Pamięć, czyli co pozostaje nam z podróżowania

Początek
6 min. czytania

Moja pamięć zarzucona jest setkami obrazów, których nie potrafię już przyporządkować do żadnego miejsca

Jedno z nich właśnie odnalazłem, jadąc kilka dni temu do Supraśla. Ostatni raz byłem tam siedem czy osiem lat temu. Kilka kilometrów przed miastem jest dość dziwny, bo wąski a długi parking. Od jezdni oddziela go droga rowerowa i paskudne metalowe barierki. Przy parkingu stoi kilka zniszczonych upływem czasu drewnianych ławek, a dalej jest ściana drzew.

Tym razem przejechaliśmy obok nie zatrzymując się, te kilka lat temu zaparkowałem jednak, żeby wyskoczyć na chwilę w gęstwinę krzaków. I nie wiem czemu, to miejsce wryło mi się w pamięć. Nie ma w nim nic szczególnego, nic wyjątkowego się na nim nie wydarzyło, byłem tam zaledwie raz w życiu. Ale obraz tego parkingu przez kolejne lata niosłem w pamięci, choć po jakimś czasie nie mogłem sobie już przypomnieć, co to za miejsce. Wiedziałem, że to raczej Polska, ale który rejon, albo która droga – już nie.

Tego typu obrazów pamiętam dziesiątki, albo setki. Łuki drogi. Parkingi, stacje benzynowe. Uliczki, szpalery drzew, proste jak od linijki kanały pełne wody. Nie potrafię ich jednak zlokalizować, umiejscowić na mapie. Bywa, że nie pamiętam nawet, w jakim znajdowały się kraju.

Nie mam pojęcia, dlaczego niektóre z tych miejsc wciąż pamiętam. Być może to dowód na to, że podróżowanie w rzeczywistości nie jest przemieszczaniem się pomiędzy punktami geograficznymi, ale pomiędzy sytuacjami. Zdarzeniami.

Każde z tych wybrakowanych wspomnień opiera się bowiem na jakiejś akcji. Często bardzo błahej, jak sikanie w krzakach, czy przyrządzanie kawy na turystycznej kuchence pod fotelem w samochodzie, żeby wiatr nie zdmuchiwał ognia z palnika. Dobrze pamiętam jakiś hotel w Słowenii, gdzieś z dala od głównej drogi i mogę sobie odtworzyć w głowie ciąg zdarzeń – był wieczór, miałem za sobą cały dzień podróży, padał deszcz, byłem już mocno zmęczony i oczywiście nie było w nim wolnych pokoi. Nie mam jednak najmniejszego pojęcia, w której części kraju to było. Nie znalazłbym teraz tego hotelu. Podobnie jak kanału we Francji, malowniczo obsadzonego drzewami, w którym spontanicznie – w drodze do Hiszpanii – postanowiłem się wykąpać i zmyć z siebie cały podróżny brud. Pamiętam tylko, jak te miejsca wyglądały i związanie z nimi zdarzenia.

O tego typu obrazach trudno opowiadać, bo dla innych nie mają one żadnego znaczenia. Nie ma w nich nic spektakularnego. Gdyby choć wiązały się z odkryciem czegoś po raz pierwszy w życiu – no wiecie, ujrzenie zorzy polarnej czy wieży Eiffla. Pierwszy zachwyt nad melodią pieśni muezina gdzieś w krajach Orientu bądź zobaczenie jak produkuje się ser gouda. Coś o czym można później gadać podczas spotkania z przyjaciółmi na winie. Ale sikanie w krzakach na parkingu?

Mimo wszystko jednak lubię tą chaotyczną mieszankę wspomnień. Nie mają za bardzo sensu, ale tworzą tkankę mojego życia i podróży. Zdarza się, że – tak jak teraz, w Supraślu – przypadkowo do tych miejsc wracam, ale nie za wiele to zmienia. Nie miejsce, a zdarzenie ma przecież znaczenie – wracając mogę więc najwyżej dostrzec, że wszystko jest już inne. I dołożyć kilka nowych obrazów, których być może za kilka lat znów nie będę umiał umiejscowić w przestrzeni.


Zapisz się na nasz biuletyn z poleceniami kulturalnymi, wskazówkami dotyczącymi podróży i miejsc oraz podsumowujący najważniejsze wydarzenia na świecie, tak żebyś nie przegapił niczego, co ważne.

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.