Czy minimalizm jest ułudą?

przeczytasz w mniej niż 7 min.

Właśnie się przeprowadzam, co każe myśleć mi o rzeczach. Czy pozbycie się ich nie oznacza wymazania samego siebie?

Tym razem nie zmieniam miasta, lecz tylko dzielnicę, przesuwając się nieco bliżej centrum Warszawy. Z moją ukochaną przenosimy się dość powoli, stając co chwila przed koniecznością podejmowania kolejnych decyzji, na co żadne z nas nie ma wielkiej ochoty. Wszystko to więc trwa dużo dłużej, niż można by się spodziewać. Na zmianę mnie to albo irytuje, albo uspokaja, udowadniając, że filozofię slow mamy już we krwi.

Przeprowadzki polegają zazwyczaj na przenoszeniu przedmiotów z jednego miejsca na drugie. Niekończącej się ilości przedmiotów. I choć tym razem sporo z nich nie jest moja, i tak, siłą rzeczy, zacząłem zastanawiać się nad minimalizmem.

Nie przepadam za posiadaniem dużej ilości przedmiotów, a im jestem starszy, tym ich listę coraz bardziej redukuję. Równocześnie jednak, robiąc któryś z kolei kurs między mieszkaniami z torbami wypełnionymi książkami, zabiłem własne wyobrażenie o sobie, jako o minimaliście.

Oczywiście, to kusząca wizja. Życie nieobarczone żadnym ciężarem. Nomadyczna filozofia, pozwalająca spakować dobytek do jednej torby i wyruszyć w drogę. Bez sentymentów, żalu, z radością na twarzy. Niczym Włóczykij z „Muminków”, wędrujący przez świat z wintydżowym plecakiem.

Zaraz, zaraz, ale co z moim czarnym chińskim kubkiem z porcelany, który dostałem kiedyś od mamy (po jej śmierci nabrał dodatkowego znaczenia)? A co z roślinami w ciężkich donicach, które kupowaliśmy z moją ukochaną jeżdżąc po całym mieście? No i co z rowerem, który po prostu… lubię? Nawet teraz, gdy z niego w ogóle nie korzystam (jeżdżenie w zimowym chłodzie to żadna frajda), wolę go mieć gdzieś w zasięgu wzroku. Gdy odrywam się od ekranu komputera, omiatam czasem spojrzeniem jego harmonijną, gravelową sylwetkę. Sprawia mi to przyjemność. Albo te plakaty w łazience, reprodukcje reklamy Polaroida sprzed pół wieku? Są kompletnie do niczego niepotrzebne. Żaden minimalista by ich nie chciał. Moja dziewczyna wysyłała mi jednak ich zdjęcia, gdy je kupowała. Dopiero co się wtedy poznaliśmy. Teraz patrzę na nie codziennie.

Cóż, mimo moich minimalistycznych ciągot, muszę przyznać, że w jakimś stopniu jesteśmy swoimi rzeczami. A rzeczy są nami. Historią naszego życia. Czy pozbycie się ich nie oznacza wymazania samego siebie?

W 2001 roku brytyjski artysta Michael Landy przeprowadził dwutygodniowy performance zatytułowany Break Down. Polegał on na zniszczeniu wszystkich 7227 rzeczy, które posiadał. Jak mówił, miało mu to pozwolić uczynić z samego siebie „czystą kartę”, w czym z kolei upatrywał szansy na wejście w nowe etapy życia.

Prawda jest taka, że całkowicie wolny od posiadania rzeczy był przez około 10 minut. Później ktoś z widzów sprezentował mu płytę Paula Wellera (a on nie odmówił przyjęcia prezentu). Zniszczenie najbardziej cennych rzeczy – jak płaszcz po ojcu – Landy odkładał na sam koniec. Słusznie przeczuwał, że będzie to najbardziej bolesny etap.

Najważniejsze jednak jest to, co powiedział gazecie Independent, oceniając po latach swój artystyczny projekt:

„To, co zrobiłem, było tak destrukcyjne i nihilistyczne, że przez kolejny rok nie tworzyłem żadnej sztuki. Absolutnie nic niczego”.

Wygląda na to, że, pozbywając się całej własności, Landy tak bardzo wymazał samego siebie i tak dalece rozmył własną tożsamość, że niemal zniknął. Nie dziwne, że miał problemy z dalszą twórczością.

Dobrze jest zachować materialną lekkość. Nie ciągnąć za sobą całych ton rzeczy. Gdy jednak pierwszy raz wszedłem do nowego mieszkania, było jedynie skorupą. Opustoszałą przestrzenią, z potencjałem, ale jednak w porównaniu z miejscem, do którego jeszcze wieczorem wróciliśmy – wypełnionym naszymi rzeczami i wspomnieniami – niemal przezroczystym.

Wiedzeni jakimś przeczuciem, najpierw przerzuciliśmy pod nowy adres książki. Ustawiając je na półkach, z każdą minutą zmienialiśmy przestrzeń w coraz bardziej naszą.

Okazuje się więc, że przedmioty są jednak ważne. To dzięki nim kształtujemy otoczenie, to w konfiguracji z nimi określamy naszą tożsamość i nasze miejsce. Nie musi być ich dużo, nie muszą być kosztowne, ani designerskie. Dobrze jednak, gdy są.

Nawet dawne ludy nomadyczne – wzorcowi podróżnicy – mieli zestaw niezbędnych przedmiotów, które transportowali w trakcie wędrówek. I coś mi się zdaje, że w ich tobołkach, oprócz garnków i broni, były też poupychane różne głupoty, które po prostu lubili mieć obok siebie.

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.