Dusza flamenco. Fotoreportaż

Początek
8 min. czytania

„To cudzoziemcy utrzymują flamenco przy życiu” –  słyszałam w Sewilli wielokrotnie. I choć to stwierdzenie wydaje się radykalne, jest w nim wiele prawdy

Tekst i zdjęcia: Julia Zabrodzka

Sewilla to centrum flamenco. Jest tu najwięcej nauczycieli, mnóstwo spektakli, żyje się tańcem i muzyką – mówi Claudia Karapanou, bailaora z Grecji. Siedzimy przy stoliku przed kultowym barem przy Alameda de Hercules. Claudia co chwila pozdrawia kogoś, kto przechodzi akurat ulicą lub zagląda do lokalu. Większość jej znajomych to muzycy albo tancerki flamenco.

Kiedyś ich mekką była położona po drugiej stronie rzeki Gwadalkiwir dzielnica Triana. Nadal można tam obejrzeć fantastyczne spektakle i działa kilka szkół. Punkt ciężkości przeniósł się jednak obecnie w okolice ulicy Castellar, niedaleko Alamedy. To tu, w starych kamienicach i fabrykach, zaczęły powstawać maleńkie studia, w których tancerze i tancerki ćwiczą, dają lekcje mniej zaawansowanym uczniom i organizują kameralne występy.

Kilka lat temu, w czasie pierwszej podróży do Sewilli, właśnie w tej okolicy trafiłam do nieistniejącego już lokalu Peña Flamenca Fernando del Valle „Niño de la Alfalfa”. Szukałam wtedy alternatywy dla komercyjnych, turystycznych tablaos, których uprzejmi naganiacze zaczepiali mnie w okolicach największych atrakcji miasta – katedry i alkazaru. Pamiętam, że atmosfera lokalu zrobiła na mnie wrażenie: maleńka scena, wokół której z trudem mieściły się trzy rzędy krzeseł. Widzowie mogli poczuć muśnięcia chust i spódnic wirujących w tańcu. Na krzesłach karteczki z imionami – te miejsca były już zajęte. Nikt o nic nie pytał, wszyscy znali panujące zasady.

Tamtego wieczora tańczyły dwie bailaoras. Zdziwiłam się, że obie pochodzą z Francji. Bo jakże to – tancerki flamenco, które nie są Hiszpankami?

Po spektaklu dowiedziałam się, że cudzoziemek jest w Sewilli znacznie więcej. Francuzki, Greczynki, Japonki, Polki przyjeżdżają do stolicy Andaluzji, żeby spełnić marzenia o tańcu.

Emilia Dowgiało, polska tancerka i autorka książki „O flamenco polskim piórem… Kulturowe realia i słowne bariery”, podczas ćwiczeń w studio. / fot. Julia Zabrodzka

Tak trafiłam na temat, który fotografowałam przez następne cztery lata – zagraniczne bailaoras w Sewilli. Zaglądałam do maleńkich barów, gdzie organizowano występy, przyglądałam się próbom i lekcjom tańca. Dzięki temu projektowi poznałam Fabiolę Garcíę z Meksyku, Emilię Dowgiało z Polski czy Tatianę Ganozę z Peru. Oraz Claudię Karapanou, tancerkę z Grecji.

Pod jednym względem ich historie były podobne. Prawie wszystkie przyjechały na chwilę, a zostały na lata.

Trafiłam do Sewilli w styczniu 2015 roku. Miałam być do czerwca, może lipca – śmieje się Claudia, poprawiając kruczoczarne lekko kręcone włosy, gdy rozmawiamy kilka lat później. Ona też swój pierwszy sewilski spektakl oglądała w Niño de la Alfalfa. – Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego. Takiej siły. To siła, która odbiera mowę, nie możesz oddychać – wspomina.

Lekcja tańca z tzw. bata de cola, spódnicą z długim ogonem, w szkole Flamenco Danza Estudio / fot. Julia Zabrodzka
Spektakl flamenco w Peña Flamenca Torres Macarena / fot. Julia Zabrodzka

Sama po raz pierwszy w Sewilli wystąpiła na nieformalnej scenie w Casa Ensamblá, w ramach cyklu Flamenco „Con Otro Sol” zapoczątkowanego przez Japonkę Maikę Kubo. Salon Casa Ensamblá miał niepowtarzalny klimat. Widzowie siedzieli na starych kanapach i fotelach wokół sceny podświetlonej dziwnymi kolorami. Wydawało mi się, że prawie cała widownia była związana ze światem flamenco: tancerki, muzycy, śpiewaczki i grono ich przyjaciół lub uczniów. To była scena, na której wiele cudzoziemek i cudzoziemców, tak jak Claudia, stawiało swoje pierwsze kroki w świetle sewilskich jupiterów.

Byłam bardzo dobrze przygotowana. I dobrze przyjęta – opowiada grecka tancerka. – Teraz, z perspektywy czasu, myślę, że był to jeden z najlepszych występów, jakie miałam.

Sewilski świat flamenco fotografowałam przed pandemią. Wtedy też rozmawiałam z Claudią. Casa Ensamblá i wiele innych klimatycznych miejsc nie przetrwało niestety tego trudnego czasu. Opowiada mi o tym polska tancerka Eliza Miścior. Wspomina, że była w Casa Ensamblá na jednym z ostatnich koncertów przed zamknięciem. Sama miała więcej szczęścia – szkoła tańca Flamenco A-Compás, którą prowadzi razem z mężem, syryjskim tancerzem Dią Homsy, wciąż działa w Sewilli. Inaczej potoczyły się losy Claudii, która dołączyła do swojego partnera, gitarzysty flamenco w Rotterdamie.

Z pandemii sewilski świat flamenco wyszedł ciężko doświadczony i poobijany. Nie mam jednak wątpliwości – gdy tylko sytuacja się uspokoi, niszowe miejsca, gdzie będzie można obejrzeć występy, wyrosną jak grzyby po deszczu. A kolejne cudzoziemki znów będą tu szukać szczęścia na scenie i w życiu.

Claudia Karapanou, tancerka flamenco z Grecji, podczas próby w Zenith Estudio, miejscu które sama stworzyła / fot. Julia Zabrodzka
Claudia Karapanou rozciąga się po lekcji flamenco / fot. Julia Zabrodzka

Julia Zabrodzka

Fotografka, która czasem pisze o miejscach i ludziach. Publikowała m.in. w "Polityce", "Piśmie", "Kukbuku", "Wysokich Obcasach" i "The Guardian". Finalistka Grand Press Photo, nagrody im. Krzysztofa Millera "Odwaga patrzenia" i "Leica Street Photo". Najbardziej lubi pracować w Polsce i krajach hiszpańskojęzycznych.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.