Kirgistan. Pomiędzy tradycją a zbrodnią – porwania kobiet na żony

22 kwietnia, 2023
autor:
przeczytasz w mniej niż 6 min.

Uprowadzanie kobiet i zmuszanie ich do małżeństwa stało się w Kirgistanie „wynalezioną od nowa tradycją”

Rys. Rafał Reyman

W nocy przyszła wiadomość od Gulmiry. Telefon zawibrował, a na WhatsAppie pojawiło się zdjęcie kirgiskiego mężczyzny. Chudy, smagła cera, czarne oczy, czerwona dresowa bluza i czapka z daszkiem. „Jeżeli twoi znajomi spotkają w Kirgistanie tego mężczyznę, niech uciekają” – przeczytałam wiadomość.

Gulmirę znałam od dwóch lat. Miała mi pomóc zorganizować wyjazd w Tien Szan dla grupki przyjaciół. Opanowana i spokojna na co dzień kobieta, najwyraźniej była teraz przerażona.

– Co się stało? Jesteś bezpieczna? – odpisałam.

Wtedy Gulmira opowiedziała mi historię pełną bólu, strachu i hańby. Historię, z którą nigdy nie wiązałabym znanej mi silnej i charyzmatycznej dziewczyny. Ale też historię boleśnie uniwersalną dla wielu kirgiskich kobiet.

Porywam cię na żonę

– Mój były mąż znalazł mnie w Biszkek. Podszył się na Facebooku za mężczyznę, z którym pisałam. Zwabił na spotkanie, zaciągnął do swojego mieszkania i pobił. Na oczach mojej 6-letniej córki krzyczał, że mnie zamorduje. Uciekłam, ale nie mam pojęcia, co zrobić. Na policję nie pójdę.

W Kirgistanie pójście z czymkolwiek na policję nie jest najlepszym pomysłem. Chyba, że ma się do zaproponowania naprawdę dobry układ, albo górę pieniędzy, które rozwiązują najtrudniejsze sprawy.

– Gdzie teraz jesteś?

– W Osh, u brata.

Na południu kraju Gulmira jest wśród swoich. Latem, jak większość młodych ludzi w Osh, którzy mają rodziny w górach, wyjedzie do rodziców. Do pustynnego Murghab w tadżyckim Pamirze, osady położonej tak wysoko, że trwają w niej jedynie najsilniejsi z ludzi. Stamtąd pochodzi Gulmira i tam może czuć się bezpiecznie. Z dala od mężczyzny, który przed laty wziął sobie ją jak rzecz i nigdy nie wybaczył ucieczki. A karą za nieposłuszeństwo i hańbę może być tylko śmierć.

– Porwał mnie, kiedy miałam 22 lata. Studiowałam w Biszkek. Miałam chłopaka i marzyłam, by po studiach wyjechać do Europy. Pewnego dnia dwóch mężczyzn zwyczajnie wciągnęło mnie do samochodu. Próbowałam uciekać. Byli świadkowie, ale nikt mi nie pomógł. Kojarzyłam porywaczy, byli kolegami moich znajomych z uczelni. Zawieźli mnie daleko na wschód od miasta i tam poznałam przyszłego „męża”.

Nie bierz białej chustki

Uprowadzanie kobiet i zmuszanie ich do małżeństwa stało się w Kirgistanie „wynalezioną od nowa tradycją”. Normą akceptowaną przez społeczeństwo, skutecznym sposobem na znalezienie żony. Pod płaszczykiem dawnych zwyczajów kryją się historie pełne gwałtu i cierpienia.

Prośbami, szantażem, a często przemocą kobieta zmuszana jest do pozostania w domu porywacza. Jeżeli przyjmie białą chustkę na głowę od matki kidnapera i spędzi noc w jego domu, staje się zhańbiona. Jedynym rozwiązaniem pozostaje wówczas małżeństwo, gdyż powrotu do rodziny najczęściej już nie ma.

Jeszcze kilkanaście lat temu karą za uprowadzenie kobiety była grzywna – niższa niż za kradzież krowy. Od 2012 roku za czyn grozi więzienie, lecz wciąż większość przypadków – z obawy przed zemstą, wstydem i skorumpowaniem służb – nie zostaje zgłoszona. Ostatecznie to często rodzina porywanej wciągnięta jest w spisek, „oddając” dziewczynę wbrew jej woli, ale zgodnie z własnymi celami.

Uprowadzenie najczęściej odbywa się podstępem. Bywa, że zaangażowani są w nie dalecy krewni, którzy pomagają „wystawić” ofiarę porywaczowi, zwabiając ją do jego samochodu. Gdy to nie działa, stosuje się przemoc. Czasami wybranką zostaje też przypadkowa kobieta, przyuważona po prostu na ulicy. Wyprawa po żonę nierzadko przypomina polowanie. Bierze się to, co podsunął los.

Łap i uciekaj

Czy jednak zawsze tak było? Ała Kaczuu, bo tak nazywa się ten zwyczaj („łap i uciekaj”) wywodzi się ze starożytnych czasów. Niegdyś małżeństwa aranżowane były przez rodzinę, a uprowadzenia zdarzały się jedynie w wyjątkowych sytuacjach – w trakcie wojny z innym plemieniem. Bywało też, że młodzi umawiali się na „porwanie”, jeżeli ich rodziny nie zgadzały się na ślub lub przyszły pan młody chciał uniknąć płacenia posagu. W tych sytuacjach nie było jednak mowy o rzeczywistym uprowadzeniu, a raczej o grze z tradycją, o rytuale. Jego echem są zresztą zabawy na festiwalach etnicznych, podczas których chłopak musi dogonić i pocałować pędzącą na koniu dziewczynę.

Za czasów Związku Radzieckiego ta niewinna konwencja przeistoczyła się w pełen okrucieństwa i przemocy, ukonstytuowany społecznie zwyczaj. Upowszechnił się on w latach 90., gdy szybko zmieniająca się rzeczywistość budziła frustrację i lęk. Zmiany idące z transformacją ustrojową – większa mobilność, nowe role społeczne, załamanie się ustalonych norm – sprawiły, że dla aranżowanych niegdyś związków zaczęło brakować alternatywy. Sięgano więc po stare wzorce, tworząc z nich „nową tradycję”. Statystyki podawane przez Instytut Kyz Korgon mówią – choć ten temat trudno jest badać i faktyczne liczby mogą być zaniżone – nawet o 35% związków zawieranych rokrocznie w ten sposób. W pewnych rejonach Kirgistanu odsetek ten sięga ponad 50%, a tamtejsi mieszkańcy nie bardzo sobie wyobrażają, że małżeństwo może być zawarte w inny sposób.

Rozwód? To nic nie zmienia

Po porwaniu, osamotniona Gulmira (rodzice byli w Tadżykistanie, bracia i krewni w południowym Osh) zgodziła się przyjąć białą chustę – znak zgody na małżeństwo od matki porywacza. Był to błąd życia, który wiele ją kosztował, ale też nauczył, aby nigdy więcej nie pozwolić sobie na uległość. Po dwóch latach spędzonych wśród obcych ludzi, z niewykształconym agresywnym mężem i pogardliwie traktującą ją teściową u boku, na świat przyszła Asel, córeczka Gulmiry. To dzięki niej moja znajoma odzyskała wolę walki o swoją wolność i przyszłość dziecka.

– Po wielu próbach udało mi się przekazać wiadomość braciom. Kiedy rodzina dowiedziała się, że mąż źle mnie traktuje, od razu byli gotowi pomóc. Przyjechali po mnie i czekali w okolicy, aż nadarzy się odpowiedni moment, bym mogła wziąć córkę i wyjść z domu. Męża wtedy nie było.

Gulmira miała więcej szczęścia od innych kobiet. Jej rodzina, od pokoleń mieszkająca w górach Pamiru, to ludzie otwarci. Nie tylko nie wyklęli jej jako kobiety zhańbionej, ale też zaoferowali schronienie. Wiedziała, że ma gdzie wrócić i że, choć bez męża u boku i z małym dzieckiem, znajdzie wsparcie wśród bliskich.

Po ucieczce, udało jej się uzyskać oficjalny rozwód. Niewiele to pomogło. Eks-małżonek nie tylko nie zaakceptował sytuacji, ale też nie wybaczył hańby, którą – jego zdaniem – Gulmira go okryła. Od tego czasu ją ściga, grożąc śmiercią.

– Gdybym wyjechała gdzieś daleko, byłabym bezpieczna i moja córka mogłaby mieć normalną przyszłość – mówi Gulmira. – Ale dlaczego to ja mam uciekać z mojego kraju i porzucać rodzinę. Przecież to on jest przestępcą. To nie ja powinnam się bać.

Obie jednak wiemy, że to nie jest takie proste.

Iga Cichoń

Antropolog kultury, pilot-przewodnik. Prywatnie miłośniczka Azji Centralnej, stepów, jurt, koni i życia, które toczy się poza utartymi, turystycznymi szlakami. Autorka reportaży dla magazynu „Kontynenty".

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

Don't Miss