje zmory, Boga nie ma, jest życie oraz Groch z kapustą i inne historie
Gwendoline Riley
Moje zmory
Wydawnictwo Czarne, 2025
Porównywana z Sally Rooney Riley potrafi kilkoma zdaniami stworzyć sugestywne sceny, które zapadają w pamięć. I jest pod tym względem od słynnej Irlandki sprawniejsza warsztatowo – jej pisarstwo nie jest tak rozbudowane i rozwlekłe. Riley panuje nad słowami w sposób niemal absolutny. Jest precyzyjna, konkretna i z łatwością nadaje zdaniom wielu znaczeń. Być może dlatego wystarczyło jej ledwie dwieście stron, by przybliżyć czytelnikom cały świat bohaterów – córki mocującej się przez całe życie z matką i próbującej uciec przed zadufanym w sobie ojcem.
Moje zmory są opowieścią o nieudanej miłości i nieudanym rodzicielstwie.
Oraz o tym, jak daleko wpływa ono na życia innych osób. A przy tym są opowieścią bliską wielu z nas. Riley nie pochyla się nad traumatycznym dzieciństwem czy nad dramatycznymi historiami, lecz nad zwykłym życiem zwykłej rodziny, która nie jest w stanie skleić się w jednorodny byt. Rodzice Bridget, głównej bohaterki, nie stosują przemocy, nie awanturują się, nie nadużywają alkoholu. Każde z nich ma jednak ma własne przywary, a w ich związku więcej jest przypadku niż miłości. Ich dzieciom trudno uciec spod wpływu rodziców, nawet gdy ci już się rozwiodą i upłyną całe dekady życia.
Bridget ratuje samą siebie, budując pomiędzy sobą a rodzicami mur. To odseparowanie będzie trwało przez kolejne lata, a kobieta sporo czasu poświęci próbom zrozumienia, kim tak naprawdę była jej matka.
Riley nie napisała jednak ponurej, wiwisekcyjnej powieści. Moje zmory skrzą się brytyjskim poczuciem humoru, będąc książką równocześnie zabawną, jak i bolesną.
I być może dlatego robi ona takie wrażenie – stoi bowiem blisko zwykłego życia. Nie potrzeba żadnej katastrofy ani tragedii, by utknąć w trudnych związkach, pełnych porażek, niezdarności i nietrafionych decyzji. To opowieść o samotności, z którą trzeba się mierzyć nawet w życiu, w którym wszystko zdaje się być na miejscu.
W swoim precyzyjnie nakreślonym pisarstwie Riley unika jednak prostych ocen, klisz i rozwiązań. Każda z postaci przewijających się przez strony Moich zmór niesie ze sobą bagaż skomplikowanych doświadczeń. Kolejne spotkania stają się walką, w której każda ze stron próbuje dostać coś więcej, niż druga strona jest w stanie dać. Doskonale widać to w symbolicznej scenie, gdy matka nachodzi dom Bridget, w którym wcześniej nie była i wprasza się do wnętrza pod pretekstem konieczności skorzystania z łazienki.
Opowieść nie jest wyłącznie o okropnych rodzicach, ale też o córce, która wykazuje wyjątkowy upór w trzymaniu dystansu od matki. Riley pokazuje, jak trudna, a czasem zupełnie niemożliwa jest komunikacja między osobami zaciekle broniącymi swoich racji i terytorium. Moje zmory są więc też książką o niemocy i o porażce, gdy okazuje się, że niezależnie od sytuacji i okoliczności niczego nie da się zmienić, a wszyscy pozostają na samym dnie głębokiej pustki.
Dziękujemy, że czytasz “Travel Magazine”. Wspomóż naszą działalność dowolną kwotą.
Piotr Augustyniak
Boga nie ma, jest życie
Znak Literanova, 2025
Próbuję się przebić do innego doświadczenia. Coś boskiego pełga w jaskini życia. Objawia się w błękicie nieba. Ogarnia wszystko. Cały wszechświat. Spróbuję w tej książce opowiedzieć to doświadczenie – pisze we wstępie książki Piotr Augustyniak. Pisarz, filozof i profesor Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, zgodnie z tytułem, zajął się duchowością i religijnością. Równocześnie jednak nie jest to książka o Bogu, ani o danej religii (mimo, że Augustyniak jest byłym dominikaninem). To bardzo osobista opowieść o poszukiwaniach mistyki życia i podążaniu tropem filozofów i pisarzy: Heideggera, Heraklita, Mistrza Eckharta, Nietzschego, Celana. Autor, odrzucając pojęcie boga osobowego, kościół, sformalizowaną religię szuka totalności bycia. Owego doświadczenia kairotycznego, o którym pisali między innymi starożytni Grecy.
Augustyniak, jak mówił w wywiadach i podczas spotkań autorskich, długo zastanawiał się, jak podejść do tematu.
Zdecydował się na opowieść niemal biograficzną, nadając jej indywidualnego wymiaru, który może stać się fundamentem szerszego spojrzenia. Pierwsza część jego książki jest więc mocno skupiona na okresie, gdy Augustyniak dojrzewał do decyzji o porzuceniu zakonu dominikańskiego. A później na okresie, gdy niedoszły zakonnik musiał znaleźć nową drogę w życiu. Pojawia się też temat ukraińskiego pochodzenia jego babci oraz jej wpływu na osobowość filozofa. Pisarz wychodzi z założenia, że podzielenie się osobistą historią i własnym doświadczeniem pozwoli czytelnikom wyłuskać z niej coś, co będzie dla nich równie bliskie i otwierające. Ten zamysł niekoniecznie się broni. Owszem, filozofowi udaje się w ten sposób uciec przed ryzykiem stawiania się w pozycji autorytetu. Równocześnie jednak jego życiowa historia chwilami jest zbyt szczegółowa, by dało się ją łatwo przenieść na plan własnych doświadczeń i wyborów.
Ciekawiej prezentuje się druga i trzecia część Boga nie ma. Proporcje pomiędzy osobistymi przeżyciami a filozofią są w nich bardziej wyważone.
Jest tu mniej dramatycznych życiowych zwrotów – być może dlatego, że życie Augustyniaka stało się spokojniejsze – czytelnikowi więc łatwiej skupić się na samej idei mistycyzmu, którą pisarz porusza. Czerpiąc z doświadczeń różnych religii i filozofii, Augustyniak drąży w poszukiwaniach do samego sedna. Odziera religijność z dogmatów, ceremonii i podległości bogu, by dojść do wniosku, że istotą naszego życia jest samo… życie. Wraz z chwilami kariotycznymi, które jednak muszą też rezonować z Chronosem.
W takim ujęciu „wszystko jest żywe i pełne Bogów”, a najgłębszą religijnością jest po prostu głębokie istnienie. Zazwyczaj stojące z dala od intelektu, ale za to niezwykle intensywne. Zdaniem Augustyniaka, by być szczęśliwymi i by ocalić zarówno siebie, jak i świat, potrzebujemy czegoś w rodzaju ponownego „wkorzenienia się w życie”. Na co dzień bowiem, pochłonięci impulsami dyktowanymi przez ego, bezmyślnym pochłanianiem wszystkiego, utrwalaniem siebie i nieustanną eksploatacją funkcjonujemy poza orbitą samego bycia.
Te tezy nie są oczywiście pomysłem Piotra Augustyniaka. Filozof idzie śladami starożytnych, myślicieli, twórców. Przedstawia syntezę najbardziej pierwotnych idei, oczyszczając je z naleciałości i kierując snop światła na jądro życia. A przy tym znajduje dla siebie wyjątkową przestrzeń geograficzną – Grecję – która sprawia, że łatwiej mu wrócić do nurtu istnienia. I choć nie z wszystkimi kwestiami z Augustyniakiem trzeba się zgadzać, jego książka (szczególnie druga i trzecia część) potrafią zapewnić naprawdę wciągającą podróż.
Gerald Durrell
Groch z kapustą i inne historie
Noir sur Blanc, 2025
Gerald Durrell, pisarz, zoolog, propagator wiedzy przyrodniczej, najbardziej znany jest z serii humorystycznych książek, w których wspominał dzieciństwo na greckiej wyspie Korfu. Moja rodzina i inne zwierzęta oraz dwa kolejne tytuły z tego cyklu udowodniły, że Brytyjczyk ma oko i ucho do szczegółów, lekkie pióro i tendencje do typowo wyspiarskiego, nieco cierpkiego humoru. Do dziś wielu Brytyjczyków, ale też naszych rodaków, wybiera się na Korfu z książką Durrella w kieszeni, choć marzenia o znalezieniu świata przedstawionego w książkach są skazane na porażkę. Przez niemal sto lat, jakie minęły od pobytu pisarza na Korfu wszystko zdążyło się tam zmienić.
Wydawnictwo Noir sur Blanc ponownie wprowadza książki Durrella na nasz rynek, proponując je w nieco odświeżonym tłumaczeniu. W księgarniach pojawił się właśnie Groch z kapustą. Tym razem to historie nie tylko o greckiej wyspie, lecz zestaw opowieści z różnych lat, zarówno z dzieciństwa spędzonego w Londynie, jak i z późniejszych lat w Afryce. I choć wielbiciele pisarstwa Durrella znajdą tu wszystkie atuty, za które je cenią: absurdalny humor, potoczystą frazę, gagi sytuacyjne i sporo zwierzęcych bohaterów, nie da się ukryć, że ta książka niezbyt dobrze zniosła próbę czasu.
Od czasów młodości Geralda Durrella, członka dość zamożnej i uprzywilejowanej brytyjskiej rodziny, świat przeobraził się całkowicie.
To, co jeszcze kilkadziesiąt lat temu wydawało się całkiem normalne bądź zabawne, dziś coraz częściej wywołuje poczucie zażenowania. Trudno na przykład zrozumieć, jak miłośnik zwierząt i przyrody mógł zajmować się chwytaniem ssaków i ptaków na potrzeby ogrodów zoologicznych. Jeszcze bardziej jednak razi wyższościowy, żeby nie powiedzieć rasistowski, stosunek do obcokrajowców. A także brak jakiejkolwiek refleksji na temat destrukcyjnego wpływu państw, które kolonizowały podbite regiony świata.
Durrell, mimo sympatii dla pracowników i służących, nigdy nie opuszcza pozycji uprzywilejowanego przedstawiciela Imperium Brytyjskiego. Mająca być ciągiem śmiesznych anegdot opowieść o gorączkowych przygotowaniach do wizyty komisarza okręgu w Afryce przemienia się w zbiór scen, w których podlegający kolonizatorom czarnoskórzy pracownicy starają się zadowolić swoich panów i którym trzeba – niczym dzieciom – wydawać polecenia i tłumaczyć każdy ruch. Nie pomaga sam pisarz, starający się bronić Brytyjczyków:
Obecnie stało się modne ostre krytykowanie kolonializmu, a z zarządców okręgów i ich zastępców robi się istne wcielenia nieprawości. Oczywiście, zdarzali się źli, ale większość to byli wspaniali ludzie, którzy wykonywali niezmiernie trudną pracę w nadzwyczaj wyczerpujących warunkach. Wyobraźmy sobie, że w wieku dwudziestu ośmiu lat ktoś stawia człowieka na czele regionu o rozmiarach, powiedzmy, Walii, zamieszkanego przez olbrzymią liczbę Afrykanów i daje do pomocy jednego zastępcę. Musi się zadbać o wszelkie ich potrzeby, być dla nich ojcem i matką i zapewnić przestrzeganie prawa. A w wielu przypadkach prawo, będące prawem angielskim, było tak zawiłe, że przerastało nawet przebiegłe umysły autochtonów – pisze.
Oczywiście trudno obrażać się na pisarza za to, że żył w innych czasach i innej rzeczywistości.
By czerpać przyjemność z lektury tej książki – z pewnością dobrze i ze swadą napisanej – trzeba jednak traktować Groch z kapustą jako świadectwo przeszłości. Jako obraz świata, który na szczęście już w dużej mierze przeminął. I który z pewnością znać warto, chociażby po to, by podczas swoich podróży móc osadzić odwiedzane regiony w szerszym historycznym kontekście.



