łodzie w porcie jachtowym w Neapolu

Tym razem zwiedzamy tylko pizzerie. Wracamy do Neapolu

Początek
przeczytasz w mniej niż 16 min.

Na drugim wyjeździe w to samo miejsce już nic nie musisz i wszystko możesz. Atrakcje zwiedzone, zdjęcia porobione. Wolno robić te naprawdę przyjemne rzeczy. A w przypadku Neapolu przede wszystkim jeść

Fot. Michał Głombiowski

Kilka lat temu popularnym prezentem dla podróżnika stała się mapka-zdrapka. Patent na nią jest prosty. Mapę świata lub Europy pokrywa się lśniącą warstwą w kolorze czarnym z konturami państw. Delikatnie poskrobana, odpada. Jak na loteriach. Tylko pod spodem, zamiast nagrody, jest druga kolorowa warstwa. Odwiedzone i zdrapane kraje odróżniają się od ciemnej reszty świata, która pozostaje “niezbadana”.

Korzystanie z tego gadżetu rodzi kilka wątpliwości. Bo na przykład, jeśli pojechałem kiedyś na kilka dni do w Helsinek, to miałbym zdrapać całą Finlandię? Aż po samą północ, gdzie są te stada reniferów i zorze polarne? Nigdy nie widziałem dzikiego renifera. Zorzy też nie. Abstrahując od samej mapki, to podobny dylemat miewam i bez niej – czy mogę mówić, że znam jakiś kraj, jeśli spędziłem tylko kilka dni w jednym mieście?

Mapka nam tego nie powie, bo jej zadanie jest inne: pokazywać, jak dużo terenu zostało do zdrapania. To tam powinniśmy skierować swoje kroki. Planować wyprawy w nowe, coraz dalsze miejsca. Mnóstwo razy spotykałem podróżnych przekonanych, że muszą na krótkiej wycieczce zobaczyć, ile się da, bo już tu nigdy więcej nie przyjadą, ponieważ tyle innych miejsc czeka. Przyznaję, mi się nie raz taki tryb “odhaczania” włączał. Z czasem nauczyłem się go rozpoznawać i hamować. Bywa, że celowo odkładam niektóre atrakcje na kolejne wizyty. A te, choć nie pozwalają zdrapać nowych miejsc i nie podbijają licznika zwiedzonych krajów, mają zwykle więcej walorów poznawczych od pierwszych razów.  

Najmocniej doświadczyłem tego, zaglądając dwukrotnie do Neapolu. Przy pierwszym podejściu po to, by napisać artykuł. Z drugim razem z synem, na małą lekcję historii i wielkie obżarstwo.

Neapol. Lepiej już było

Neapol to takie miasto antykwariat, mimo że jego nazwa pochodzi od neo polis – nowe miasto. Nadali mu ją dwadzieścia siedem wieków temu greccy koloniści, którzy przenieśli się z jednej wysp wokół zatoki na stały ląd. Miasto przez kilka stuleci było stolicą królestwa obejmującego południowy koniec włoskiego buta i Sycylię. W momencie zjednoczenia półwyspu w 1861 r. było największym miastem Włoch. I jednym z najbogatszych.  

Od tej pory władza i bogactwo umknęły na północ kraju. Południe popadało w zastój. Kiedy chodzi się po tych starych ulicach i patrzy na barokowe pałace, kościoły, starówkę wpisaną na listę UNESCO, trudno oprzeć się wrażeniu, że lepiej to już było. Mury od góry do dołu zabazgrane graffiti. Kamienice zasłonięte sznurami prania. Nic dziwnego – kiedy metropolie Europy szybko wkraczały w nowoczesność, tutaj latami zmagano się z kiepską infrastrukturą sanitarną, korupcją i przestępczością.

To wszystko przez wulkan  

Stąd też liczne grono osób odwiedzających Neapol nie jest nim specjalnie zachwycone, delikatnie rzecz ujmując. Przed powtórnym przyjazdem chciałem synowi pokazać nieco swoich zdjęć i miałem problem z wybraniem kilku ładnych insta-fotek. Bo Neapol to nie jest łatwe miasto do fotografowania. Ani też łatwe do zwiedzania. Do mieszkania zresztą też nie najlepiej się nadaje. W niedawnym rankingu najlepszych włoskich miast do życia zajął drugie miejsce… od końca.  

Niektórzy mówią, że to wszystko przez wulkan. To on miałby, przynajmniej według przewodników, być odpowiedzialny za temperament i beztroskę mieszkańców. Wezuwiusz wybucha raz na kilkadziesiąt lat, ale może to zrobić w każdej chwili. Wiedząc to, nie ma co się przywiązywać, trzeba cieszyć tym, co jest – wyjaśniają. W razie czego zawsze można liczyć na cud. W końcu patronem miasta jest święty January. To męczennik z początków chrześcijaństwa, pochowany tu w katedrze, ale jakby nie do końca umarły. Co kilka miesięcy odbywa się tak zwany „cud św. Januarego”. Jego krew jest niesiona ulicami przez kapłanów w szklanej ampułce. Na oczach całego Neapolu ze stanu zakrzepłego zmienia się na powrót w płynny.

Gdy o tym przeczytałem, przestały dziwić mnie uliczne kapliczki w każdym zaułku. Zwykle przedstawiają Matkę Boską lub Ojca Pio, ale jest tam też mnóstwo zdjątek i dziwnych ozdób. Idą w mroczny pogański synkretyzm. Jakby nie służyły do modlitwy, tylko miały odczyniać uroki i przepędzać złe moce.

Z listą miejsc do odhaczenia

Pamiętam, że w relacji do gazety starałem się przemycić jak najwięcej tej mrocznej magii miasta, ale cóż – formuła zakładała, że zarekomenduję jak najwięcej atrakcji do zobaczenia, więc wspólnie z kolegą fotografem obejrzeliśmy trzy zamki, masę kościołów, muzeum, gdzie trzymają skarby z Pompei, podziemną trasę turystyczną, a w poszukiwania fotogenicznego jedzenia krążyliśmy po bazarach i zaglądaliśmy do polecanych pizzerii. Prawie godzinę czekaliśmy na wolny stolik przed najsłynniejszą z nich, czyli Antica da Michele, choć w ogromnej kolejce byli raczej turyści niż mieszkańcy – trafiają w ślad z Julią Roberts, która jadła tu pizzę w filmie “Jedz. Módl się. Kochaj”.

A jako że centrum nie ma pocztówkowo ładnego nabrzeża, w poszukiwaniu dobrych zdjęć i aktywnych atrakcji wybraliśmy się do dzielnicy Posillipo – na wycieczkę kajakiem po morzu. To nie tylko okazja, by zobaczyć Neapol z nowej perspektywy i przekonać się, że – jak na miasto w starym stylu przystało – bogate, willowe Posillipo i brudne, szemrane centrum różnią się od siebie jak dzień i noc. To także podziwianie starożytnej architektury, która znalazła się pod wodą. W jednej z zatok wpłynęliśmy prosto do domu rzymskiego arystokraty. Strop już dawno się zawalił, ale wciąż bez trudu można ustalić, gdzie była kuchnia, a gdzie salon. Świetne sprawa, choć na prawdziwe zabytki klasy zerowej, czyli ruiny zasypanych przez pyły wulkaniczne Pompei, zabrakło już czasu.

Gdzie jest najlepsza pizza w Neapolu?

Pompeje poszły więc na pierwszy ogień trzy lata później. Wróciłem do Neapolu z synem, który akurat niedawno założył pierwszy zeszyt do historii i zapisał w nim parę słów obcego pochodzenia: faraon, cesarz, polis, forum, imperium. Chociaż bardziej od bitew i władców interesowało go to, że ludzie wtedy nie znali okien z szybami ani wody w kranie. Ani prądu, czyli światła, lodówek, telefonów, metra. Ale chodzili do teatru i na bazarku kupowali towary z odległych prowincji. A wodę do fontanny w domowym atrium mieli doprowadzoną akweduktem. W Pompejach można sobie obejrzeć to wszystko, a nawet sprawdzić, jakie wzory tapet w salonie były na topie za rządów Tytusa Flawiusza.

Ale kiedy już się naoglądaliśmy starożytności, podjechaliśmy do Sorrento popatrzeć na morze i zjeść pizzę. Była średnia. To znaczy średnia jak na południowe Włochy, bo gdyby u nas taką zaserwowali, lokal zaraz stałby się legendarny. Ale naprawdę doskonałą pizzę dostanie się w szemranych zaułkach Neapolu, gdzie stołują się mieszkańcy i trudno o wolny stolik.

Najlepsza pizza, jaką znaleźliśmy, była nie w obleganej Antica da Michele, ale w Pizzeria Pavia. Jak zobaczyłem, że margherita jest tam po 3 euro, wiedziałem już, że będzie dobrze. Podczas pierwszego pobytu Neapolu Roberto, który oprowadza wycieczki po centrum, powiedział mi, że najlepsze jedzenie w Neapolu, to te najtańsze. Proste dania dla ludzi z najbliższych kamienic, którzy w razie spadku formy kucharza mogą łatwo przerzucić sympatię na inną knajpę za rogiem. Pavia nie była żadnym lokalem z top listy Tripadvisora. W środku też było identycznie jak w innych pizzeriach, do których zaglądaliśmy przez okno, zanim jeszcze zgłodnieliśmy: stoliki małe, na ścianach kiczowate zdjęcia, klienci w każdym wieku, ciasno, głośno. Słowem: Neapol.

Druga strona Włoch

W języku polskim Włochy występują w liczbie mnogiej, w oryginale Italia jest kobietą, ale mi ten kraj zawsze kojarzy się ze sprytnym typem. Takim, co wie, jak zrobić wrażenie. Kiedy trzeba, ma nienaganne maniery. Wyprasuje najlepszą koszulę i choć przyjdzie na spotkanie spóźniony, zaraz rozbroi wszystkich uśmiechem. Będzie znał się na winie, samochodach, teatrze – na każdy temat znajdzie mnóstwo historii do opowiedzenia. Do tego dorzuci poczucie humoru i grę na gitarze. Kobiety będą go uwielbiały.

Tak przebiega spotkanie z Włochami na północy kraju albo w Rzymie. Kiedy zaś jedziesz na południe kraju – na Sycylię, do Apulii, albo do Neapolu – czujesz się, jakbyś odwiedzał tego czarującego przyjaciela w domu. Okazuje się wtedy, że nie ma on ferrari, tylko jeździ na motorze. I nie mieszka w starym pałacyku, tylko w sypiącej się kamienicy. Czwarte piętro bez windy, na klatce jest ciemno i walają się śmieci. U niego w domu też bałagan, on sam otwiera nieogolony, w dresie i koszulce SSC Napoli, trochę skacowany.

Ale gdy już sądzisz, że cały czar prysł, on zupełnie szczerze cieszy się, że ma gościa i znowu zaczyna żartować. A potem wyciąga z lodówki wczorajsze spaghetti i świeże pomarańcze. Prowizoryczne śniadanie smakuje lepiej, niż wszystko co w swoim życiu jadłeś. Przynajmniej, dopóki nie zrobi dla ciebie pizzy. Pójdziecie wcześniej razem po pomidory z bazaru. Potrwa to z godzinę, bo po drodze przybijecie piątkę kilkunastu jego ziomkom z okolicy. Połowa z nich wpadnie wieczorem na pizzę i zostanie do późna. Znów będzie gitara i wino, nikt z sąsiadów nie przyjdzie ze skargą, że jest za głośno.

Tak wygląda – czasem dosłownie, czasem metaforycznie – drugi wyjazd w miejsce, które niby już znasz, bo już je wcześniej kilka dni zwiedziłeś i zobaczyłeś “wszystko”. Spróbujcie, fajnie jest nie ganiać tylko od kościoła do zamku, za to codziennie jeść pizzę!

Grzegorz Dzięgielewski

Przez kilka lat dziennikarz w magazynie "Podróże", a obecnie absolwent marketingu miejsc, adept futurologii i dystrybutor intrygujących treści PR-owych o startupach. Podróżuje coraz mniej intensywnie, za to z coraz większą fantazją. Zwykle włóczy się po Bałkanach, ale kiedyś chciałby wyruszyć daleko w Przyszłość.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.