Podróż po minionym świecie

przeczytasz w mniej niż 6 min.

Blisko wiek temu młodziutki Sándor Márai wybrał się w trzymiesięczną podróż po Europie, Bliskim Wschodzie i Afryce Północnej. Już wtedy dostrzegał bolączki zachodniego świata, z którymi zmagamy się do dziś

Mający zaledwie 26 lat węgierski mistrz słowa stał u progu kariery. Nie był jeszcze uznanym pisarzem, lecz dziennikarzem. Jak na reportera przystało, podczas swojej niespiesznej podróży nie rozstaje się z notatnikiem, w którym zapisuje wszystko, co przyszło mu oglądać. Jego uwagę przykuwają głównie ludzie. Opisy pejzaży czy konkretnych miejsc pojawiają się jako sceneria. Tło, na którym rozgrywają się historie spotykanych osób.

Márai nie ogranicza się jednak do kreślenia samych obrazów z podróży. Próbuje je jakoś zinterpretować. Osadzić w szerszym kontekście, snując wielowątkowe rozważania na temat różnic między światem Lewantu a rzeczywistością europejską lub węgierską. Nie jest przy tym stronniczy. Nie idealizuje ani jednego ani drugiego świata, nie ucieka też jednak przed krytyczną oceną Starego Kontynentu.

„Śladami Bogów” nie jest debiutem Máraiego. Ale to właśnie ta książka wyniosła pisarza na nowy poziom, stając się przełomem w karierze. I nie była to zasługa tylko tego, że Węgier opisał miejsca Europejczykom wówczas dość słabo znane. Ważniejszy był zapewne warsztat, jakim już wówczas – mimo młodego wieku – dysponował pisarz. Márai doskonale panuje nad rytmem tekstu, chwilami ocierając się nawet o pisarską brawurę. Czyta się to doskonale.

W tym tekście da się już dostrzec styl, który pisarz doprowadził później do perfekcji – swobodne operowanie liryzmem zestawionym jednak z szorstkim codziennym detalem oraz umiejętność budowania soczystej frazy. Być może zresztą oko do wyłuskiwania istotnych szczegółów ze zwykłej rzeczywistości pisarz wykształcił właśnie na początku kariery, gdy parał się jeszcze dziennikarstwem.

Czasem te detale służą głównie budowaniu żywych, wciągających czytelnika obrazów (nikt chyba tak pięknie nie zderzył ze sobą podniosłych odczuć rodzących się na widok rozkwitającego ogrodu za oknem z prozaiczną obecnością pcheł w łóżku w pokoju). Równie często jednak prowadzą pisarza do szerszego planu. Skłaniają go do wyciągania wniosków i diagnoz. Stawia je odważnie, nie siląc się na zabiegi upiększające.

Już niemal wiek temu Márai z niepokojem patrzył na kierunek, w którym zmierzamy jako ludzkość.

Widzi pośpiech (notuje: Symbolem człowieka Zachodu jest dzisiaj człowiek w pędzie, tak jak niegdyś był człowiek trzymający książkę), nieustanną pogoń za bogactwem, rodzący się fundamentalizm. A przede wszystkim niewyczerpaną zachłanność, w której upatruje przyczyn nadchodzących problemów i katastrof. Wojenna apokalipsa, która wybuchła kilka lat po wydaniu książki, pokazała, że w swojej ocenie się nie mylił. Dziś widzimy jednak, że na tym się nie skończyło. Bolączki dzisiejszego świata – degradacja środowiska, kryzys klimatyczny, postępujące rozwarstwienie społeczeństw, krwawe konflikty – w swej istocie mają bowiem jedną przyczynę: chciwość.

Sándor Márai wierzył wówczas, że musi istnieć jakaś droga pozwalająca wydobyć się ze spirali prowadzącej do upadku. Szukał jej we wrażliwości jednostek, w Idei i transcendencji. I nie miał na myśli religii, lecz głębokie poczucie, że ponad nietrwałymi doraźnymi zjawiskami istnieje coś nieprzemijającego. W takim ujęciu wyzbycie się europocentryzmu, przywrócenie równorzędności kultur oraz chęć cofnięcia się o kilka kroków, by zrobić miejsce innym mogłyby wyznaczyć drogę do lepszej przyszłości. Historia potoczyła się jednak inaczej. A niemal wiek później wciąż mamy opory, by drogą nakreśloną przez pisarza podążać. Niewykluczone, że gdyby pisarz dziś żył, uznałby więc, że stoimy na progu kolejnej katastrofy.


Sándor Márai

„Śladami Bogów”

Czytelnik, Kraków 2021

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.