Jak podróżować i słuchać. Albo tylko słuchać

Początek

Czym różni się słyszenie od słuchania

Jest dziewiąta rano, a w sąsiednim domu widzę w oknach zapalone światła. Od czterech dni ołowiana płachta przykrywa niebo, niemal bez przerwy pada deszcz, temperatura ledwo dociąga do 6-7 st. C. Wiosna w tym roku wystawiła nas do wiatru.

Przypominam sobie ubiegły kwiecień. Siedzieliśmy zamknięci w domach, cały świat był zatrzymany, a informacje o rozpędzającej się pandemii płynęły niemal z każdego zakątka globu. Od tamtego czasu zmieniło się zarówno wszystko, jak i nic.

Rok temu wiosna była jednak słoneczna i dość ciepła. Gdy korzystaliśmy z tych udostępnionych nam przez władzę chwil aktywności na powietrzu, widok natury podlegającej własnym prawom dodawał otuchy. Cały świat, z wyjątkiem tego naszego, ludzkiego, miał w nosie pandemię. Zieleń nabierała świeżego odcienia, kwiaty wybijały się w szaleńczym tempie z ziemi, ptaki darły się od świtu do nocy. Oglądanie tego pozwalało nabrać dystansu. Owszem, my mieliśmy problem, ale cała przyroda nie miała o tym pojęcia i parła do przodu jak co roku.

I choć wiem, że przecież świat wyszedł już z zimowego uśpienia, jego pobudka w tym roku jest ledwo zauważalna. Ta paskudna pogoda i temperatury rodem z listopada sprawiają, że wszystko jest w zawieszeniu. Cała żywotność natury gdzieś tam się tli, ale daleko jej do radosnego wybuchu. Trzeba się jej dopatrywać z mozołem. Przy rosnącej zachorowalności, zamkniętych hotelach oraz wrzuconym w niebyt miejskim życiu, tę powściągliwość wiosny odczuwa się jak kolejny punkt na liście ograniczeń.

Pozostają dźwięki. Tych nie da się zamknąć, zakazać, unieważnić. Są odporne na epidemie.

Czytam właśnie poświęconą im książkę (recenzja niebawem w naszym magazynie). Dzięki niej przypominam sobie o mapach dźwiękowych miejsc, w których byłem. Tło dźwiękowe jest przecież częścią rzeczywistości oraz jednym z aspektów podróżowania. To właśnie dźwięki, czasem rejestrowane przez nas nieświadomie, sprawiają, że odbieramy dane miejsce w konkretny sposób. Wydaje się ono nam przyjemne lub nostalgiczne, denerwujące albo męczące, itd.

Zastanawiam się więc, czy macie w pamięci dźwięki, które kojarzą się Wam bezsprzecznie z podróżowaniem. I czy ich Wam brakuje. Stłumiony szmer w hali lotniska, przerywany co jakiś czas komunikatami w głośnikach? Zauważyliście, że mimo tłumu, na lotniskach nigdy nie ma hałasu? Ludzie rozmawiają raczej cicho, wiele osób pogrążonych jest w lekturze lub przeglądaniu telefonu. Huk samolotowych silników tłumią grube szyby. Nawet kółeczka walizek nie terkoczą, lecz wydają jednostajny szum. Większość posadzek lotnisk jest bowiem zupełnie gładka.

Albo śpiew muezina w muzułmańskich krajach. Jedna z piękniejszych melodii. Nagle, bez zapowiedzi, nad zgiełk miasta wybija się głos przypominający wiernym o modlitwie. Lubię, gdy muezini nie korzystają z nagrań, lecz śpiewają na żywo, a ich słowa, dzięki głośnikom, płyną ponad kwartałami miasta. Przejmujący jest ten moment, gdy po chwili melodię podejmują kolejni mężczyźni w innych meczetach, a ich głosy tworzą chór o różnych tonacjach.

A szum morza? O niego dziś najłatwiej, mamy nasz Bałtyk, nie trzeba wyjeżdżać. Trudniej o potężny szeroki dźwięk fal oceanu. Atlantyku wściekle rozbijającego się o skały portugalskiego Cabo de Roca. Albo głośnego syku płaskich fal Pacyfiku zalewającego plaże Gwatemali. A Morze Śródziemne? Pamiętacie ten jego kojący, ciepły szum?

Kiedyś zdarzyło mi się spać na południowym krańcu włoskiego półwyspu wprost na piachu plaży. Gdy obudziłem się o świcie, pierwszym dźwiękiem, jaki dotarł do moich do uszu był szum morza i brzmiał on dokładnie tak samo jak późną nocą, gdy zasypiałem. Jakby cały upływ czasu został unieważniony.

Zimno, nie zimno, otwórzmy okna i nasłuchujmy. Gdzieś tam, nie tak daleko, jest świat, do którego jeszcze przecież wrócimy.

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.