Chyba przez żadne miasto w Europie nie da się tak wspaniale przewłóczyć, myśląc o niebieskich migdałach
Fot. Cristian Negraia / Unsplash
Samochody przystają, aby umożliwić nam przejście przez pasy, a uliczni artyści i żebracy dziękują uprzejmie, jeżeli coś im rzucimy, ale jeśli nic nie dostaną, nie będą mieli nam tego za złe. Wszyscy wokół uwielbiają być pomocni.
Nie jest to, zaznaczmy, miasto dla pedantów: właściciel sklepu, którego szukasz, zapewne wyjechał na urlop, muzeum jest chwilowo zamknięte z powodu remontu, twój autobus odjechał, bo zmieniono rozkład, a galeria sztuki, której numeru nie ma w książce telefonicznej, otwiera się tylko w sezonie letnim. Na włóczęgę jest jednak w sam raz. Nawet w pierwszej dekadzie XX wieku, w latach rozkwitu, najlepiej było właśnie się po nim powałęsać.
Angielski pisarz Robert Hichens nazwał je „na wpół uśpionym”.
Joyce lubił dopracowywać w głowie kolejne zdania podczas długich spacerów po Trieście. Italo Svevo napisał powieść poświęconą głównie przemierzaniu ulic miasta, a poeta Umberto Saba wiersz o wędrówce po nim, kiedy to kontemplował swe „zamyślone i wstydliwe życie” * – robię to samo, choć staram się nie zamyślać.

Dotarliśmy tu wieczorem jesienią, na ulicach jest więc gęsto, ale nie tłoczno. Nie słychać ani trąbienia – furia drogowa w Trieście nie występuje – ani policyjnych gwizdków. Gdy zapalają się lampy uliczne, ich blask jest przyćmiony. Pod koniec jesiennego dnia pracy miasto wydaje się szykować nie na całonocną imprezę, ale spokojny wieczór w domu, przed telewizorem.
Pierwsze wrażenie jest takie sobie. Obrzeża można opisać jako obskurne, nudne i bezbarwne, a w centrum panuje nastrój cokolwiek posępny.
Wszędzie pełno pomników, fontann i fresków, w gęstniejącej ciemności zdają się jednak zupełnie monochromatyczne. Za oknem naszego samochodu suną kolejne ciasno otoczone arkadami ulice oraz wzniesione przy nich pompatyczne pałace plutokracji – tu gotycki kościół z iglicami, tam okazała stacja kolejowa. Gmach Poczty Głównej jest gigantyczny. Budynek Banca d’Italia tak samo. Palazzo di Giustizia – triesteński sąd – wzbudza niepokój. Między ulicami ciągną się strome schody, a tunel niespodziewanie znika w górskim zboczu. Coś, co wygląda na więzienie, okazuje się starym magazynem portowym. W dawnym Pałacu Prefektury mieści się obecnie oddział firmy ubezpieczeniowej. Paul Theroux, gdy opisywał Triest w 1995 roku, użył przymiotników takich jak: poważne, ponure, nudne, uroczyste i posępne. Mnie jesienny wieczór w Trieście przywodzi na myśl dzieła angielskich malarzy ery wiktoriańskiej, których specjalnością były właśnie miasteczka portowe uwieczniane w chwili, gdy blade światła lamp gazowych odbijają się w wilgotnych chodnikach, a z okien pubów bije przyćmiony blask. (…)
Jeśli jednak po zameldowaniu w hotelu wejdziemy do położonej za rogiem restauracji, okaże się ona zupełnie inna: przyjemnie zamożna.
Nie ma mowy o smrodzie podrobów; pachnie grzybami i warzywnym bulionem. Meble są okazałe, światła przyćmione, przy drzwiach wita nas wózek kelnerski z rybami wyłożonymi na lodzie. Klientów w tym luksusowym przybytku widzę najwyżej dwanaścioro, a wszyscy wyglądają mi na przedstawicieli wyższej klasy średniej w sile wieku: są tu doktorzy i – najprawdopodobniej – ich żony, kilku profesorów, księgarz, a do tego grupa kulturalnych biznesmenów.

Towarzystwo chyba dobrze się zna, klienci i klientki z różnych stolików wymieniają uprzejmości i bez skrępowania mierzą wzrokiem kreacje pozostałych. Przysłuchują się nawzajem swoim rozmowom, bardzo sprawnie omijając wzrokiem parę z plecakami, ubraną w jeansy i T-shirty, która właśnie weszła do środka. Wszyscy wydają się dobrymi znajomymi właścicieli restauracji, których ja też kojarzę, o ile jest to – a chyba tak – ten sam przybytek, który odwiedziłam w 1978 roku. Siedziałam wówczas przy stoliku, wzbogacając pisaną akurat książkę o rozmarzony, pachnący winem dopisek: „Czy naprawdę jeszcze mi za to płacą?”.
Tak, właściciel knajpy przerywa rozmowę z siedzącym samotnie w rogu profesorem filologii słowiańskiej – człowiek ten nie może być nikim innym – i podchodzi, aby mnie powitać.
– Jak leci? – pytam.
– Po staremu – odpowiada bezbarwnym głosem i wskazuje ręką na w połowie zapełnioną restaurację. – Wciąż jesteśmy szczęśliwi.
Jeżeli mówił ironicznie, to najwyżej w połowie.
Nie mam wątpliwości, że mimo nawarstwiających się latami rozczarowań w cichości ducha miasto jest raczej zadowolone. Rano, gdy wychodzimy na pierwszą tułaczkę w świetle dnia, wiem, że Triest pokaże nam, jeśli tylko pogoda dopisze, oblicze o wiele przyjaźniejsze niż w nocy. Masywne budynki tracą wiele ze swej surowości, gdy w ich arkadach światło tańczy z cieniem, a ulice rozplanowane z matematyczną precyzją okazują się niepozbawione elegancji.
Nikt nie nazwałby Triestu miastem malowniczym czy zjawiskowym. Brakuje tu czarujących parczków, prawie nie ma też budynków wyglądających, jakby dało się je unieść, a tę właśnie cechę uważam za wyznacznik wybitnej architektury (posiadają ją choćby Chrysler Building, Pałac Dożów czy romańskie kaplice Hiszpanii). W świetle słońca Triest ma jednak swój urok. Jak w każdym mieście zbudowanym na planie siatki łatwo stracić tu orientację i zapomnieć, w którą stronę patrzymy (gdzie jest morze?), ale często spomiędzy budynków prześwitują zalesione zbocza Krasu, a przez skrzyżowania przebłyskuje błękit wody, co pozwala mniej więcej zorientować się w terenie.
Osiemnastowieczni urbaniści zaprojektowali schludny układ ulic, skupiony wokół Canal Grande, który, sięgając w głąb miasta, zapewniał niegdyś morskim statkom bezpieczną przystań niezależnie od pogody.
Do dziś wspaniale jest poznawać tę przestrzeń. Kanał ma kilkaset metrów długości i dziesięć szerokości, a jego brzegi zdobi szereg atrakcyjnych budynków w stylu neoklasycznym. Na samym końcu znajduje się zwieńczony kopułą kościół z ogromnym portykiem, wspartym na kolumnach jońskich – z pewnością przydaje okolicy odrobiny dostojeństwa. Kanał wypełniają niewielkie łódki, niektóre zatopione częściowo, a inne całkowicie, wszystkie wymagające odmalowania; trzy czy cztery najbardziej zbutwiałe wyciągnięto z wody i ustawiono u wylotu kanału. Teraz pokrywają je rysunki i napisy tak jaskrawe, że mogą uchodzić za dzieło sztuki współczesnej. Odrapane keje wciąż tętnią tu życiem, a na placu położonym w połowie długości kanału znajduje się targ: widzimy sterty owoców i warzyw oraz rzędy stojaków i stolików pełnych sukienek, kwiatów, skarpet i batoników Mars.
No nieźle, możesz sobie pomyśleć, czując przypływ optymizmu.
Choć trzeba przyznać, że późniejsze dodatki do miejscowej architektury nie napawają entuzjazmem nawet w świetle dnia – dziewiętnastowieczne świątynie handlu, jałowe wykwity dwudziestowiecznego monumentalizmu – od reguły tej istnieje na szczęście wiele odstępstw i wyjątków. Przechadzka po centrum Triestu nie zapiera tchu w piersi, ale raczej nie bywa nudna. Biura z czasów wielkomiejskiej świetności nadal są napuszone w stopniu komicznym, zarówno od zewnątrz, jak i w środku, obwieszone obrazami mającymi przedstawiać ambicje i sukces. Prywatne domy dawno nieżyjących bankierów czy właścicieli statków – gotyckie, neoklasyczne, bezczelnie eklektyczne – zajmują najlepsze miejscówki na rogach bogatych ulic. Secesję, zwaną tu stylem wolnościowym, reprezentują ogromne nagie popiersia kobiet strzegących drzwi do budynków lub zdobiących parapety. A cóż to? Rzymski amfiteatr. Kto tam stoi na cokole w ogródku? Verdi, wielki kompozytor. W którą stronę idziemy? Nie mam pojęcia.
Zresztą, bardzo łatwo jest przed tym wszystkim uciec.
Wystarczy skręcić w stronę città vecchia, Starego Miasta, wspiąć się po stromym zboczu, przekroczyć maleńką piazza – coś na kształt miejskiego ryneczku pełnego sklepów spożywczych i straganów z rupieciami – okrążyć rzymski łuk triumfalny i kilka kościołów, aby dotrzeć na płaski szczyt wzgórza San Giusto, gdzie znajdują się katedra i cytadela. Oto pierwotne centrum miasta, któremu jednak, wedle dawnych bedekerów, nie warto poświęcać zbyt wiele czasu. Okolica sprawia wrażenie sztucznej i wymuszonej, odgórnie zagospodarowanej. Rzymianie zbudowali tu swoje forum, po którym zostały jeszcze poprzenoszone starannie kolumny.



Obok nich widać pomniki wojenne, cmentarze, ogrody pamięci, wystawę zbroi, lapidarium i inne atrakcje w równym stopniu „niezbędne” miastu. Powietrze jest jednak świeże, a wokół roztacza się wspaniały widok; gdy mamy już dość patrzenia (i po kawie wypitej pod gołym niebem na placu katedralnym), postanawiamy ruszyć z powrotem na dół. Przechodzimy obok leżących na zboczu willi, obok rzymskiego łuku, przecinamy mały, cichy plac, mijamy sklepy z badziewiem, zmierzając w stronę położonych niżej ulic, gdzie żyją i pracują mieszkańcy miasta.
Wolę miejski gwar od wycieczki z przewodnikiem. Dlatego włóczymy się bez celu.
Na moje szczęście Triest nie oferuje zbyt wielu oficjalnych atrakcji turystycznych. W 1875 roku, w czasach świetności miasta, brytyjski historyk E. A. Freeman za najbardziej wartą uwagi cechę miasta uznał fakt, że jest położone na drodze do Spalato, gdzie przyszedł na świat cesarz Dioklecjan. Od tego czasu wielu innych wyrażało podobne zdanie. „Typowy podróżnik”, jak zapisano w jednym z przewodników Cook’s Handbook z 1925 roku, „nie zdecydowałby się na długi pobyt w Trieście”. W 1999 pewien amerykański dziennikarz stwierdził, że po pięciu dniach „nie ma tu już co robić”. Czyli naprawdę nie musimy się spieszyć. (…)
Ach, co za życie, co za życie wiedzie się w tutejszych kawiarniach! Przeciągamy się i zamawiamy kolejną kawę.
– Kawa triesteńska – mówi kelner, chwaląc nasz wybór – nie ma sobie równych na całym świecie.
A gdy płacimy rachunek i znów ruszamy w drogę, nad wodę docieramy już po trzydziestu sekundach. Kiedy zacumowany przy kei grecki prom samochodowy buczy swą niską syreną – odpływa o pełnych godzinach, a jest za dziesięć czwarta – czas staje w miejscu. (…) Zatoka rozpościera się przed nami niczym morze nieskończoności. Holownik mąci wodę swą śrubą, niespiesznie sunąc między pomostami. Samotny mężczyzna patrzy na spławik, który ani drgnie. A tam – zobacz, pamiętasz go? – za wodą stoi niewielki biały zamek, sam pośród pustki, pogrążony w głębokim śnie.
* U. Saba, Triest, w: tegoż, Triest i inne wiersze, tłum. J. Mikołajewski, Kraków i in., 2023, s. 28.

Tekst jest fragmentem książki Jan Morris Triest, czyli nigdzie opublikowanej przez Wydawnictwo Czarne.
Tłumaczenie Jarek Westermark
Premiera 25 marca 2026
