m

Dwa lata na obcej planecie. Pod podszewką Japonii

Początek
23 min. czytania

Japończycy zaskakiwali nas na każdym kroku – mówi Paulina Walczak-Matla, współautorka książki „Japonia, subiektywny przewodnik nieokrzesanego gaijina”

fot. rodzinawswiat.pl

Anna Janowska: Kamperem, który ostatnio kupiliście, zadalibyście szyku na japońskim campingu?

Nasz kamper jest vintage, a Japończycy na kemping zabierają najnowsze gadżety. Największe wrażenie zrobiło na mnie obozowisko, w którego centrum był turystyczny przenośny zlew, nad nim wisiały chochle, łyżki i błyszczące naczynia do gotowania. Obok stała lodówka napędzana prądem z agregatu i wiatrak, a wejście dekorowała tablica z rysunkami kwiatów. Rozbito jeszcze namiot dzienny rzucający cień na leżanki do odpoczynku, a wokół „zwykłe” namioty do spania, każdy oczywiście z przedsionkiem, daszkiem i udekorowany światełkami. Całość wyglądała, jakby biwakująca tam rodzina – tak, zaledwie jedna rodzina – miała na tym campingu spędzić co najmniej miesiąc.

A tymczasem przyjechali w sobotę o 18-ej, rozłożyli cały ten majdan, ustawili krzesła z widokiem na jezioro i górę Fuji, zawiesili wypolerowane lampy naftowe, wyciągnęli siekierę, porąbali drewno, rozpalili ognisko i urządzili biesiadę. A następnego dnia od 6-ej rano zaczęli się pakować i zbierać do domu. Przyglądałam się temu wszystkiemu z naszego – jak mi się wcześniej wydawało – całkiem wypasionego namiotu, nie mogąc uwierzyć w to, co widzę.

Może ważniejszy niż campingowanie był cały ten rytuał organizowania przestrzeni? Trochę jak w ceremonii parzenia herbaty, gdzie przecież nie chodzi o to, by jej się po prostu napić, ale o wszystko wokół?

Kto wie, może sam proces organizowania biwaku jest ciekawszy niż spędzenie nocy w namiocie, a rozkładanie i składanie całego sprzętu to clou wyjazdu. Pewne jest, że Japończycy zaskakiwali nas na każdym kroku.

Dzięki takim zdziwieniom najpierw narodził się blog rodzinawświat.pl, a później książka „Japonia, subiektywny przewodnik nieokrzesanego gaijina”. Opowiadacie w niej o dwóch latach, jakie spędziliście z mężem Maćkiem i synem w Japonii. Ostatnio napisałaś, że Igrzyska Olimpijskie w Tokio – z powodu pandemii otwarte tylko dla japońskich kibiców – będą zapewne jednymi z najcichszych i najspokojniejszych w historii…

Jeżeli Japończycy biją brawo, to dokładnie wtedy, gdy brawo bić trzeba. Klaszczą w dłonie w sposób przerysowany, jak w kreskówce i wychodzą z tego takie „grzeczne oklaski”. Nikt nie krzyknie, nie gwizdnie. Gdy byłam na koncercie, publiczność się bawiła, ktoś tam nawet coś pod nosem zanucił, ale kiedy tylko artysta skończył śpiewać, wszyscy wyszli. Żadnych bisów, euforii tłumu. Koniec i do domu. Japończycy są niezwykle powściągliwi, starają się zachowywać po cichutku, nie przeszkadzać innym. Tylko dziwią się wśród ochów i achów.  

Zapisałaś syna na zajęcia sportowe, to zdaje się było ciekawe doświadczenie?

W Japonii bardzo szybko aktywizuje się dzieci. Do tego stopnia, że gdy przed ukończeniem pierwszego roku życia dziecko nie jest zapisane na żadne zajęcia, to trochę wstyd. My ten limit czasowy przekroczyliśmy, ale za to od razu zapisaliśmy syna na basen, piłkę nożną i akrobatykę. Może „zapisaliśmy” to za dużo powiedziane, bo zrobiła to w naszym imieniu znajoma Japonka, wszystkie zajęcia jak i zapisy były bowiem po japońsku. Najpierw trzeba uiścić niemałe wpisowe i – również niemałą – opłatę za strój. Warto dodać, że wszystkie dzieci noszą takie same ubrania. Na basenie był to jednoczęściowy kostium, trochę w stylu lat 80-tych, dla chłopców niebieski, dla dziewczynek różowy.

Chodzi o budowanie przynależności do grupy?

I to od najmłodszych lat. Poczucie wspólnoty jest niezwykle ważne, wszyscy muszą wyglądać tak samo. Nas wyróżniały nie tylko blond włosy syna, ale fakt, że na basen z dziećmi chodził – pośród samych japońskich mam – mój mąż, Maciek. Śmiejemy się, że to przez niego pod koniec roku zaczęli przychodzić też ojcowie. Wychowywanie dzieci i zajmowanie się domem zgodnie z tradycją wciąż spoczywa na barkach kobiet, które – gdy zostają matkami – często rezygnują z pracy lub wracają do niej tylko na część etatu.

Fakt, że jesteś pracującą matką, a synem zajmuje się twój mąż budził zdziwienie?

To, że Maciek na urlopie wychowawczym zajmował się dzieckiem i domem, wzbudzało sensację i nie mieściło się Japończykom w głowach. Jeden z kolegów z pracy powiedział mi, że chciałby mnie zobaczyć na zakupach. Dla niego to, że mam w firmie wysokie stanowisko, na spotkaniach omawiam ważne sprawy, a potem idę do sklepu czy gotuję kolację było trudne do wyobrażenia.

Brzmi, jakby nie bardzo był za pan brat z obowiązkami domowymi…

Generalnie Japończycy uważają dom za domenę kobiet. Mężczyźni na ten dom zarabiają. Mówi się nawet, że po przejściu na emeryturę małżeństwa się nie dogadują, bo nagle muszą spędzać czas razem, a przecież całe życie wiedli osobno. Zresztą Japończycy moment przejścia na emeryturę odkładają w nieskończoność. Gdy osiągniesz wiek emerytalny, czyli 65 lat, i nadal chcesz pracować, to firma nie może ci tego odmówić, ani cię wyrzucić. Ci, którzy przechodzą w końcu na emeryturę, nadal pracują – ale dorywczo. Wyglądający na 80- czy 90-latków Japończycy często kierują ruchem na parkingu lub przeprowadzają dzieci przez ulice. I nieważne, że poruszają się powoli i z trudem. Tu chodzi o etos pracy i o to, jak istotne miejsce zajmuje ona w życiu Japończyka.  

Przez dwa lata pracowałaś w firmie produkującej i sprzedającej gadżety pamiątkowe dla Disneylandu pod Tokio. Jak ci się pracowało z Japończykami?

W biurze miałam międzynarodowe towarzystwo, za to w Disneylandzie pracowali już sami Japończycy i współpraca zdecydowanie nie była łatwa. Nie sposób było załatwić sprawy na zasadzie umówienia się, przymknięcia na coś oka, zrobienia czegoś szybciej, na skróty. Trzeba było dokładnie i mozolnie podążać za procedurami, za nic w świecie nie wyprzedzać faktów i nic nie przyspieszać. Oraz – co niezwykle ważne – przestrzegać hierarchii, nikogo, ale to absolutnie nikogo nie można pominąć.

Kultura pracy jest do tego stopnia inna, że po trzech miesiącach moi współpracownicy-Japończycy złożyli na mnie nieoficjalną skargę. Ich zdaniem chciałam pracować za dużo i za szybko. A tak się przecież nie robi! I nieważne, że chodziło mi o poprawienie zasad współpracy, przyspieszenie toku spraw – zostało to źle odebrane. Bo wszelkie udoskonalenia nie są mile widziane. Najlepiej pracować tak, jak to się robiło od zawsze.

Japonia to biurokratyczny koszmar. Proces decyzyjny trwa, wszystko jest sformalizowane. Każdy błąd wymaga wyjaśnień, wypełniania formularzy, pisania niekończących się raportów…. Jeżeli w pracy popełnisz jakiś błąd, to nie jest to tylko twoja pomyłka, ale znak, że cały proces jest wadliwy. Trzeba więc go przeanalizować krok po kroku, wypełnić tabelki, napisać sprawozdanie. A potem jeszcze jedno. I tak w nieskończoność. Każdy, najmniejszy nawet problem urasta do rangi końca świata. Nikt nie krzyczy, ani nie podnosi głosu. Ale i bez tego jest to stresujące.

Nic dziwnego, Japończycy słyną z etosu pracy i pracowitości, ba, z tego, że z pracy niemal nie wychodzą…

W Japonii pracować dużo wcale nie oznacza pracować efektywnie. Ale nie da się zaprzeczyć, że Japończycy pracują sporo. Swoją drogą, sami sobie tej pracy dokładają. I wszystko traktowane jest z najwyższą powagą. Znajomy z zagranicznej firmy stawiającej farmy fotowoltaiczne opowiadał nam, jak instalowali panele pod jakąś wsią, a po pracy zabalowali w miejscowym barze. Nie dość, że zaburzyli tamtejszy ład, to jeszcze jeden z nich okazał się zarażony koronawirusem. Wybuchł skandal, o którym donosiły ogólnokrajowe media i telewizja. Firma musiała wydać oświadczenie i wykupić przepraszające reklamy. W każdym innym kraju sprawą zainteresowałaby się co najwyżej lokalna gazeta.

tłum ludzi na ulicach tokio, japonia
Japończycy słyną z etosu pracy.

Wy z kolei mieliście problem z sąsiadami, który – o dziwo otarł się o twojego pracodawcę. Jak to możliwe?

Trafiliśmy na wyjątkowo nieprzychylnie nastawionych do cudzoziemców sąsiadów, którzy mieszkali pod nami. Zaczęło się od dzwonków do drzwi, interwencji u firmy zarządzającej osiedlem i rady mieszkańców, a skończyło na liście z pogróżkami, po którym nie wytrzymaliśmy i się wyprowadziliśmy. Sprawa skończyła się naszą skargą na policji, z której jednak niewiele wyniknęło. Dodam, że zarzuty były absurdalne – że przesuwamy meble w nocy i że nasz syn tupie piętami. I niewiele zmieniał tu fakt, że syn jeszcze wtedy raczkował…

Sąsiedzi zadzwonili do mojego pracodawcy poskarżyć się, że zachowujemy jak dzikusy. Do pracodawcy! W Japonii często tak jest, że właśnie na ręce pracodawcy składa się skargi – to dowód na to, jak mocno postrzega się tu człowieka przez pryzmat jego pracy. Uważa się, że nawet w domu, po godzinach, czy wyrzucając śmieci reprezentujesz firmę. Przynależność do niej jest niezwykle silna. Bierze się to stąd, że przez lata Japończycy spędzali całe zawodowe życie w jednym zakładzie pracy. To, gdzie pracujesz definiuje cię jako człowieka.

Musiałaś czekać aż szef wyjdzie z biura, by móc iść do domu?

Moim szefem był Francuz, więc o 18-ej wszyscy kończyliśmy, nie było japońskiej kultury pracy, która zakłada bezpłatne nadgodziny czy obowiązkowe wyjścia do baru z zespołem. Znajomy Japończyk wracał jednak do domu codziennie, łącznie z sobotą, pomiędzy 22-ą a 23-ą. Gdy umówiliśmy się na pożegnalną kolację, to żeby zdążyć na 21-ą, musiał zwolnić się wcześniej z pracy! Inny kolega opowiadał, że gdy odważył się poprosić o dwa tygodnie urlopu ojcowskiego, to szef mu odpowiedział, że przecież firma nie da sobie bez niego rady. Zupełnie się nie dziwię, że to w Japonii powstało pojęcie karoshi, czyli śmierci z przepracowania.

Stąd też te słynne japońskie ultra krótkie i przeładowane atrakcjami urlopy?

W mojej firmie tylko obcokrajowcy składali podania o dwutygodniowe urlopy. Japończycy nie brali ich wcale, albo prosili o dni wolne wokół weekendu – najdłużej od czwartku do poniedziałku, ewentualnie wtorku. I w te pięć, sześć dni jechali gdzieś, na przykład do Singapuru, do którego z Tokio jest osiem godzin lotu. Wzięcie urlopu jest dla Japończyka niekomfortowe. A dla niektórych wręcz niewyobrażalne, bo obarczasz swoimi obowiązkami współpracowników, którzy muszą przez to pracować więcej i dłużej. Znajoma opowiadała mi, że tak źle się z tym czuje, że w ogóle nie bierze urlopów. W Japonii nie ma też zwolnień lekarskich. Więc urlop wykorzystujesz na ewentualne choroby.

drapacze chmur w Tokio, Japonia
Do późnych godzin wieczornych okna biurowców w Tokio rozświetlają światła. Japończycy często pracują nawet do godziny 23

Praca pracą, ale czas na rozrywkę. Jak myślisz, dlaczego Japończycy tak bardzo lubią Disneyland? W książce piszesz, że poranne otwarcie bram można porównać do promocji crocsów w Lidlu. Tłum rusza biegiem, by zająć najlepsze miejsce w kolejce do wybranej atrakcji.

Uwielbienie dla postaci Disneya wpisuje się w japońską miłość do kawaii, czyli tego, co słodkie i urocze. Dzieciństwo w Japonii trwa bardzo krótko. Później zaczyna się orka i pracowanie na pozycję w dorosłym życiu. Może więc w ten sposób naród odbija sobie tą skróconą młodość?

W Halloween cały Disneyland okupują Japonki przebrane za księżniczki. Mają suknie z krynolinami, peruki, a nawet soczewki kontaktowe w odpowiednim kolorze. Towarzyszą im oczywiście książęta w pełnym rynsztunku. Nie mogłam się nadziwić, że Japończycy potrafią godzinami czekać w kolejce do wybranej atrakcji. Pod scenami, na których odbywają się występy – pierwszy jest w południe – od rana zbierają się widzowie, rozkładają piknikowe koce, termosy i bento. Bardzo popularne są roczne karnety wykorzystywane – średnio – na 12 wejść. Ich posiadacz raz w miesiącu przychodzi spędzić dzień w parku rozrywki. Mnie odstraszał już sam widok tych kolejek. I to w tygodniu. Bo wybranie się do Disneylandu w weekend lub w święto to misja niemal samobójcza. Nie mówiąc już o tym, że zazwyczaj bilety trzeba rezerwować z wyprzedzeniem.

À propos zabaw. Rozsmakowałaś się w karaoke, jednej z ulubionych rozrywek Japończyków?

Tylko raz wynajęliśmy z Maćkiem pokój do karaoke w wielkim budynku, w którym na każdym piętrze były specjalne sale. W każdej profesjonalny sprzęt, wielki telewizor, dwa mikrofony, jeden różowy drugi szary. A dodające odwagi drinki zamawiasz za pośrednictwem tabletu. Znajoma mówiła, że niektórzy chodzą tam trenować przed występami w barach karaoke. W centrum handlowym często mijałam budki karaoke, gdzie za 100 jenów możesz sobie zaśpiewać piosenkę w przerwie między zakupami. Podobno to idealny sposób, by odstresować się po pracy. Ale jakoś się nie wciągnęłam (śmiech).

Czego ci najbardziej brakuje?

Jedzenia. I tego, że w każdej wolnej chwili, w łatwy sposób można odkryć coś zachwycającego lub zadziwiającego. W Tokio każda dzielnica, a nawet ulica niesie masę zaskoczeń. Albo wsiadasz w pociąg i w godzinę jesteś nad oceanem, a w dwie pod Fuji albo w górach. To był fajny, niecodzienny czas. Dwa lata na innej planecie.


Paulina Walczak-Matla – w 2018 wraz z mężem i synem przeprowadziła się na dwa lata do Japonii. Efektem tego pobytu jest napisana z Maciejem Matlą książka Japonia, subiektywny przewodnik nieokrzesanego gaijina.

Anna Janowska

Dziennikarka, autorka książki Monsun przychodzi dwa razy. Podróż szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar. W Pani i Travelerze pisze o podróżach, w Label Magazine o designie. Jej konik to wywiady - dla miesięcznika Zwierciadło rozmawiała min.: z Brigitte Bardot, Yotamem Ottolenghim, Elizabeth Gilbert czy Mariną Abramowić.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.