Jesień nadciągająca nad szkier na fińskim archipelagu

3 października, 2026
autor:
przeczytasz w mniej niż 10 min.

Opuściła nogi na podłogę i odczekała chwilę, potem po omacku zrobiła cztery kroki do drzwi i otworzyła. Noc była czarna, już nie tak ciepła, ale przyjemnie rześka. Powoli zeszła po schodkach i puściła poręcz. To nie było takie trudne, jak myślała

Fot. Hendrik Morkel / Unsplash

Za każdym razem noce stają się ciemne zupełnie niepostrzeżenie. Któregoś sierpniowego wieczoru trzeba coś zrobić na zewnątrz i nagle zapadają egipskie ciemności i duża, ciepła czarna cisza wokół domu. Nadal jest lato, ale ono już nie żyje, zatrzymało się, nie więdnąc i nie usychając, a jesień jeszcze nie jest gotowa na nadejście. Jeszcze nie ma gwiazd, są tylko ciemności. Wtedy wyjmuje się z piwnicy kanister z naftą i ustawia w przedsionku, a na kołku przy drzwiach wiesza się latarkę.

Nie od razu i jakby mimochodem rzeczy zaczynają zmieniać swoje miejsca, żeby dotrzymać kroku rocznemu cyklowi. Dzień po dniu wszystko przenosi się bliżej domu. Tata Sophii zabiera namiot i pompę. Z boi zdejmuje szeklę i przymocowuje łańcuch korkowym pławikiem. Łódź wyciąga na wózku, drebel odwraca do góry dnem za drwalką i tak zaczyna się jesień. Nieco później wykopuje się ziemniaki, podtacza się pod ścianę domu beczkę z wodą i przenosi bliżej domu wiadra i narzędzia ogrodnicze. Znikają słoiki ozdobne, parasol babci i inne przejściowe i ulubione rzeczy, wszystko zmienia miejsce. Na werandzie są gaśnica i siekiera, spiczasty łom i łopata do śniegu. I jednocześnie zmienia się cały krajobraz.

Babcia zawsze lubiła tę dużą zmianę w sierpniu, może najbardziej za jej powtarzalny przebieg, że wszystko ma swoje miejsce nie może mieć żadnego innego.

To był ten czas, kiedy wszystkie ślady musiały zniknąć i wyspa – na tyle, na ile to możliwe – wracała do swojego pierwotnego stanu. Zmęczone rabaty przykrywało się zwałami wodorostów. Długotrwałe deszcze zrównywały je i spłukiwały To, co nadal kwitło, było czerwone albo żółte: jaskrawe kropki na wodorostach czy kilka ogromnych białych róż w lesie, które żyły jedną dobę, zapierając dech w piersiach swoim przepychem.

Może to od deszczu babcię rozbolały nogi i nie mogła się już poruszać po wyspie tak długo, jak by chciała. Ale każdego dnia tuż przed zmierzchem wychodziła na krótko i sprzątała ziemię. Usuwała wszystko, co miało związek z ludźmi. Zbierała gwoździe, kawałki papieru, materiału albo plastiku, fragmenty desek z olejem odpadowym i jedną czy drugą zakrętkę od słoika. Schodziła na brzeg i rozpalała ognisko, żeby to, co się pali, spłonęło, i przez cały czas miała wrażenie, że wyspa staje się coraz czystsza, coraz bardziej obca i odległa. Strząsa nas z siebie, pomyślała. Wkrótce będzie bezludna. Prawie.

Noce stawały się coraz ciemniejsze. Na horyzoncie pojawiały się i znikały światła latarni morskich, czasami torem wodnym przepływały, dudniąc, duże statki. Morze było nieruchome, panowała absolutna cisza.

Kiedy ziemia została uprzątnięta, tata Sophii pomalował wszystkie śruby oczkowe czerwoną minią, któregoś ciepłego bezdeszczowego dnia zabezpieczył werandę płynnym tłuszczem z foki, narzędzia i zawiasy naoliwił Carambą i oczyścił komin z sadzy. Sieci wniosło się pod dach. Pod ścianą przy piecu tata ułożył drewno w stos na przyszłą wiosnę i dla rozbitków, a drwalkę obwiązało się liną, by była blisko znaku wysokiej wody.

– Musimy zabrać paliki do kwiatów – powiedziała babcia. – Zakłócają krajobraz.

Ale tata kazał je zostawić, bo inaczej nie wiedziałby, co tam jest, kiedy wrócą.

Babcię niepokoiło mnóstwo rzeczy.

– Załóżmy – powiedziała – załóżmy, że przypłyną tu jacyś obcy, zawsze tak jest. Nie mogą wiedzieć, że gruba sól jest w piwnicy i że klapa mogła spuchnąć od wilgoci. Musimy wyjąć sól, z etykietką, żeby nie pomyśleli, że to cukier. I wywiesimy więcej spodni, bo nie ma nic gorszego od mokrych spodni. A co, jeśli rozwieszą swoje sieci nad rabatą i wszystko zadepczą? Z korzeniami nigdy nic nie wiadomo.

Trochę później zaniepokoiła się kominem i napisała wiadomość: „Nie zamykać szybra, może zardzewieć. Jeśli nie ma ciągu, możliwe, że w kominie jest ptasie gniazdo, to znaczy wiosną”.

– Ale przecież my już wtedy tu będziemy – powiedział tata Sophii.

– Z ptakami nigdy nic nie wiadomo.

Tydzień za wcześnie babcia zdjęła firanki, zasłoniła południowe i wschodnie okno papierowymi prześcieradłami i napisała: „Nie zdejmujcie osłon, bo inaczej jesienne ptaki będą przelatywać przez dom. Korzystajcie ze wszystkiego, ale potem przynieście drewna, narzędzia są pod stołem stolarskim, uprzejmie pozdrawiam”.

– Dlaczego tak ci się spieszy? – spytała Sophia.

Babcia odpowiedziała, że dobrze jest robić wszystko wtedy, kiedy się wie, co trzeba zrobić. Wyłożyła papierosy dla gości i postawiła świece, gdyby lampa zawiodła, a pod łóżkiem schowała barometr, śpiwór i szkatułkę z muszelek. Później wyjęła barometr. Statuetki nigdy się nie chowało. Babcia wiedziała, że nikt nie zna się na rzeźbie, ale uważała, że goście mogliby się trochę dokształcić. Zostawili również dywany, żeby w zimie pokój nie wyglądał nieprzyjaźnie.

Ponieważ dwa okna były osłonięte, pokój się zmienił, a dom stał się tajemniczo konspiracyjny i jednocześnie opuszczony.

Babcia wypolerowała klamkę i wyszorowała kubeł na odpadki. Następnego dnia wyprała przy drwalce wszystkie swoje ubrania. Potem była zmęczona i poszła do siebie. Pod jesień w pokoju gościnnym było bardzo ciasno, bo wtedy stawał się pomieszczeniem na wszystko, co czekało na wiosnę albo już nie było potrzebne. Babcia lubiła przebywać pośród rzeczy konkretnych i zanim usnęła, uważnie przyglądała się wszystkiemu, co ją otaczało: sieciom, skrzynkom z gwoździami, zwojom stalowego drutu i lin, workom torfu i innym ważnym przedmiotom. Z rozrzewnieniem przypominała sobie napisy z nazwami dawno temu zniszczonych łodzi, pierwsze raporty o prawdopodobieństwie wystąpienia sztormu, dane dotyczące zastrzelonej norki, martwych fok i inne, ale przede wszystkim zatrzymywała się na dłużej przy pięknym obrazie pustelnika w namiocie otwartym na ocean piasku pustyni i chroniącego go lwa w tle. Jak mogłabym opuścić ten pokój, pomyślała.

Niełatwo było tam wejść, rozebrać się, otworzyć okno, żeby wpuścić nocne powietrze i wreszcie rozprostować nogi. Gasząc świecę, usłyszała, że za ścianą kładą się spać. Pachniało smołą i mokrą wełną, i chyba trochę terpentyną, a morze było równie spokojne. Kiedy zasypiała, przypomniała sobie o znienawidzonym nocniku pod łóżkiem, który był symbolem bezradności. Zaakceptowała go wyłącznie z uprzejmości. Nocnik się przydaje, kiedy jest sztorm albo pada deszcz, ale następnego dnia trzeba go zanieść do morza, a wszystko, co trzeba ukryć jest ciężarem.

Kiedy się obudziła, długo leżała i zastanawiał się, czy powinna wyjść.

Noc podeszła pod ściany domu i czeka na zewnątrz, a ją bolą nogi. Schodki były źle zbudowane, miały wysokie stopnie i były za wąskie, a potem śliska skała, po której trzeba zejść do drwalki, a potem cała droga powrotna. Nie wolno zapalać świecy, bo wtedy traci się kierunek i wyczucie odległości i ciemność podejdzie bliżej. Opuścić nogi na podłogę i odczekać, aż wróci równowaga. Potem cztery kroki do drzwi, otworzyć i znowu odczekać, potem pięć stopni w dół, trzymając się poręczy. Nie bała się upaść ani zabłądzić, ale wiedziała, że ciemność jest absolutna i jak to jest, kiedy dłoń nagle traci oparcie i nie ma się czego chwycić.

– Tak czy inaczej – powiedziała do siebie – bardzo dobrze wiem, jak wszystko wygląda. Nie muszę tego widzieć.

Opuściła nogi na podłogę i odczekała chwilę, potem po omacku zrobiła cztery kroki do drzwi i otworzyła. Noc była czarna, już nie tak ciepła, ale przyjemnie rześka. Powoli zeszła po schodkach i puściła poręcz. To nie było takie trudne, jak myślała. Kiedy kucnęła przy drwalce, doskonale wiedziała, gdzie są dom, morze i las. Daleko na torze wodnym dudnił przepływający statek, ale latarni morskich nie było widać.

Usiadła na pniu do rąbania drewna i czekała na swoją równowagę.

Dosyć szybko wróciła, mimo to siedziała dalej. Na wschód w stronę Kotki płynął statek towarowy, stopniowo zanikał dźwięk diesli i noc znowu była cicha, i pachniało jesienią. Nadpływał inny statek, mały i prawdopodobnie napędzany ropą. To mógłby być kuter do połowu śledzi z silnikiem samochodowym, ale raczej nie tak późno w nocy, one zawsze wypływają tuż po zachodzie słońca. W każdym razie nie płynął torem wodnym, tylko wziął kurs prosto na morze. Spowolniony tętent minął wyspę i trwał, uderzenia pulsu płynącego kutra tętniły dalej, coraz dalej i nie milkły.

– Zabawne – powiedziała babcia. – To nie kuter do połowu śledzi, to po prostu uderzenia serca.

Długo się zastanawiała, czy powinna pójść się położyć, czy zostać, może zostać choć przez jedną małą chwilę.


Tekst jest fragmentem książki Tove Jansson Księga lata.

Wydawnictwo Czarne, 2026

Tove Jansson

Tove Jansson

Szwedzka pisarka i malarka, znana najbardziej z serii książek o Muminkach. W późniejszych latach pisała także książki dla dorosłych. Mieszkała w Helsinkach.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

To też ciekawe