Szczęście i pandemia. Numer piąty

11 min. czytania

Znajomy podsyła mi zdjęcia z chorwackiej wyspy Vis. Pływa we wciąż jeszcze ciepłym Adriatyku, brodzi z żoną po płyciźnie. Napawa się pustymi plażami i kombinuje, jak zmienić pracę na zdalną na dwa najbliższe miesiące, żeby cieszyć się do ostatka śródziemnomorską jesienią

Jak mi donosi, we wrześniu na Vis odnotowano jeden przypadek zachorowania na COVID-19. W obliczu zaciskającej się znów pętli epidemii w Europie i dziennej liczbie zachorowań sięgającej u nas już niemal 2.5 tysiąca, te zdjęcia i filmiki zaczynają przypominać kadry z jakiejś innej rzeczywistości.

Podobnego wymiaru nabierają zupełnie jeszcze świeże wspomnienia z północnych Włoch, z których dopiero co wróciłem. W wolnych chwilach odtwarzam w myślach beztroski dzień spędzony na plaży w Grado – letnim kurorcie, który we wrześniu tego roku był już pogrążony w posezonowym spokoju.

Wypożyczone leżaki, pasiasta parasolka nad głową, książka pod ręką i przesuwające się powoli w powietrzu, podczepione pod jedną linkę, latawce oferowane przez krążącego po plaży sprzedawcę.

W ciągu tygodnia podróży po Toskanii (Grado było przystankiem po drodze), krążyliśmy pomiędzy większymi i mniejszymi miastami. Instynktownie korzystaliśmy z pandemicznego okna, które otworzyło się latem i dało przez chwilę odetchnąć przed nasilającą się zarazą. Covid, mimo niemal samych negatywnych aspektów, sprawił, że wiele miejsc zaczęło wyglądać tak, jak powinno. Czyli pustawo.

Wejście do galerii Uffizi we Florencji zazwyczaj wymaga odstania w wielogodzinnych kolejkach. Podobną cierpliwością trzeba było się wykazać, chcąc zobaczyć Dawida Michała Anioła. Przewodniki polecają nawet pobliskie miejsca, w których można dostać jakąś przekąskę, opuszczając na chwilę zaklepane miejsce w kolejce. W tym roku podobna przezorność nie była potrzebna. Wystarczyło po prostu przyjść, założyć na twarz maseczkę i po kilku minutach jedną z najsłynniejszych rzeźb świata mieliśmy przed sobą.

Po sali krążyło może kilkanaście osób. Znudzona strażniczka miała czas na krótkie pogawędki, a w kontemplacji dzieł sztuki nie przeszkadzał napierający tłum z uniesionymi telefonami komórkowymi. Można było przysiąść na ławce i poświęcić temu miejscu tyle chwil, na ile zasługuje. Później podejść, okrążyć Dawida przyglądając się szczegółom, znów usiąść. Patrzeć.

Przy krzywej wieży w Pizie turyści nie tworzą zwartej masy, lecz są pojedynczymi punktami rozrzuconymi na trawniku. W takich warunkach wszystko zaczyna nabierać większego sensu. Ponoć podobnie sprawa wygląda w Watykanie, acz tego osobiście nie sprawdziliśmy. Słyszę jednak, że dawno już nie było tak dobrych warunków, by zadzierając głowę godzinami analizować freski w Kaplicy Sykstyńskiej.

Apetyty na podziwianie dzieł sztuki we względnym spokoju to jedno. Jeszcze ważniejszy zdaje się jednak głód leniwych chwil spędzonych przy restauracyjnym stoliku na otwartym powietrzu.

Przy odrobinie szczęścia w tych sanktuariach życia liczyć można nie tylko na smakowite kąski na talerzach, ale też rozwijający się niespodziewanie spektakl codzienności. Popijając wino w oczekiwaniu na kolację we florenckiej trattorii Marione (nie szukajcie jej pod starym adresem przy Via della Spada, bo przeniosła się do większego lokalu o dwie ulice dalej, na Via delle Belle Donne) obserwowaliśmy z rozbawieniem grupkę mężczyzn w średnim wieku przy stoliku obok, którzy przerywali żywą dyskusję, by skomentować każdą kobietę przechodzącą obok. Patrzyliśmy na taniec doświadczonego kelnera płynnymi ruchami aranżującymi ustawienie stolików, pomagającego wprowadzić do lokalu wózek inwalidzki jednej z klientek i nie zaplątać się w smycz jej psa, równocześnie ruchami ręki rozsadzającego napływających kolejnych gości, a na koniec zapominającego przynieść nam kolejną karafkę wina i szybko tuszującego to uchybienie darmową przystawką.

W międzyczasie pojawiło się dwóch Włochów, z których jeden paradował z papugą na ramieniu. To wzbudziło zainteresowanie siedzącego obok nas starszego Chińczyka, prowokując go do rozpoczęcia dyskusji, a w zasadzie bardziej monologu, toczonego, nie wiedzieć do końca czemu, po francusku.

Ciepły wieczór, grupka włoskich kobieciarzy, Chińczyk mówiący po francusku, mężczyzna z papugą, wino, żartujący kelner. Niby nic specjalnego, ale to właśnie jest materia, z której utkane są podróże i z których splecione jest życie.

I to właśnie dla takich okruchów warto przecież wędrować. Wychodzić z domu, podróżować. Czyż nie takie chwile czynią nas tak naprawdę szczęśliwymi? (a tak, jedzenie też było świetne).

Temat szczęścia pojawia się na łamach nowego numeru Travel Magazine. O jego poszukiwaniu – w podróży, ale też w życiu – Ania Janowska rozmawia z reporterką i pisarką Katarzyną Boni. Nie sposób jednak ignorować pandemii, wpływającej wciąż na nasze życie. Mamy więc dwa teksty ściśle związane z obecną sytuacją. Ania w kolejnym materiale tego numeru dzieli się z refleksjami dotyczącymi podróżowania samolotem w obliczu COVID-19. Paulina Pinkowska przygotowała dla nas korespondencję z Meksyku. Jak za oceanem radzą sobie z epidemią. Dowiecie się z tekstu.

Nasz fotoreporter, Konrad Żelazowski, przybliża natomiast odległy region Kaukazu – gruzińską Swanetię. Obiektyw aparatu skierował na słynne kamienne wieże, które – jak twierdzą przewodniki – były schronieniem dla osób ukrywających się przed honorową zemstą rodową. Czy rzeczywiście? Okazuje się, że sprawa nie jest wcale taka oczywista.

Piotr Milewski podpowiada natomiast, jak nauczyć się języka japońskiego. Japonia pojawia się też w naszym dziale Kultura. Przybliżamy w nim pozycję, będącą ciekawym połączeniem przewodnika turystycznego z albumem.

Krystyna Romanowska wybrała się do Słowenii, szukając tam wspomnień ze swojego dzieciństwa. Psychoterapeutka, Marlena Kazoń, zastanawia się nad kryzysami w związkach spowodowanych częstymi wyjazdami jednego z partnerów. Smakoszy powinien natomiast zainteresować materiał o “winie-nie-winie”, czyli pewnym alkoholowym produkcie pojawiającym się sezonowo zaledwie w kilku krajach Europy.

W tym miesiącu ruszamy też z nowym cyklem. “Pokój z widokiem” to próba spojrzenia na świat z okna hotelu lub innego miejsca noclegowego.

Jako miłośnicy uważnego podróżowania, zachęcamy do wnikliwego spojrzenia na najbliższe otoczenie. Wydawać by się mogło, że pokój hotelowy to tylko łóżko i punkt do przenocowania. Jednak ukryci w nim przed spojrzeniami innych, możemy bez trudu przyglądać się życiu miasta, w którym akurat się znajdujemy. Ten ograniczony wycinek rzeczywistości okazuje się nagle pełen szczegółów. Dźwięków, zapachów, historii i opowieści. Trochę innych rano, innych wieczorem.

Jeżeli jednak z obawy przed pandemią nigdzie się na razie nie wybieracie, możecie jako “pokój z widokiem” potraktować okno własnego mieszkania. Podróż nie jest przecież przemieszczaniem się w przestrzeni, ale po prostu uważnym jej przyglądaniem się.

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.