Literacki portret jednego z największych malarzy dwudziestego wieku

12 min. czytania

Anna Janowska recenzuje „Wąski pas lądu” – niesamowitą opowieść o Edwardzie Hopperze

Cape Cod wygląda na mapie trochę niepoważnie, niczym podniesione do góry i zgięte w pół prawe ramię, w geście w jakim kulturyści prężą muskuły. Trochę jak przyczepiona do brzegu tuż pod Bostonem popularna emotikonka mówiąca: dasz radę, nie poddawaj się, wysyłana teraz na prawo i lewo.

To właśnie tytułowy „Wąski pas lądu”, ów Przylądek Dorsza, nazwany tak przez pewnego angielskiego podróżnika w 1602 roku. Nazwa niedorzeczna, jak stwierdza bohaterka książki, bo cóż to niby znaczy Przylądek Dorsza. Dla nas może i niewiele, ale dla Amerykanów, a już szczególnie mieszkańców stanu Massachusetts, w którym się on znajduje, Cape Cod oznacza jedno – wakacje.

Będzie tam kopuła nieba, przepastne brzuszysko zatoki, hektary płaskiej plaży, no i trawy, jak zwykle niespokojne”, przeczytamy w książce „Wąski pas lądu”. Dla jej autorki, Christine Dwyer Hickey, przylądek jest sceną, po której krążą czterej bohaterowie. Bo choć z pozoru wydawać by się mogło, że głównym bohaterem jest ON – jeden z najpopularniejszych i najdroższych amerykańskich malarzy, Edward Hopper, a pozostali kręcą się wokół niego niczym satelity, to im dalej w karty książki, tym skuteczniej autorka nas z tego przekonania wyprowadza.

Pan Hy, chodząca legenda

Głównych bohaterów jest czterech. Każdy na równych prawach, niezależnie od artystycznej, czy rzeczywistej, mierzonej w centymetrach wielkości. On, czyli Pan Hy. Chodząca amerykańska ikona. Siłą rzeczy widziany przez pryzmat obrazów i tajemnicy, jaka od nich bije, coś tam sądzimy na jego temat nawet jeszcze zanim się pojawi. Ona czyli żona Hoppera, Josephine Nivison. Żyje w jego cieniu, co dobitnie pokazuje jej książkowy pseudonim: „Pani Hy”. Raz jest czarująca i ujmująca szczerością, raz wykurzająca zaborczością i emocjonalną niestabilnością, ale koniec końców trudno nie przyznać jej (choć częściowo) racji. Również malarka, również artystka, ale karierę i życie podporządkowała zorganizowaniu życia jemu.

Wszystkie biogramy Hoopera potwierdzą, że odkąd się poznali, odkąd wkroczyła ona i zdjęła z niego trud ogarniania codzienności, odtąd on zaczął wystawiać i sprzedawać. Aż w końcu stał się – jeszcze za życia – absolutną legendą. Odwdzięczył się, spędzając z żoną większą część ze swoich 83 lat.

Do kompletu brakuje jeszcze dwóch chłopców, Richiego i Michaela. Jeden ulubieniec jej, a drugi jego. Obaj skutecznie rozbrajają misternie utkany świat pary artystów i wysadzają w powietrze znany od dawna ład. To nie będzie spokojne, leniwe i pozbawione emocji lato, tyle mogę zdradzić.

Najcierpliwsza z modelek Edwarda Hoppera

Akcja dzieje się na krańcu Cape Cod, tam gdzie zaciska się on w pięść, w Truro, w którym Hopperowie mieli letni dom. On, introwertyk, chętnie uciekał tu od ludzi, sławy, wystaw i zaproszeń oraz zgiełku Nowego Jorku. Nie tylko na lato, ale i wiosnę i jesień.

Pan i Pani Hy są od siebie skrajnie różni: „To wszystko co jego przeraża, jej daje mnóstwo przyjemności”. „Szykują kolację i siedzą w milczeniu, które w jego odczuciu jest towarzyską ciszą” – ten opis wiele o nich mówi. On zamknięty w sobie i milczący, ona gadatliwa i towarzyska. On wysoki i tyczkowaty, ona niska niczym dziewczynka.

I choć jej nazwisko nic nam nie mówi, i choć nie widzieliśmy ani jednego jej obrazu, to na nią samą – nawet o tym nie wiedząc – patrzyliśmy nie raz. Bo była – nawet jeżeli nie jedyną – to na pewno najcierpliwszą z modelek Edwarda Hoppera.

Patrząc na nią, studiował jak światło zmienia sylwetkę. Jak przesuwają się cienie, jak układa się materiał. I choć książkowa ona – jak mówi – często na jego obrazach wcale nie rozpoznaje siebie samej, to była inspiracją wielu z nich. Chociażby tego, na którym wychyla się przez okno patrząc gdzieś w dal: „Cape Cod Morning”. Zresztą podobno tytuły były jej autorstwa, podobnie jak opisy w katalogu. On tracił zainteresowanie dziełem z chwilą, gdy odkładał pędzel uznając, że obraz jest skończony (co swoją drogą zajmowało mu czasem całe lato albo i dłużej).

Kolekcjoner scen

Autorka, która operuje słowem zdecydowanie mniej sprawnie niż Hopper pędzlem, nie bawi się w malarskie opisy pejzaży Cape Cod. Wymienia tylko nazwy miejscowości, podaje punkty orientacyjne. Być może wychodzi z założenia, że nie będzie konkurować z jego obrazami, bo siłą rzeczy to właśnie nimi zapełnimy miejsce akcji. Serwuje nam więc wyliczankę:  Princetown, Wellfeet, Eastham, latarnia morska w Nauset… – książkowa żona twierdzi, że za każdym razem, gdy on malował latarnię, tak naprawdę malował swój autoportret.

Gadatliwość Pani Hy pozwala nam się nieco zorientować w terenie, gdy opowiadając o wietrze mówi: „Północny jest w Princetown, południowy w Wellfeet. Wschodni od strony Atlantyku, tam gdzie każdego ranka słonce dokłada starań, by wygrzebać się zza oceanu. Zachodni pochodzi od strony zatoki, gdzie, jak powiedziała (…) uderza w kimono i naciąga na głowę prześcieradło”.

Ale jak wyglądają te miejsca – tu już pozostaje nam wyobraźnia i zdjęcia wyszukane w przewodniku czy Google’u. Ja urządzam je domami i pustymi pokojami z obrazów Hoppera. Niekończącymi się przestrzeniami oraz tym lekko niepokojącym rozedrganiem, którym podszyte jest jego malarstwo.

Na kartach książki on albo wygląda przez okno pracowni, studiując o świcie układ cieni, albo krąży po okolicy w swoim buicku. I szuka, nieustająco szuka. Zatrzymuje w pamięci podpatrzone sceny uliczne. Kolekcjonuje stopklatki widoków i budynków. Z tego bierze okno, z innego balustradę. Szkicuje, wraca, znów krąży… „Wracał do Orleans jeszcze kilka razy, szukając odpowiedniego nieba. Może ponownie spróbuje. Jeżeli nie znajdzie, po prostu będzie musiał wygrzebać je z pamięci. (…) Niebo pod koniec lata przed zmierzchem ma ten szczególny połysk”.

Jednak nie jest to powieść o malarzu, ani tym bardziej biografia Edwarda Hoppera, choć fakty i rysunek postaci są z niej zaczerpnięte, to bez dwóch zdań.

Piękno nie szczęście

Autorka, w przeciwieństwie do Hoppera, który uchodzi za mistrza czystości kadrów, wypełnia opowieść masą postaci. A jakby tego było mało, w tle toczy się wojna w Korei, w Wietnamie i dopiero co zakończona II wojna światowa, którą uosabia sierota, Michael. Z drugiej strony mamy też świat eleganckich przyjęć, sukienek za kolano, kapeluszy i popołudniowych herbatek serwowanych na wózku kelnerskim pchanym przez służącą.

Malarstwo Hoppera słynie z ukrytych znaczeń i „Wąski pas lądu” najlepiej czytać podobnie jak obrazy malarza, doszukując się kolejnych poziomów. Bo to też opowieść o tym, jak można zatruć życie sobie i wszystkim wokół nie będąc ze sobą szczerym, albo idąc na niekończące się kompromisy w imię „świętego spokoju”. O tym, jak łatwo zaplątać się na własne życzenie w świat zbudowany z pozorów, niedomówień i przemilczeń. O tym, jak trudno jest żyć w czyimś cieniu, ale też jak łatwo się w owym cieniu wygodnie umościć. No i w końcu – nawiązując do naszego  podróżniczego kontekstu – to też opowieść o tym, że nie wystarczy być tam gdzie jest pięknie, by być szczęśliwym. Prawda stara jak świat, ale goniąc wciąż za pięknem, łatwo o niej zapomnieć.


Christine Dwyer Hickey

Wąski pas lądu

Prószyński i S-ka

Warszawa 2021

Anna Janowska

Dziennikarka, autorka książki Monsun przychodzi dwa razy. Podróż szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar. W Pani i Travelerze pisze o podróżach, w Label Magazine o designie. Jej konik to wywiady - dla miesięcznika Zwierciadło rozmawiała min.: z Brigitte Bardot, Yotamem Ottolenghim, Elizabeth Gilbert czy Mariną Abramowić.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.