pieczone kasztany sprzedawane na ulicznym stoisku

Święta bez poparzonych palców, to nie Święta!

Początek
przeczytasz w mniej niż 8 min.

Zapach pieczonych kasztanów u tysięcy ludzi budzi świąteczną nostalgię

Kasztany piekące się na otwartym ogniu, Jack Mróz szczypiący w nos, bożonarodzeniowe kolędy śpiewane przez chór, i ludzie przebrani za Eskimosów ­­– śpiewa w świątecznym szlagierze Nat King Cole (należy wybaczyć mu tych Eskimosów, pamiętajmy, że utwór został napisany w 1946 roku).

Amerykanie nie wyobrażają sobie Świąt bez kasztanów. Od listopada do stycznia na ulicach miast pojawiają się wózki spowite zapachem piekących się kasztanów. W tradycyjnych bożonarodzeniowych daniach, te owoce też się pojawiają – chociażby jako farsz do indyka. Przez trzy miesiące na amerykański rynek trafiają kasztany o wartości 20-40 milionów dolarów!

Co ciekawe, większość z nich dociera do Ameryki z Włoch. Italia jest jednym z czołowych dostawców kasztanów na świecie (jeżeli chcecie poznać tradycyjnych zbieraczy, wybierzcie się do wioski Roccadaspide w gminie Salerno). Amerykańskie kasztanowce wytrzebił niemal doszczętnie na początku XX wieku grzyb przywleczony z Azji. Zginęły wówczas ponad 4 mld drzew. Paradoksalnie więc, w kraju, w którym konsumowane są ogromne ilości kasztanów, rośnie ich stosunkowo niewiele. Odbudowa nasadzeń postępuje powoli, a USA ma dziś tylko jeden procent udziału w światowym rynku producentów kasztanów. Liderem pozostają Chiny. Smakosze bardziej cenią jednak kasztany z Europy, które w dużej mierze pochodzą nie z upraw, lecz dziko rosnących drzew. Nie są one ani nawożone, ani pryskane pestycydami.

Przez długie lata pieczone kasztany kojarzyły mi się wyłącznie z serialem o Hansie Klossie.

„W Paryżu najlepsze kasztany są na placu Pigalle” – brzmiało hasło, które podawał łącznik. „Zuzanna lubi je tylko jesienią” – odpowiadał Kloss. Gdy oglądałem w dzieciństwie „Stawkę większą niż życie”, nie bardzo jeszcze wiedziałem, o co chodzi z tymi kasztanami. Te rosnące w Polsce są niejadalne, a w sklepach towaru z zagranicy w zasadzie nie było. Pomysł, że kasztany można jeść – i że gdzieś są na dodatek najlepsze – wydawał mi się egzotyczny. Podobnie zresztą jak Paryż i plac Pigalle…

Przeczytaj też:

Owoce kasztanowca nie kojarzą się więc w naszym kraju z Bożym Narodzeniem. To nie jest smak i aromat, który może wywołać u nas falę ciepłej nostalgii. Zresztą, nawet w krajach, gdzie od dawna się je spożywa, wywołują one mieszane odczucia. Dla jednych są synonimem Świąt, dla innych – trudnych czasów. Kasztan jadalny, znany ludziom jako pożywienie od przynajmniej czterech tysięcy lat, wielokrotnie ratował nam życie, gdy zima się przedłużała, a zapasy topniały. Owoce kasztanowca mają dwa razy więcej skrobi niż ziemniaki i potrafią dodać sił. Bywało, że na przednówku stawały się niemal jedynym dostępnym pożywieniem. Wielu pokoleniom we Włoszech, Francji, Hiszpanii czy Portugalii kojarzą się więc nie ze świątecznym biesiadowaniem, lecz z trudnymi czasami i kulinarną monotonią.

Dla mnie kasztany są synonimem zimowych podróży. Kojarzą mi się z miejscami, w których bywałem, i w których na nie trafiałem. Porto, Madryt, Rzym, Bazylea, Paryż… Rozstawione na chodnikach wózki, bożonarodzeniowe jarmarki, sezonowe dania w restauracjach.

Owoce te łatwo poddają się obróbce. Można je gotować, grillować, piec, dusić, tłuc czy mielić (spróbuj przyrządzić z mąki kasztanowej makaron lub gnocchi). Bywają składnikiem farszów, trafiają do gulaszów. W tym drugim przypadku świetnie sprawdzają się z dziczyzną (ale najlepiej dodawać je do potrawy w ostatnich dwudziestu minutach gotowania, gdy sos jest już trochę zredukowany). Osobny rozdział to kasztany w cukiernictwie. Robi się z nich musy i torty oraz słynne marron glacé, czyli kasztany kandyzowane.

Najbardziej lubię je jednak w najprostszym wydaniu. Kupione na ulicznym stoisku, wrzucone do rożka ze zwiniętego papieru, wypieczone na ogrzewanej ogniem blasze. Dzięki pieczeniu twarde osłonki owoców robią się elastyczne i łatwiej je zdjąć (choć wcześniej muszą być lekko nacięte).

Obieranie gorących kasztanów jest nieodłączną częścią rytuału. Parzenie sobie palców do niego należy i trzeba je po prostu znosić. Po kilku chwilach podważania łupinek i chuchania na zaczerwienione opuszki palców zostajesz w końcu nagrodzony delikatnym smakiem i tą wyjątkową jedwabistą konsystencją – najlepszym lekarstwem na chłód i melancholię jesienno-zimowych dni.

Jak upiec kasztany w domu:

Rozgrzej piekarnik do 180-200 st C (z termoobiegiem). Ostrym nożem zrób nacięcie na płaskich bokach kasztanów. Upewnij się, że przecinasz łupinkę, a nie skórkę wewnątrz.

Ułóż kasztany na blasze, tak by leżały obok siebie, niezbyt ciasno. Piecz przez około 30 minut, aż łupinka w miejscu nacięcia zacznie odchodzić. Wyjmij z piekarnika. Poczekaj, aż trochę ostygną. Gdy ich temperatura pozwala brać je w ręce, obierz je ze skórki. Następnie usuń wewnętrzną brązową membranę. Podawaj od razu lub posiekaj bądź zmiel, jeżeli potrzebujesz ich do jakiegoś dania.

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.