Ostatni wędrowcy. Tanzania

Początek

Masajowie zabierają ze sobą to, co żywe, i znikają w falującym nad sawanną powietrzu

„Widziałaś Górę Boga? Naprawdę?” – jeśli człowiek, któremu mó­wiłam, że widziałam Ol Doinyo Lengai zadawał to pytanie, byłam pewna, że rozmawiam z Masajem. Tylko na nich robiło to wraże­nie, a ja zyskiwałam w ich oczach, bo widziałam i wiedziałam. Zo­baczyć tę górę i leżące u jej stóp jezioro Natron, od lat było moim marzeniem. Pewne miejsca przyciągają. Czasem same ich nazwy, czasem widok, który przewinął się przed oczami na zdjęciu czy fil­mie, czasem czyjaś opowieść. Mnie ciągnęło tam, bo było daleko i dawno. Daleko od szlaków i dawno, dawno temu…

Zaczyna się niewinnie. W Mto wa Mbu skręcamy z głównej drogi w szutrówkę wiodącą prosto na północ. Jedziemy płaskim dnem Wielkiego Rowu, po obu stronach ciągną się jego krawędzie wy­znaczone nieprzerwanymi pasmami gór. Z rzadka mijamy wioski z kopulastymi chatami, przed którymi na sznurach suszą się czerwone i fioletowe shuka. Pod sklepikami wystrojeni młodzi Masajowie debatują głośno albo słuchają radia zawieszonego na gwoździu. Dzień jest pochmurny, a wiatr co chwila podrywa z ziemi kłęby suchego pyłu. (…)

Za Engaruka droga dziczeje, robi się wyboista, pełna dołów i ka­mieni. (…) Musiało padać kilka dni temu, bo sfalowane dno rowu zieleni się młodą trawą. Stada bydła, najpierw pojedyncze, a potem liczne, pasą się zgodnie z antylopami i zebrami. Każdemu towarzyszy pasterz w czerwonym shuka stojący na jednej nodze i wsparty na długim kiju. To masajski raj – myślę i chyba się nie mylę, bo oto pojawia się idealna sylwetka Ol Doinyo Lengai z grzywą białych chmur uczepionych wierzchołka.


Wulkan Ol Doinyo Lengai, prawie zawsze w czapie z chmur, wygląda jakby dymił / fot. Beata Lewandowska

Masajowie uważają ten wulkan za siedzibę boga Enk-Ai, któ­ry czasem okazuje gniew, budząc górę, a ta grzmi i wypuszcza kłęby dymu, popiołów i potoki lawy. Ale zwykle bóg drzemie i nie miesza się w sprawy ludzi. A gdy chce okazać swą łaska­wość, sprowadza deszcz, który Masajowie nazywają jego imie­niem. (…)

Długo przyglądam się strzelistemu domowi boga, jego głębo­ko rzeźbionym zboczom ze śladami zastygłej srebrzystoperłowej lawy. Jest pusto i cicho, nawet wiatr się uspokoił. Dalsza droga, a raczej jej brak, wiedzie przez księżycowe krajobrazy. (…) Okrąża­my pojedyncze skały, zza jednej z nich w oddali połyskuje tafla jeziora Natron. Jedziemy ku niej wolno, droga wydaje się nie mieć końca…

Wszyscy, których spotykamy nad brzegami jeziora to Masajo­wie. Wszyscy chodzą piechotą. Nie ma samochodów, motocykli, nawet rowerów. Dokąd miałyby jechać? Ledwie zaznaczona ni to ścieżka, ni droga wije się między zagrodami i prowadzi przez bród na strumieniu do Ngare Sero, jedynej osady z paroma skle­pikami i barem, przy którym co parę dni zatrzymuje się rozkleko­tany autobus. Stare masajskie mamy podnoszą się wtedy z cienia pod akacjami, by sprzedać bransoletkę, kolczyki, butelkę wody. Podchodzą do okien autobusu bez pośpiechu i bez wiary. Pasa­żerów niewielu, jadą do Karatu, a niektórzy aż do Arushy. Kiedy tam dotrą? Nie wiedzą.

Krągłe masajskie chaty stoją na gołej ziemi zawsze w pobliżu jakiegoś drzewa, z nadzieją na choćby skąpy cień.

Najmniejszy podmuch wiatru podnosi pył. Skończyło się suche, chmurne lato, a listopadowe małe deszcze dopiero się zaczynają. W zagrodach same kobiety, młodsze dzieci, starcy i domowe stadka: kilka kóz i krów. Mężczyźni i chłopcy parę miesięcy temu powędrowali ze stadami na dalekie pastwiska, gdzie trawy starcza do paździer­nika. Pewnie są już w drodze do domów, bo od paru dni na ho­ryzoncie pojawiają się srebrzyste warkocze deszczu. Wiatr gna je z północy na południe, a tam którędy przeszły, dwa dni później zieleni się młoda trawa.

Kobiety w domach muszą radzić sobie same. Dwa razy dziennie doją swoje krowy. Wołają je po imieniu, a one podchodzą dostojnym krokiem, w ślad za nimi cielęta. Ma­sajka strzyka mlekiem do tykwy ciągnąc za dwa wymiona należ­ne ludziom, cielak ssie dwa swoje. Dzieci też potrafią pić mleko krowy lub kozy prosto z cycka. Nie raz widziałam, jak na dale­kich pastwiskach robią to mali pasterze, to ich całe jedzenie. (…)

„Krowa to głowa człowieka” – mówi przysłowie. Wielkość stada decyduje o statusie mężczyzny i jego rodziny. Im liczniejsze stado, tym silniejszy głos na plemiennych naradach. Krowami płaci się posag za żonę i kary za naruszenie tabu. To kara dotkliwa, bo Masajowie nie lubią rozstawać się ze swoimi zwierzętami. Są jak skąpcy strzegący złotych talarów. Zdarza się, że Masaj, który ma setki krów, żyje jak biedak, nie stać go na tabakę, ale krowy nie sprzeda.

Masajowie opiekują się krowami jak wytrawni hodowcy. Od dawna, jeszcze zanim pojawiły się nowoczesne szczepionki, po­trafili uodparniać krowy na bydlęce choroby, zarażając je ich ła­godną formą. Kierują rozrodem tak, by porody przypadały na porę deszczową, gdy jest dość paszy. Nie doją krowy, której cielę padło, dopóki „na pocieszenie” nie podsuną jej kukły z cielęcej skóry wypchanej słomą. Dojnych krów nie zabijają na mięso, od tego są owce i kozy. Buhaje, czyli byki rozpłodowe, cenią, bo ich kondycja decyduje o pomnażaniu stada. Woły zabijają ceremo­nialnie jednym uderzeniem noża w kark, ale tylko z okazji waż­nych świąt i rytualnych uczt.

Chętnie piją krowią krew. Lubują się w tym szczególnie mora­ni, choć jej wartość i smak cenią wszyscy. Widziałam, jak toczyli krew z żyły wołu: dwóch wojowników lekko ścisnęło mu szyję, by pokazała się żyła. Trzeci odszedł o krok, napiął łuk i przebił ją tępą strzałą. Chłopak, który im towarzyszył, podstawił tykwę, a gdy zebrało się dość krwi, przyłożyli do rany opatrunek z gliny i krowiego łajna. Takie same robili sobie, gdy któryś się skaleczył.

Krowy są najważniejsze. A kobiety? „Żon powinno być tyle, by nadążały z dojeniem” – objaśnił mi pewien Masaj.

Zamężne ko­biety to podstawowa siła robocza. Budują i naprawiają enkaji (chaty), dbają o krowy i kozy, doją je, przynoszą wodę, gotują, sprzątają, zajmują się dziećmi, czasem coś uprawiają w przydo­mowych ogródkach. A gdy ród zdecyduje ruszyć w drogę, pakują dobytek na osiołki, by w nowym miejscu zacząć wszystko od po­czątku.

Jest jednak czas, gdy kobieta jest wolna i szczęśliwa: to dzie­ciństwo i młodość do czasu zamążpójścia. Małe dzieci towarzyszą matkom noszone na plecach w chustach, a nieco starsze drepczą przy nich wokół domu.

„Gdy dziewczynce wyrosną pierwsze zęby, matka goli jej i sobie głowę, naciera skórę ochrą zmieszaną z tłuszczem, a babka lub inna stara kobieta z rodu nadaje dziew­czynce imię. Mnie nazwali Rama” – opowiada mi Masajka z Nga­re Sero.

Prowadzi sklepik i – co rzadkie wśród tutejszych ko­biet – mówi trochę po angielsku. Czego nie da rady powiedzieć, pokazuje. Rama jest postawna i energiczna. W swoim duka handluje mąką na ugali, olejem, ryżem, cebulą, imbirem i cukrem, czasem trafią się cherlawe pomidory. Masajki zostawiają u niej na sprzedaż bransoletki, naszyjniki i kolczyki, ale klienci na taki to­war trafiają się rzadko. Turystów ani na lekarstwo, a ci z autobusu rzadko kupują cokolwiek.

„Gdy podrosłam, ojciec rozpaloną igłą wypalił mi w uszach dziury: na górze małe, na dole duże. Bar­dzo płakałam, ale mnie wyśmiał. Mama włożyła w ranki kawał­ki drewna, żeby szybko się goiły. I pokazała mi piękne kolczyki z koralików, które od dawna dla mnie szykowała. Były białe, dłu­gie, z metalowymi kółeczkami, które ślicznie dzwoniły ngili, ngi­li” – śmieje się i podzwania tymi, które ma w uszach.

Gdy dziewczynka ma mniej więcej 10 lat, w jej życiu nastę­puje wielka zmiana. Matka stroi ją, zakłada na ramiona spiralnie skręcone bransolety z metalu, ojciec kupuje jej nowe naszyjniki i kolczyki. A pewnego dnia któryś z el-barnoti (młodszych wo­jowników) wybiera ją na swoją towarzyszkę. Jeśli się zgadza, sta­wia mu u stóp tykwę z mlekiem.

Matki nie muszą uświadamiać córek. Od najmłodszych lat dziewczynki widzą parzące się zwie­rzęta oraz braci i ich kolegów masturbujących się bez skrępowa­nia, gdy przyjdzie im na to ochota.

Słyszą rodziców, gdy kocha­ją się w nocy na sąsiednim łóżku. Nikt nie oczekuje od młodej dziewczyny, by pozostała dziewicą. Wręcz przeciwnie. Ale matka uprzedza ją, by koniecznie wróciła do domu, gdy tylko pojawi się u niej pierwsza miesiączka. Musi ustrzec się przedślubnej ciąży. Zresztą matka towarzyszy jej i moranowi, karmiąc ich i spełniając wszystkie zachcianki młodych. Dziewczyna pozostaje jego przy­jaciółką i partnerką tak długo, jak to możliwe. Uczestniczy w tań­cach, zabawach, towarzyszy mu podczas uczt. Dużo przy tym śmiechu, a pieszczoty i seks to przyjemność i zabawa.

Czasem moran i dziewczyna zakochują się w sobie i proszą ojców o zgo­dę na małżeństwo. Najczęściej jednak małżeństwo jest od dawna zaaranżowane i dziewczyna wychodzi za mąż za wybranego dla niej, starszego o 10–20 lat mężczyznę. Ale najpierw, niedługo po pierwszej miesiączce, musi przejść inicjację, podczas której naj­ważniejszym wydarzeniem jest obrzezanie.

O tym jednak Rama mi nie opowiada. Opis tej okrutnej „ce­remonii” znalazłam w książce Wspaniali Masajowie. „Całą noc spędziła, siedząc w zimnej wodzie, by choć trochę uodpornić ciało na ból. A potem przyszła stara niewiasta z ostrym nożem i rozpoczęła się operacja. Była trzecia z kolei (…) Narzeczony przybył z gromadą druhów z tej samej klasy wieku. Odpędziw­szy ciekawskich, przyglądali się zabiegowi obrzezania, rzucając słowa zachęty. (…) Była zbyt przerażona, by zdobyć się na od­powiedź. Potem przenikliwy ból sprawił, że całkowicie straciła przytomność. Przez tydzień była bardzo chora, leżąc bez ruchu w ciemnej chacie pełnej much. Jedyną jej pociechą było towa­rzystwo starej kobiety, która poiła ją i zmieniała okłady na jej ranach”.

Masajkom podczas obrzezania usuwana jest łechtaczka. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla tego okrucieństwa.

Tym bar­dziej że Masajowie nie dbają ani o zachowanie dziewictwa, ani o małżeńską wierność. Ale zwyczaj wciąż trzyma się mocno, choć od lat jest surowo zakazany i w Kenii, i w Tanzanii. Na szczęście coraz częściej wykształcone Masajki i rozmaite organizacje pro­wadzą w wioskach kampanie przeciwko obrzezaniu dziewcząt oraz na rzecz ich porządnej edukacji. Mężowie obawiają się wy­kształconych kobiet. Masajki i bez tego uchodzą za charakterne i uparte. Jest więc nadzieja, że świadome będą ostro przeciwsta­wiać się obrzezaniu córek.

Rama nie chce o tym rozmawiać, za to chętnie opowiada mi o swoim zamążpójściu. Ojciec oddał ją dużo starszemu, bogate­mu mężczyźnie.

fot. Pawan Sharma

„Przyprowadził za mnie mnóstwo krów. Wcze­śniej przysłał ojcu barana i pled, a matce miód” – opowiada z dumą.

Potem, jak każe zwyczaj, ogoliła głowę i bez zbędnych ceregieli przeprowadziła się do wioski męża. Dostała nowiutką chatę przygotowaną dla niej przez inne żony. Były już trzy, po­ślubione wcześniej. „To dobrze – mówi – miałam mniej pracy”.

Od męża dostała dziesięć krów, nową skórzaną spódnicę, ciem­noniebieskie pledy i wielkie naszyjniki.

„On był bardzo bogaty” – wzdycha. Noce spędzane z mężem pewnie nie sprawiały jej przyjemności, ale marzyła o dziecku. „Lałam mleko i miód na korzenie świętego drzewa oretete, jak kiedyś moja matka” – opo­wiada. W końcu zaszła w ciążę i urodziła synka, a potem dwie córki i znowu synka. Pierwszy poród był ciężki, potem szło ła­twiej. „Moje córki uczą się w szkole w Karatu – mówi z dumą i pokazuje w komórce ich zdjęcia w szkolnych mundurkach. – Najstarszy syn jest w wojsku, najmłodszy już pomaga przy sta­dach. Niedługo zostanie moranem” – dodaje.

Mam chęć spytać, czy już upatrzyła dla niego przyjaciółkę, ale gryzę się w język. Zamiast tego przechodzimy gładko do trans­akcji: kupuję bransolety, kolczyki i piękny naszyjnik z białych koralików z dużymi metalowymi spiralami. Nie targuję się, ale proszę, żeby nauczyła mnie liczyć po masajsku na palcach. „Do­brze – śmieje się – to łatwe”.

Jeden – to palec wskazujący w górę. Dwa – nożyce ze wskazującego i środkowego. Trzy to kciuk, palce wskazujący i środkowy razem. Cztery jest trudne – nożyce jak w dwójce, ale środkowy wyżej – nie bardzo mi się udaje. Za to pięć – znakomicie; to figa – pięść z kciukiem w środku wystawio­nym między palcem wskazującym i środkowym. Sześć jest ład­ne – kciuk i serdeczny połączone w kółeczko. Siedem – środkowy palec przyciśnięty do kciuka. Osiem – płaska dłoń z wyciągnię­tymi palcami. Dziewięć to kółeczko z kciuka i wskazującego, dziesięć to obie dłonie zwinięte w figi. „A dalej?”– pytam. „Nie­potrzebne – mówi Rama. – Pokazujemy, ile setek lub tysięcy szy­lingów trzeba zapłacić albo ile trzeba dać krów”. Płacę wiele fig, o wiele za dużo, ale przecież opowieści i nauka kosztują.

Gdy wracam przez wieś, mijam przygarbioną starowinkę. Ma mlecznobłękitne, niewidzące oczy, wolniutko drepcze wsparta na dziewczynce, to pewnie wnuczka. Dawniej wyprowadzono by ją daleko w busz i ułożono pod drzewem, by czekała na litościwe hieny. Dziś Masajowie już nie praktykują tego pochówku bez po­chówku. Ale nadal nie grzebią ciał, zostawiają je w buszu owinię­te w całun. Nie składają zmarłych do grobu w pobliżu domu, nie proszą duchów przodków, by go strzegły. To dobre dla osiadłych rolników.

Masajowie nie wspominają o zmarłych, wymawianie ich imion to tabu, granica, którą oddzielają się od śmierci. Czują się wędrowcami, ich przeznaczeniem jest droga, zabierają ze sobą to, co żywe, i znikają w falującym nad sawanną powietrzu.

Zanim i my ruszymy, jadę pożegnać się z jeziorem Natron. Wiel­ka gładka powierzchnia lśni w słońcu, smukłe sylwetki flamin­gów drżą w rozgrzanym powietrzu. Są ich tysiące, dziesiątki ty­sięcy. Tu zakładają gniazda i wychowują młode, bo tu nic im nie zagraża. Żaden drapieżnik nie zdoła wejść do żrącej, alkalicznej wody jeziora, której temperatura przekracza 40, a czasem 50 stop­ni. Tylko te delikatne stworzenia to potrafią. Stoją z „czołami” zanurzonymi w wodzie i filtrują z niej pożywienie: sinice, które barwią ich pióra różem. Tylko te prastare organizmy są w stanie tu przeżyć. Pochodzą wprost od najstarszych, pierwszych, jakie pojawiły się na Ziemi. Tu wszystko jest prastare. Otaczające Na­tron wygasłe wulkany odbijają się w jego nieruchomym lustrze od półtora miliarda lat.


Jezioro Natron to jedno z tych miejsc w Afryce, gdzie wielkie stada flamingów można zobaczyć prawie zawsze / fot. Beata Lewandowska

Tam, gdzie woda opadła, wykwity soli i sody zastygły, tworząc przedziwne kształty i wzory. Pulsujące pod dnem źródła rysują zawiłe linie wśród różnobarwnych osa­dów. Jest cicho i tak gorąco, że pachnące siarką powietrze parzy skórę. Dzięki pierwszym deszczom ziemia wokół jeziora pokry­ła się młodziutką trawą. Widzę idące ku niej żyrafy i antylopy. Dostojnie, jak w zwolnionym filmie. Podchodzą blisko, bardzo blisko. Wyciągają szyje i zastygają w dziwacznych pozach, sku­biąc źdźbła. Są spokojne, niczego się nie obawiają. Ja jestem tylko cząstką krajobrazu. Patrzę na nie z tak bliska, jak jeszcze nigdy nie patrzyłam na dzikie zwierzę.

Sto metrów dalej przyglądam się skamieniałym, odciśniętym w wulkanicznym pyle śladom ludzkich stóp. Najstarszym, jakie odnaleziono na Ziemi.

To jak list w butelce wysłany 120 tysięcy lat temu. Przymierzam do nich stopy. Moje są mniejsze, a krok krótszy. Chyba biegli – myślę. Dokąd? Po co? Uciekali? Polowali? Dokąd odeszli?

Są miejsca, które przywołują. Są i takie, z których trudno odje­chać. Czujemy z nimi jedność. Natron to miejsce, gdzie „…prze­szłość i teraźniejszość zderzają się ze sobą. (…) Człowiek patrzy i sam się zmienia, stoi twarzą w twarz z czymś, w co prawie nie wierzył”.


tekst jest fragment książki „Dotyk Afryki” autorstwa Beaty Lewandowskiej-Kaftan

Wielka Litera, październik 2021

Beata Lewandowska Kaftan

Z wykształcenia geograf, z zawodu wydawca, z
zamiłowania podróżniczka. Autorka książek: "Afryka jest kobietą"; "Zanzibar. Wyspa skarbów"; "Opowieści ze świata Suahili" oraz przewodnika "Zanzibar. Od ponad 20 lat przemierza Afrykę.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.