Fotografia jako przepustka, czyli jak uchwycić dobrą zabawę

Początek
przeczytasz w mniej niż 4 min.

Najprościej jest napisać mail – przedstawić się i umówić na zdjęcia. Tyle że to zwykle nie działa. Musimy wtedy przełamać opory i wejść z aparatem w zupełnie nowe środowisko

To był mój drugi pobyt w Sewilli. Na zlecenie miesięcznika „Podróże” przygotowywałam reportaż o scenie flamenco. Miałam kilka kontaktów, między innymi do polskiej tancerki Emilii Dowgiało, ale szukałam też innych tropów. Pisałam maile do szkół flamenco i tablaos, czyli lokali, w których odbywają się pokazy, ale prawie nikt nie odpowiadał.

To normalnie w Hiszpanii – skomentowała później Emilia. – Tutaj trzeba po prostu pójść i załatwiać wszystko na miejscu – wyjaśniła.

Kiedy więc przechodziłam obok dziwnie wyglądającego baru, w którym zobaczyłam dwóch mężczyzn z gitarami, serce od razu zabiło mi mocniej.

„Muszę tam wejść, muszę zagadać”, pomyślałam, ale lokal był zamknięty. Przeszłam koło niego trzy razy, wymyślając powody, dla których nie wypada mi wchodzić. W końcu jednak się przełamałam.

Dzień dobry, czy mogłabym posłuchać, jak gracie? – zapytałam zdziwionych mężczyzn.

Dopiero po chwili wyjaśniłam, czym się zajmuję i jaki jest mój cel. Aparat im na szczęście nie przeszkadzał.

Tak poznałam dwie ciekawe postacie w sewilskim świecie flamenco: Tito, gitarzystę i nauczyciela gry oraz jego ucznia Takashiego, Japończyka zakochanego w andaluzyjskim folklorze i muzyce flamenco. Lokal zaś okazał się być restauracją sushi urządzoną w sewilskim stylu. Na drzwiach wisiał plakat z Matką Boską anonsujący procesję, wnętrze przystrojono falbanami i zdjęciami. Hermandad de Sushi – nazwa nawiązywała do miejscowych bractw religijnych, nazywanych właśnie hermandades. A Takashi był jego właścicielem.

Piszesz o flamenco w Sewilli? – ucieszył się, gdy już się przedstawiłam. – Koniecznie musisz iść dziś do Gonzalo! – zarządził, a Tito pokiwał głową.

Okazało się, że Gonzalo to prawdziwa sewilska instytucja. Bar prowadził od kilkudziesięciu lat. Spotykali się u niego wielbiciele flamenco, starzy muzycy i młodzi adepci, zawodowcy i amatorzy. O wysyłaniu maila, w którym tłumaczyłabym, kim jestem, nie było nawet mowy. Gonzalo, karczmarz starej daty, nie miał konta na Facebooku, Instagramie ani nawet strony w internecie.

Tego samego dnia, bez uprzedzenia, wkroczyłam więc w sam środek imprezy na cztery gitary i kilku śpiewaków.

Lokal był zjawiskowy: maleńki, z przykurzonym wystrojem rodem z przełomu wieków. Na ścianach wisiały stare reklamy, święte obrazki i zdjęcia stałych klientów, a sufit podtrzymywały stemple. Podobno budynek od dawna przeznaczony był do wyburzenia, ale protesty sąsiadów sprawiły, że bar ciągle działał. Od razu było widać, że wszystko trzyma się już tylko na pajęczynach i nostalgii.

Poza mną nie było innych turystów, więc nie miałam się za kim schować. Czułam się nieswojo. Będą w tym kameralnym gronie obcą osobą, i to jeszcze z aparatem, nie mogłam pozostać niezauważona.

W ramach dodania sobie otuchy wykorzystałam chwilę przerwy, żeby przedstawić się muzykom. Wydawali mi się groźni i nieprzystępni. Powiedziałam, że przygotowuję materiał o flamenco dla polskiej gazety i spytałam, czy nie będzie im przeszkadzało, jeśli porobię im zdjęcia. Zrobiłam to chyba raczej dla siebie niż dla nich – czuję się bezpieczniej, kiedy sytuacja jest jasno określona. I nagle ci śmiertelnie poważni mężczyźni śpiewający rozdzierające pieśni się rozchmurzyli. Tego wieczora usłyszałam więcej podziękowań za to, że spytałam o pozwolenie na fotografowanie, niż kiedykolwiek wcześniej.

Wiesz, ludzie tu włażą, kręcą nam filmiki, robią zdjęcia – utyskiwał młody gitarzysta. – Prześlesz mi zdjęcia? Pokażesz, jak będziemy w gazecie? – dopytywał inny.

Po przerwie do czwórki muzyków dołączyli kolejni. Atmosfera stawała się coraz bardziej ożywiona. Brodacz w dresie śpiewał zaciskając z emocji dłonie w pięści i wykrzywiając twarz niczym w grymasie bólu. Ktoś klaskał, ktoś tupał, dziewczyna z dredami zaimprowizowała taniec, dołączył do niej mężczyzna z parasolem. A ja robiłam zdjęcia. Po kilku godzinach (i maleńkich piwach) poczułam się znacznie pewniej. Kolejni muzycy przyjmowali moją obecność za naturalną.

Z ludźmi, których tego dnia poznałam, snułam się później po najdziwniejszych lokalach.

U Takashiego byłam na urodzinach z tańcami flamenco i sushi, wpadałam też na nieformalne tertulias flamencas. Podczas kolejnego pobytu w Sewilli mieszkałam u Tito i co wieczór słuchałam, jak gra flamenco w swoim salonie. Do Gonzalo przychodziłam co poniedziałek, żeby znów poczuć się, jak tego pierwszego dnia, choć żadna impreza nigdy już nie wyglądała tak, jak tamten wieczór.

Patrzyłam na cudzoziemców, którzy robili zdjęcia z ukrycia lub całkiem otwarcie kręcili filmy, nie krępując się zupełnie. I nawet im się nie dziwię. Rozumiem, że w takiej sytuacji mało kto pyta o zgodę – w zamieszaniu i środku zabawy nikt nie chce zwracać na siebie uwagi wszystkich obecnych. No i nie każdy mówi po hiszpańsku.

Któregoś dnia u Gonzalo spytałam jednego ze starszych gitarzystów, dlaczego nie gra.

Nie lubię grać dla turystów – powiedział z powagą połączoną z nieukrywaną wyniosłością i odrobiną pogardy.

Znałam już tę śpiewkę. Według niektórych Andaluzyjczyków flamenco to misterium, do którego nie powinno dopuszczać się guiris, czyli obcych.

Przecież ja jestem turystką – prowokowałam. – Nieee, ty to co innego – roześmiał się. A ja pomyślałam, że decyzja sprzed wielu miesięcy o wejściu do baru sushi nie przestaje procentować.

O barze u Gonzalo nie wspomniałam w żadnym z tekstów, jakie napisałam dla kilku magazynów. Jako zaadoptowana „miejscowa” też chciałam zachować to miejsce dla siebie i innych wtajemniczonych. A kiedy przyjechałam do Hiszpanii po pandemii, okazało się, że stary bar już nie istnieje. Gonzalo otworzył nowy – jeszcze mniejszych od poprzedniego. Twierdzi, że tu nie ma już miejsca na improwizowane koncerty. I że nie przychodzą już do niego muzycy. No, może czasem.

Julia Zabrodzka

Fotografka, która czasem pisze o miejscach i ludziach. Publikowała m.in. w "Polityce", "Piśmie", "Kukbuku", "Wysokich Obcasach" i "The Guardian". Finalistka Grand Press Photo, nagrody im. Krzysztofa Millera "Odwaga patrzenia" i "Leica Street Photo". Najbardziej lubi pracować w Polsce i krajach hiszpańskojęzycznych.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.