Zanim wprowadzą paszporty szczepionkowe

6 min. czytania

Jeżeli wybierasz się do Niemiec, Szwajcarii lub Francji, przeczytaj ten tekst. Sprawdzamy, jak podróżuje się przed wprowadzeniem certyfikatów szczepionkowych

Pierwszą część relacji z podróży Anny Janowskiej możesz przeczytać tutaj.

W Niemczech w powietrzu – i w przepisach – czuć jeszcze pandemiczny stres. Gdy zatrzymujemy się na stacji benzynowej wszyscy wokół, bez wyjątku, chowają nos i usta za białymi dziubkami masek pph2. Jednak większość przechodniów na ulicach już ich nie nosi. Co wolno, a czego nie, ustalane jest zarówno na poziomie krajowym, jak i poszczególnych landów. Niemcy skreśliły właśnie Polskę z listy krajów podwyższonego ryzyka. Teoretycznie od 30 maja, a w praktyce od 8 czerwca, będzie można wjechać bez rejestrowania się i obowiązkowej, 10-dniowej kwarantanny na dzień dobry (skraca ją negatywny wynik testu, a zwalnia z niej szczepienie, lub udokumentowane przechorowanie COVID-19). Jednak póki co, by kwarantanny uniknąć, mkniemy przez Niemcy tranzytem. Najkrótszą drogą, bez możliwości noclegu i zatrzymując się wyłącznie na stacjach benzynowych.

Zjeść możemy kanapki lub burgera zamówionego w okienku drive-thru. Ale że to piąta godzina jazdy non stop, aż się prosi, żeby choć na chwilę wysiąść z samochodu. Natrafiamy na otwarty ogródek McDonalda przy autostradzie. Przed wejściem kolejka, bo do środka wpuszczane jest na raz tylko pięć osób.

Każdy kto chce zjeść na miejscu musi wypełnić formularz lokalizacyjny. Wyraźnie i drukowanymi literami.

Na niemiecko-szwajcarskiej granicy, w drive-thru, kupujemy za 40 franków winietę pozwalającą przez rok korzystać z autostrad, i oddychamy z ulgą. Szwajcaria już 20 maja zniosła obowiązek kwarantanny dla podróżnych z Polski, skreślając nas z listy krajów wysokiego ryzyka. Można tu bez problemu przenocować, rozsiąść się na otwartych tarasach restauracji, czy ruszyć na wędrówkę i nie stresować się godziną policyjną. Maski nosi się w pomieszczeniach, a na ulicy Szwajcarzy automatycznym ruchem ręki,  zakładają je tylko tam, gdzie tłum przechodniów gęstnieje – chociażby na niedzielnym targu ulicznym. Więcej na www.MojaSzwajcaria.pl

Plaża nad Jeziorem Genewskim wygląda tak, jak przed pandemią.

Na ręcznikach i kocach rozłożonych na trawie Szwajcarzy łapią pierwsze, ciepłe promienie słońca w tym roku. Tutaj też, jak w piosence Maanamu, to był „wyjątkowo zimny maj”. Na tarasach restauracji tłoczno, na rynku gwarno, zostałoby się dłużej, no ale ograniczają nas pandemiczne reguły gry.

Do Francji musimy wjechać, ba, dotrzeć na miejsce przed godziną 21-ą. Wtedy to zaczyna się godzina policyjna. A wraz z nią zakaz przemieszczania się (9 czerwca godzina policyjna zostanie przesunięta na 23-ią, a 30 czerwca zniesiona). I jeszcze musimy zdążyć przekroczyć granicę, zanim wygaśnie ważność testu PCR na COVID-19. Mamy na to 72 godziny od momentu pobrania próbki w Warszawie. Wypełniamy więc online obowiązkowe formularze rejestracyjne, deklarujemy, że mamy negatywny wynik testu, zapisujemy w pamięci telefonu kody QR i ruszamy.

Na ogromnym i na ogół zatłoczonym przejściu granicznym pod Genewą tłumów nie ma, kolejki do kontroli brak, samej kontroli również.

Może ktoś tam się nam przygląda przez wszechobecne kamery, ale pogranicznika nie widzę, nie mamy się więc przed kim pochwalić naszymi negatywnymi wynikami testów ani kodami QR. Ale takie to już kulawe szczęście, że jak się wszystkie papiery ma w kieszeni, to nie kontrolują, a jak się papierów nie ma to się wpada wprost na patrol nawet i w najrzadziej uczęszczanym miejscu.

Zdążyliśmy w sam raz, żeby zjeść kolację w ogródku bistro (sale wewnętrzne restauracji zostaną otwarte od 9 czerwca). I tak, postpandemiczna epopeja podróżna dobiega końca. Dawno już przekraczanie granic wewnątrz strefy Schengen nie było tak – ujmijmy to wprost – upierdliwe. Jedno jest pewne. Nawet ten, kto do paszportów covidowych nie jest przekonany, po takiej wyprawie będzie czekał na nie z utęsknieniem. Ja już doczekać się nie mogę.

Anna Janowska

Dziennikarka, autorka książki Monsun przychodzi dwa razy. Podróż szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar. W Pani i Travelerze pisze o podróżach, w Label Magazine o designie. Jej konik to wywiady - dla miesięcznika Zwierciadło rozmawiała min.: z Brigitte Bardot, Yotamem Ottolenghim, Elizabeth Gilbert czy Mariną Abramowić.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.