„Małe preludia” – recenzja

3 października, 2026
przeczytasz w mniej niż 3 min.

Mała wielka książka

Lapidarność książki Heleny Garner jest równie zdumiewająca, co budząca podziw. Australijska pisarka w napisanej w 1984 roku powieści osiąga szczyt minimalizmu, jakimś niesamowitym instynktem pisarskim wyczuwając, jak daleko można posunąć się w okrajaniu tekstu, by pozostał on czytelny, ale zyskał wyjątkową siłę. Każde zdanie jest tu ustawione idealnie, sprawiając wrażenie, że jakikolwiek jego ruch doprowadziłby do zawalenia się całej konstrukcji.

Jak pisze we wstępie Ben Lerner, fabuła książki Garner jest w zasadzie szczątkowa:

Kochający się małżonkowie Athena i Dexter, których łączy nie tyle szczególna namiętność, ile opieka nad dziećmi (…), przeżywają kryzys, gdy w ich życie ponownie wkracza Elizabeth, niegdysiejsza przyjaciółka i dziewczyna Dextera. Elizabeth poza swoją młodszą siostrą Vicky sprowadza na rodzinną orbitę Atheny i Dextera swojego kochanka Philipa, co na wiele sposobów destabilizuje sytuację w domu Foxów. 

W tej prostocie Garner udało się jednak zmieścić dramaty przynajmniej kilku postaci i oddać świat, w którym dostęp do źródeł decyzji innych osób oraz ich uczuć i emocji jest skrajnie utrudniony. „Małe preludia” są nie tyle historią o kryzysie małżeńskim, co opowieścią o niemożności dotarcia do innych. O nieprzenikalności do wnętrza nawet najbliższych ludzi. Pisarkę interesuje też kwestia przeznaczenia, ważkości decyzji oraz niekończące się próby znalezienia swojego miejsca w życiu. A także znaczenie przeszłości, która w każdej chwili może ponownie wtargnąć w codzienność, przenicowując ją na drugą stronę.

„Małe preludia” – recenzja

Bohaterowie Garner bywają irytujący, popełniają mniejsze i większe błędy, żyją w nieświadomości lub zaślepieniu i ranią innych. Pisarka przedstawia ich chłodnym okiem, ale nigdy ich nie ocenia. W „Małych preludiach” nie ma nawet odrobiny moralizatorstwa czy tonu edukacyjnego. Garner pozostaje obserwatorką, unikając jakiegokolwiek wartościowania. 

To wycofanie się nie przeszkadza jej jednak w tworzeniu wyjątkowo wyrazistych postaci, pełnych sprzeczności i dylematów. Być może to zasługa pilnego obserwowania rzeczywistości, Garner od młodych lat prowadziła dzienniki, w których opisywała zdarzenia oraz spotykanych ludzi. Jak przyznaje w wywiadach, tworząc fikcyjnych bohaterów powieści, korzystała z tych zapisków i wzorowała się na rzeczywistych postaciach. W „Małych preludiach” udowadnia, że ma wyjątkowy zmysł obserwacji oraz niegasnącą ciekawość świata. A to przecież jedne z ważniejszych atrybutów dobrego pisarza i pisarki.

Odwaga pisania wbrew zasadom

Garner omija szerokim łukiem wszelkie literackie konwencje i porady dotyczącej tego, jak powinna wyglądać porządna proza. Przeskakuje swobodnie w czasie, co rusz, czasem dosłownie co kilka zdań zmienia postać narratora. Nie tworzy jednego czy dwóch głównych bohaterów, lecz niemal wszystkim postaciom oddaje tyle samo przestrzeni. Zagęszcza informacje tak mocno, że czytelnik zmuszony jest do bardzo uważnej lektury, chwila rozkojarzenia skutkuje momentalnie przegapieniem istotnych zdarzeń. Chwilami całość przypomina nie tyle linearną narrację, co dość swobodne zestawienie obrazów, rozmów i myśli. A mimo to wszystko ze sobą współgra, tworząc przejmującą opowieść o przewrotności losu, niespełnionych marzeniach, poszukiwaniu szczęścia i płynnych granicach moralności.

—

Helen Garner, „Małe Preludia”, Wydawnictwo Cyranka, 2023

Travel Magazine

Travel Magazine

Travel Magazine to kreatywny i kulturalny magazyn o świecie. Podróżowanie jest jedną z form opowiadania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

To też ciekawe