Listy ze Słowenii #8. Wujowo

6 min. czytania

Słoweńscy rodzice ufają pracownikom szkół i wiedzą, że nikt nie pozwoliłby ich dzieciom moknąć dwie godziny przed budynkiem

– Anže! Przesuń się, bo wujek nie może przejść! – powiedziała mama do czterolatka, który akurat oglądał regał z zabawkami blokując całą alejkę. 

Chłopczyk grzecznie się przesunął, a ja mogłem już bez trudu przejechać sklepowym wózkiem. Jak nietrudno się domyślić, brzdąc wcale nie był moim bratankiem. Dla dzieci w Słowenii wszystkie dorosłe osoby to “wujkowie” i “ciocie”. Jest to urocze i powoduje, że maluchy otaczane są dużą życzliwością i opieką przez dorosłych. 

W USA nazywanie „wujkami” dorosłych Afroamerykanów miało zgoła inny, mroczny charakter – szukano sposobu, aby nie zwracać się do nich per “pan/pani”. Natomiast w Słowenii ten zwyczaj wynika raczej z powszechnego egalitaryzmu. Większość społeczeństwa uważa, że pochodzenie wiejskie nie ujmuje godności. Chłopskimi korzeniami chwalą się zarówno dyrektorzy, jak i politycy. Na wsi wszyscy się znają i mówią do siebie po imieniu. Czasem mam wrażanie, że bon ton słoweńskiej wioski zawładnął całym krajem. Jest to zupełne przeciwieństwo Austrii, gdzie tytułowanie jest podniesione wręcz do absurdu. Na jednym z domofonów przed budynkiem w Grazu zauważyłem kiedyś napis: “Familie Mag. Hoffer”. Widocznie w rodzinie Hoffer dzieci rodzą się z dyplomem, a szczeniak przed wejściem w progu mieszkania musi obronić dysertację.

Skracanie dystansu między ludźmi w Słowenii powoduje, że “wujkowie” i “ciocie” wykazują niesamowite wręcz zrozumienie i cierpliwość do dzieci.

Brzdące potrafią skruszyć nawet biurokratyczne procedury. W czasie największej epidemii COVID19, kiedy musieliśmy zameldować się w Słowenii, pani w urzędzie zaoferowała, że wyjdzie nas obsłużyć przed budynek poza kolejnością, żeby tylko dzieci nie musiały narażać się na kontakt z innymi petentami na korytarzu. Sprawa dodatkowo dostała pilny bieg, byle tylko dzieci w tak niepewnym czasie jak najszybciej znalazły się pod opieką publicznej służby zdrowia.

Nic dziwnego, że Słowenia jest bardzo wysoko w rankingach najlepszych państw do wychowywania dzieci. W raporcie UNICEF znalazła się na 9. miejscu, wyprzedzając Niemcy i Austrię. Polska w tym raporcie zajęła 31. lokatę, na 38 badanych krajów. Wcale mnie to nie dziwi. Kiedy oglądałem zdjęcia z pierwszego dnia szkoły w Polsce, krew mnie zalewała na widok maluchów stojących dwie godziny na zimnym deszczu. Wydaje mi się, że w Słowenii dyrektorzy placówek po prostu okazaliby niesubordynację nieżyciowym przepisom. 

W Słowenii nie tylko sam klimat społeczny wokół dzieci jest dużo lepszy. Również instytucje państwa spełniają swoje zadanie: dobrze rozwinięta jest sieć placówek opiekuńczych oraz publiczna służba zdrowia. Słowenia, choć podobnie jak Polska przeszła transformację gospodarczą, przestawiając system z socjalistycznego na kapitalistyczny, nie zrobiła tego radykalnie. Uznano, że pewne dziedziny życia muszą generować koszty i nie męczono logiką zyskowności służby zdrowia, kultury ani oświaty. W efekcie segmenty te służą ludziom, a nie gospodarce. 

Duch starych czasów widać zwłaszcza w szkołach. Tu już nie ma “cioć” i “wujków”. W szkołach uczą „towarzyszki” i „towarzysze”. Choć oficjalnie wraz ze zmianą ustroju tytuły te usunięto z regulaminów placówek oświatowych, to dzieci tradycyjnie w ten sposób zwracają się do nauczycieli. A sami „towarzysze” i “towarzyszki” wciąż cieszą się sporym autorytetem. Zarówno wśród dzieci jak i rodziców. Ci ostatni ufają pracownikom szkół i wiedzą, że nikt nie pozwoliłby ich dzieciom moknąć dwie godziny przed budynkiem.

Damian Buraczewski

Ze Słowenią związany od 2011 roku. Prowadzi blog SlovVine.com wybrany Winiarskim Blogiem Roku 2019 magazynu "Czas Wina". Jego teksty o Słowenii ukazały się na łamach Tygodnika Powszechnego, Tygodnika Przegląd i Czasu Wina.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany