Łużyce. Wyprawa do wnętrza ziemi

Początek
przeczytasz w mniej niż 10 min.

Niemieckie Dolne Łużyce jeszcze niedawno były jednym z największych zagłębi węglowych na świecie. Dziś wydobywa się tu głównie niezwykłe piękno postindustrialnych krajobrazów

zdjęcia Julia Zabrodzka

Wysadzana drzewami aleja prowadzi lekko w górę, wprost w szarzejący bezmiar jesiennego nieba. Mijamy domy z czerwonej cegły, zadbane ogródki, strażacką remizę. Pedałujemy przez miasteczko Kostebrau: prowincjonalne, spokojne, trochę staroświeckie. Nagle, kilkadziesiąt metrów za ostatnimi zabudowaniami droga urywa się – a wraz z nią cały świat. Dalej pejzaż wygląda niczym trzeciego dnia stworzenia. Światło zostało już oddzielone od ciemności, niebo też jest na swoim miejscu, ale ziemia dopiero nabiera kształtów. Obrywa się stromo ku gigantycznej niecce, której poorane bruzdami dno ciągnie się hen i w oddali błyska taflą wody. Na samej krawędzi leży wielka łyżka koparki – stalowy kieł potwora, który spustoszył tę krainę.

Łużyce pożarte

Pejzaż, na który patrzymy, nie jest jednak efektem stworzenia, lecz apokalipsy. Przez prawie cały XX wiek Łużyce były pożerane – dosłownie – przez maszyny górnicze. Pierwsze kopalnie powstały na wschodzie Niemiec w połowie XIX stulecia. W latach 20. ruszyły większe odkrywki, a wydobycie nabrało tempa po II wojnie światowej.

– Węgiel brunatny z Łużyc był jedynym źródłem energii dla całego NRD – opowiada architekt Karsten Feucht, stuttgartczyk z pochodzenia, Łużyczanin z wyboru.

Koparki wgryzały się w ziemię, przeżuwając wszystko, co dzieliło je od cennego surowca: piasek, glinę, drzewa, pola, domy, kościoły, gospody. W 70 lat z powierzchni ziemi – a raczej wraz z nią – zniknęło 136 wsi i miasteczek. Przesiedlono ponad 25 tysięcy osób.

A potem, w 1989 roku, runął mur. Gdy rok później NRD zjednoczyło się z RFN, znaczna część kopalni straciła rację bytu.

– Pritzen zdążono już wysiedlić, wyburzono ponad połowę budynków – opowiada Karsten.

Mieszkańcy pozostałych wrócili. Ustawili łóżka i stoły na swoich miejscach, do szaf włożyli ubrania, na ścianach powiesili obrazki, w oknach firanki. Dziś wielu widzi zza nich jezioro. Rany w łużyckim pejzażu powoli zabliźnia woda. W miejsce zagłębia węglowego powstaje największe w Europie sztuczne pojezierze. Karsten należał do zespołu, który brał udział w tych wielkich ćwiczeniach z architektury krajobrazu.

Plenerowa burza mózgów

Grossräschen, gdzie spotykamy się z architektem, także zostało częściowo pożarte przez kopalnię. Maszyny stanęły tuż przed pałacowym budynkiem – dawnym hotelem robotniczym dla górników z kopalni Ilse. Dziś to elegancki kurort, położony niemal nad brzegiem jeziora.

– O tym, że powstanie tu pojezierze, wiadomo było od dawna. Po zamknięciu kopalni i wyłączeniu pomp odkrywki samoistnie wypełniają się wodą – wyjaśnia Karsten i pokazuje plany sporządzone w latach 70.

Jest na nich Senftenberger See, istniejący już wówczas, najstarszy z pokopalnianych zbiorników, a także kilka innych projektowanych akwenów. Póki jednak na Łużycach na wielką skalę wydobywano węgiel, takie wizje były pieśnią przyszłości. Sytuacja zmieniła się, gdy część zakładów zamknięto.

– Kopalnie zatrudniały dziesiątki tysięcy ludzi, całe życie kręciło się wokół węgla. Trzeba było wymyślić region na nowo. Lokalne władze rzuciły hasło: zorganizujmy IBA! – opowiada Karsten.

IBA – Internationale Bauausstellung, czyli Międzynarodowa Wystawa Budowlana – to wielka plenerowa burza mózgów. Jej celem jest wypracowanie nowych idei w dziedzinie architektury, urbanistyki, planowania – stworzenie obiektów, budynków albo całych dzielnic.

Krajobraz w budowie. U stóp wieży widokowej Rostiger Nagel dawna droga górnicza – dziś ścieżka rowerowa – krzyżuje się z kanałem łączącym dwa z 30 powstających w regionie jezior. Rdzawy ślad na dnie to efekty wysokiego stężenia w wodzie związków żelaza.

– Pierwsza IBA odbyła się na początku XX wieku w Darmstadt. Pomysły krążyły wokół koncepcji miasta-ogrodu, jako odpowiedzi na koszmarne warunki życia w ówczesnych ośrodkach przemysłowych. Punktem wyjścia dla IBA zawsze jest bieżące wyzwanie – tłumaczy architekt.

Kolejne wystawy zaowocowały powstaniem nowatorskich osiedli m.in. w Stuttgarcie czy Wrocławiu, a pierwsza powojenna, w Berlinie Zachodnim – modernistycznej dzielnicy Hansaviertel. IBA na Łużycach zaczęła się w 2000 roku i trwała dekadę.

– Tematem po raz pierwszy było nie miasto, lecz krajobraz. Pracowali nad nim architekci, geografowie, artyści, ekonomiści – wspomina nasz rozmówca.

Jak zbudować krajobraz

Symbolem zaproponowanej przez nich odpowiedzi jest miejsce, w którym rozmawiamy. IBA-Terrassen wbudowano w zbocze na obrzeżach Grossräschen. W ich szklanej fasadzie przegląda się powstające jezioro. Niecka stopniowo napełnia się wodą, a tafla zbliża powoli do molo podwieszonego na ramieniu dawnej koparki.

– To bardzo skromny projekt. Nie krzyczy: „Hej, tutaj jestem!”, tylko kieruje uwagę na to, co najważniejsze. To był jeden z głównych celów: znaleźć sposoby na pokazanie ludziom, jak piękny i niezwykły jest ten pejzaż.


Dziś tafla Grossräschener See dotarła już do molo zbudowanego z elementów górniczej koparki. W winnicy na nachylonym ku południu zboczu dojrzewają zaś szczepy johanniter czy solaris

I tak w Senftenbergu, który od 40 lat leżał co prawda nad jeziorem, ale niezbyt z tego korzystał, wybudowano pływającą marinę. W Geierswalde pośród trzcin zacumowało osiedle pływających domów, na Gräbendorfer See w podobnym budynku działa szkoła nurkowa. Na wodach Sedlitzer See kołysze się zaś most pontonowy ze stali i betonu. Nieukończony, urywa się jakieś 200 metrów od brzegu.

– Na wybudowanie całego zabrakło funduszy. Powstał więc fragment, by pokazać, że i taka konstrukcja jest możliwa – tłumaczy Sören Hoika z IBA-Tours, który zabrał nas tu podczas rowerowej wycieczki po pojezierzu.

Jak na dłoni widzimy proces powstawania krajobrazu. Większość konstrukcji unosi się na wodzie, ale początkowy fragment wciąż jeszcze leży na zboczu. W przyszłości dźwignie go podnosząca się z miesiąca na miesiąc tafla.

– Do docelowego poziomu brakuje 8-9 metrów. Potrwa to pewnie kilka lat – szacuje Sören. Tymczasem spacerujemy po kostkach z betonu, ponad przykrytym wodami potopu pejzażem po apokalipsie.

Największy pojazd w historii

Najsłynniejszy z widokowych obiektów IBA powstał jednak na lądzie. Oficjalnie nazywa się Landmarke, ale wszyscy mówią na niego Rostiger Nagel – Rdzewiejący Gwóźdź. Stalowa, wysoka na 30 metrów wieża jest wbita w zrytą przez koparki ziemię pomiędzy dwoma jeziorami. Tuż obok łączący zbiorniki kanał, który z wolna wypełnia się wodą, krzyżuje się z dawną górniczą drogą, po której dziś śmigają rowerzyści i rolkarze.

– Cały ten pejzaż jest sztuczny: lasy, jeziora, pagórki – wylicza Sören. – Wieża ma o tym przypominać, specjalnie odcina się od krajobrazu. Rdzewiejąca stal jest nawiązaniem do przemysłowej przeszłości.

– Namawialiśmy lokalne społeczności, by ocalić jak najwięcej z industrialnego dziedzictwa – wspomina Karsten. – Zwłaszcza obiekty naprawdę wyjątkowe, jak most przerzutowy F60 w Lichtenbergu, nazywany poziomą Wieżą Eiffla.

Stalowa kratownica waży 13 tysięcy ton, jest wysoka na 75 metrów, długa na pół kilometra i… samobieżna – to największy pojazd w dziejach ludzkości. Porusza się po torach, które sam przed sobą układa, a po przejechaniu danego odcinka demontuje. Most mógł pokonać w godzinę kilkaset metrów, choć zwykle przemieszczał się wolniej, w ślad za koparkami, by przerzucać urobek na drugą stronę odkrywki.

– F60 przepracował w Lichterfeld tylko kilkanaście miesięcy. Do użytku oddano go w 1991 roku, a w kolejnym kopalnię zamknięto – opowiada Konrad Lehmann, niegdyś górnik, a dziś przewodnik, prowadząc nas na szczyt machiny. – Kompania górnicza planowała go zdemontować, ale przekonaliśmy ich, by potrzebne na to pieniądze przeznaczyć na przystosowanie obiektu dla turystów – wyjaśnia Karsten.

Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. F60 co roku zwiedza kilkadziesiąt tysięcy osób.

Dwie rany

Trudniej było w przypadku Biotürme w Lauchhammer. – Walczyliśmy o nie dobrych dziesięć lat – mówi architekt.

W największym w NRD kombinacie koksowniczym pracowało 12 tysięcy osób. Rok po zjednoczeniu zakłady zamknięto i stopniowo wyburzano. Gdy rozpoczynała się IBA, zostały tylko ceglane wieże dawnej biologicznej oczyszczalni ścieków.

– Wielu osobom źle się kojarzyły. Wspominali, że strasznie od nich cuchnęło – opowiada Karsten. On, jego koleżanki i koledzy uważali je jednak za wyjątkowo piękne.

– Dawni robotnicy i inżynierowie początkowo nie postrzegali ich w kategoriach estetycznych – mówi architekt. – Były dla nich raczej symbolem upadku, utraty pracy i dotychczasowego życia. Nad tym problemem też pracowaliśmy podczas IBA.

– Na Łużycach mamy do wygojenia dwie rany: tę w krajobrazie i tę w sercach – przyznaje Sören. – Po zamknięciu kopalni ludzie uważali, że to koniec, nie wierzyli, że ktoś może chcieć tu przyjechać – wspomina.

Obiad w wyrobisku

A Karsten opowiada, jak w ramach IBA próbowali przekonać mieszkańców, że ich region jest interesujący.

– Organizowaliśmy spacery po wyrobiskach. Grupy wędrowały przez księżycowy krajobraz, a na koniec zasiadały do stołu nakrytego białym obrusem, do wspólnego, eleganckiego obiadu. W wycieczkach wzięło udział ponad 20 tysięcy osób, ale przez pierwsze dwa lata ani jedna z Łużyc. Potem zaczęli przychodzić i wielu było w szoku. Nie uświadamiali sobie, jak piękne może być to miejsce – opowiada.

Podczas innego performance’u mieszkańcy jednej z wysiedlonych wsi odtworzyli swe nieistniejące domy. Na dnie wyrobiska stanęły kanapy, stoły, krzesła, popłynęły opowieści i łzy.


Dudnienie metalowych schodów wieży widokowej Rostiger Nagel to akustyczne nawiązanie do industrialnej przeszłości Dolnych Łużyc.

– Niektórzy mówili, że pomogło im to przeboleć stratę, na nowo pogodzić się z tym miejscem – mówi Karsten. I wspomina finałowy happening: ponad pięć tysięcy osób ustawiło się na brzegach jednego z powstających jezior i włączyło latarki. Powstał ogromny, świetlisty pierścień.

– Po upadku górnictwa wielu mówiło, że na Łużycach nie ma przyszłości. Że wszyscy stąd wyjadą, a ostatni zgaszą światło. A oni tamtego dnia je zapalili.

Mimo wszystko region się wyludnia.

– Mieszka tu o 20-30% mniej ludzi niż na początku lat 90. – kiwa głową Karsten.

Przyznaje też, że nie wszystkie pomysły były trafione.

– Marzyło nam się, żeby zakonserwować fragment księżycowego krajobrazu odkrywek: zwały piasku, pustkowie. Jak na Saharze! Nigdzie indziej w Niemczech nie ma pustyni, więc dla turystów byłoby to fascynujące. Ale mieszkańcy zaprotestowali: „Chcemy zieleni, żadnych pustyń!”. To słowo fatalnie im się kojarzyło: ze śmiercią, zniszczeniem – wyjaśnia. – Nasz błąd. Stanęło na tym, że pustyni nie będzie.

Ostanie kopalnie Niemiec

Pustynie ciągle jednak na Łużycach istnieją. Ba, urządza się na nich nawet safari! W centrum miasteczka Welzow zakładamy górnicze kaski i wsiadamy do zapylonego landcruisera. Mijamy zabudowania i po chwili znów stajemy na krawędzi świata. Ziemia obrywa się, przed nami zieje gigantyczna otchłań.

Welzow-Süd to jedna z czynnych kopalni węgla brunatnego. Na dnie i przy ścianach stoją stalowe potwory – dziś, w niedzielę, zamarłe w bezruchu. Ruszamy im na spotkanie. Droga – pas ubitej rudawej ziemi – prowadzi w dół, na kolejne poziomy. Świat demontuje się tu warstwa po warstwie, by dobrać się do ukrytego 90 metrów pod powierzchnią węgla.

Na dnie podchodzimy do lśniącej, brunatnej ściany pożłobionej zębami koparek. Kucamy i podnosimy kawałki nie do końca skamieniałych drzew – wyrwane z ziemi drzazgi, po raz pierwszy od milionów lat wystawione na promienienie słońca.

Spoglądamy na zastygłe w ciszy maszyny: kilometry taśmociągów, potężne gąsienice, ramiona koparek wyciągnięte niczym szyje prastarych jaszczurów. To ginące gatunki. W ciągu kilkunastu lat Niemcy planują zamknąć wszystkie elektrownie węglowe. Ze stalowych kości machin ktoś zbuduje być może kolejne instalacje, pustynia stanie się dnem kolejnego jeziora. To świetne wieści – a mimo to stężenie melancholii w kopalnianym powietrzu jest dziwnie wysokie.

Bartek Kaftan

Dziennikarz, redaktor, tłumacz. Był redaktorem prowadzącym magazynu "Podróże". Jego teksty ukazywały się m.in. w "Wysokich Obcasach", "Polityce", "Kukbuku", "Esquire" czy "The Guardian". Podróżując, lubi wracać w te same miejsca, zwłaszcza do Gwatemali i Meksyku, a także do Hiszpanii, na Morawy i na Podlasie.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.