Strusie, golasy i zamek Disneya. Jezioro Szweryńskie

9 min. czytania

Letnia wycieczka po sielskich terenach północnych Niemiec

To nie jest najpiękniejsza łódź – wygląda raczej jak kanciasty, pływający dom. Na niemal kwadratowym dziobie ma przestronny taras. Drugi niewielki na rufie, a pomiędzy nimi kabinę z wielkimi oknami, kanapą rozkładaną w łoże i mini-kuchnię. A na dachu, na który prowadzi stroma drabina, można opalać się lub podziwiać gwiazdy.

Choć barka Cosy nie jest może pięknością, to wygody nie sposób jej odmówić. Co więcej, by ją wynająć nie trzeba patentu, może dlatego, że prędkości jakie nią rozwiniemy nie są bynajmniej zawrotne.

Po krótkim przeszkoleniu odbijamy od kei w Schwerinie wpływając na jezioro nazwane po prostu Jeziorem Szweryńskim. Jest czwarte co do wielkości w Niemczech i drugie w Meklemburgii, gdzie konkurencja jest spora, bo to kraina jezior.

By wypożyczyć barkę Cosy, nie trzeba mieć patentu żeglarskiego

Barką można dotrzeć w spokojne, pełne trzcin zatoczki, odnogi o brzegach porośniętych lasem lub pszenicą, albo dalej, kanałami, na mniejsze, połączone z Jeziorem Szweryńskim akweny.

Pomimo kanciastych, mało aerodynamicznych kształtów, łodzią steruje się łatwo. A niewielkie prędkości sprzyjają rozglądaniu się dookoła. Silnik cicho pyrka zamiast buczeć jak w motorówkach, więc nie boją się nas ptaki. No i przy okazji okazuje się, że okolica pełna jest… golasów. Co więcej niemieccy nudyści, przyzwyczajeni do braku tekstyliów oraz wychowani w kulturze podchodzącej do nagości mało pruderyjnie, wcale się bycia gołym nie wstydzą. Żywy dowód na to, że powiedzenie „niech się wstydzi ten kto widzi”, nie wzięło się znikąd.

Nasze pojawienie się nic nie zmienia w letnim podgrzanym upałem rozleniwieniu. Nikt nie zakrywa się w popłochu. Ba, czasem nawet ktoś nam pomacha z plażowego ręcznika, leżaka czy tarasu garażu na łodzie przerobionego na wakacyjny domek. To konstrukcje dość niezwykłe – niektóre, te najprostsze – nadal przypominają drewniane pudełka. Jednak zdecydowana większość, niczym domki z Lego, obrosła schodkami, pełnymi zieleni tarasami, albo skrytym pod skosem dachu pięterkiem mieszczącym sypialnie.

Gdy zataczając koło wracamy do Schwerin, nudystów siłą rzeczy w okolicy jest mniej (choć nie, że zupełnie ich brak, mijamy chociażby na „goły i wesoły” rower wodny). Zieleń otacza miasto równie sielsko co woda. I trudno zgadnąć, że przyjazne, tolerancyjne i przestrzenne Schwerin jest poważną stolicą północno-wschodniego, sąsiadującego z Polską kraju związkowego Niemiec Meklemburgia-Pomorze Przednie.

Za burtą wyrasta intrygująca konstrukcja z cegieł. Wysoki i zwalisty dom, przerośnięty, jakby był na sterydach, z pięcioma rzędami malutkich okien i jeszcze dwoma w potężnej czapie trójkątnego dachu. Gdy podpływamy bliżej, okazuje się, że to dawny spichlerz (stąd te małe okienka), a dziś zrównoważony energetycznie hotel.

Za nim zabytkowy żuraw, służący niegdyś do rozładowania statków. A kawałek dalej, za kanałem i za portem, widać największą atrakcję okolicy. Położony na wysepce zamek niczym z bajek Disneya. Pełen wież, wieżyczek, ozdobników i innych architektonicznych wygibasów.

Nazajutrz, po nocy spędzonej w trzcinach w towarzystwie rozgadanych kaczek, pójdę spotkać się z zamkowym pszczelarzem.

Ule na dachu zamku w Schwerin prezentowały się spektakularnie. Ale już po pierwszym lecie okazało się, że – choć chcieliśmy dobrze – zrobiliśmy pszczołom krzywdę. Zaczęły masowo wymierać – mówi pszczelarz, Stefan Dietrich. – Dach za bardzo się nagrzewał, a ruch uliczny, choć wcale nie tak wielki, oraz wiatr wprowadzały ule w wibracje. Pszczoły źle je znoszą. Na dodatek owady te nie lubią latać nad wodą, chyba dlatego, że nie mają wtedy awaryjnych opcji lądowania. A przecież zamek, przez lata rezydencja książąt meklemburskich, a dziś siedziba parlamentu Meklemburgii-Pomorza Przedniego, położony jest na wyspie. Z trzech stron otoczony przez jezioro! Koniec końców przenieśliśmy ule do zamkowych ogrodów. A żeby pszczoły nie musiały za daleko latać, sadzimy wokół ich ulubione rośliny. Namawiamy też do tego okolicznych mieszkańców, starając się promować zrównoważony rozwój i ekologię.

To ekologiczne podejście widać chociażby po popularności takich miejsc jak kawiarnio-restauracja MÜLLERS w centrum miasta, tuż przy katedrze. W menu wegańskie potrawy z ekologicznych składników z własnej farmy, czy pieczywo i ciasta z mąki mielonej w rodzinnym młynie. Choć przyzwyczajenia zmienić trudno. Gdy podpytuję właściciela, jaka jest najpopularniejsza potrawa przyznaje, że wegańska wersja… kebaba.

Krajobrazy wokół Schwerin są sielskie. Pola, lasy, łąki, jeziora.

Gdy jadę szutrową drogą w stronę zabytkowej wędzarni Möllin, zamienionej dziś w oberżę o dachach krytych słomą, w oddali widzę… strusia. Wytężam wzrok. Nie, nie przewidziało mi się. Po polu chodzi szary struś, a gdy przyglądam się, okazuje się, że jest ich wokół całe stado! Nic sobie z mojego towarzystwa nie robią. Nie uciekają ani nie chowają głowy w piasek. Po prostu pasą się łapiąc chrząszcze i ślimaki czy co tam jeszcze jedzą strusie.

Gdy podpytuję o nie w wędzarni, okazuje się, że te dziko żyjące wielkie ptaki to miejscowe pupilki. Uciekły kiedyś z jakiejś fermy. Zaczęły się rozmnażać, bo nikt ich ani nie łapał ani krzywdy im nie robił i zupełnie nie wiadomo kiedy stały się lokalną atrakcją. I wcale nie jest im tu za zimno, bo to nandu szare, pochodzące z Ameryki Południowej – więc do chłodów są przyzwyczajone.

Kto by pomyślał, że tyle wrażeń i egzotyki spotka mnie tuż za naszą zachodnią granicą.

Anna Janowska

Dziennikarka, autorka książki Monsun przychodzi dwa razy. Podróż szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar. W Pani i Travelerze pisze o podróżach, w Label Magazine o designie. Jej konik to wywiady - dla miesięcznika Zwierciadło rozmawiała min.: z Brigitte Bardot, Yotamem Ottolenghim, Elizabeth Gilbert czy Mariną Abramowić.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.