Peru nie bez powodu uchodzi za kulinarny raj
Fot. Aleksander Szojer
W świetnym humorze, po szklance sour pisco – mojego ulubionego drinka – pochyleni nad grubym drewnianym stołem, mieszamy w ceramicznych miseczkach ziarna kukurydzy, kawałki soczystego mango z surowym pstrągiem wcześniej skąpanym w soku limonki. Za chwilę zjemy ceviche w jednym z najwspanialszych w życiu wydań. Delikatne kawałki ryby zestawione z cytrusem doprawionym chilli, kolendrą i piórkami łagodnej cebuli oddają hołd kuchni peruwiańskiej, której wyjątkowość potwierdziło UNESCO, dodając ją niedawno do swojej Listy Światowego Dziedzictwa. Po chwili rozkoszujemy się też paprykami zapiekanymi z aromatycznym serem wprost z bazaru w Cusco.
Peru nie bez powodu uchodzi za kulinarny raj. Korzystając z położenia w kilku strefach klimatycznych, żyzne gleby kraju rodzą niezwykłe bogactwo produktów rolnych przez cały rok. Z nich zaś Peruwiańczycy tworzą dania mieniące się wszystkimi możliwymi smakami, zachwycające świeżością.
Do gastronomicznego zróżnicowania przyczyniły się też kultury, które tutaj znalazły tutaj swój dom. Począwszy od pierwotnych mieszkańców tych ziem, przez hiszpańskich najeźdźców, oraz włoskich, chińskich i japońskich imigrantów. Wszyscy wnieśli wkład do rozwoju jednej z najbardziej urozmaiconej kuchni świata. Obok pieczonych w głębokim tłuszczu churros, znajdziemy w niej zatem surową rybę. Zapiekane z serem na włoski styl papryki towarzyszą smażonej na otwartym ogniu wołowinie. Prekolumbijskie wątróbki z grilla zagryziemy sałatką z awokado i pomidorów koktajlowych.

Przystanek pierwszy: street-food Limy
Podobnie jak większość turystów przybywających do Peru drogą lotniczą, naszą peruwiańską trasę rozpoczynamy w Limie. Mając napięty do granic rozsądku plan podróży, na to miasto pozostawiamy sobie poranek i jedno popołudnie tuż przed wylotem. W drodze z lotniska zachwycamy się obsadzonymi palmami szerokimi alejami, prowadzącymi wzdłuż oceanu.
Ze względu na pośpiech nie poznamy limskich restauracji, które zalicza się do najlepszych na świecie. Przekonujemy się jednak, że nawet najprostsze jedzenie uliczne w tym kraju smakuje wyśmienicie. Dając się wodzić naszym nosom, tuż obok hotelu decydujemy się na opiekające się w ogniu przenośnego grilla szaszłyki anticuchos. Cienko skrojone wołowe wątróbki marynowane w aromatycznej zaprawie z papryczek chilli podane są z gotowanymi ziemniakami. Gorące, prosto z ognia, maczane w lekko ostrej salsie, smakują tak dobrze, że wracamy po dwie dokładki. Choć już niegłodni, z ciekawości próbujemy jeszcze picarones – pączków w kształcie obwarzanków, które spoglądają na nas z obwoźnego wózka na skrzyżowaniu ulic. Świeżo smażone, przypominają pulchne pączki mojej babci.
Przystanek drugi: owoce morza

Przemieszczając się wygodnym peruwiańskim autokarem na południe, z niepokojem obserwujemy, jak słynna mgła garúa pochłania krajobraz, którym jeszcze przed chwilą się zachwycaliśmy. Czy nasza wyprawa do rytów Nazca ma sens? Wysiadamy w niewielkiej osadzie nadmorskiej Paracas. W cichym porcie rezerwujemy wypad na tutejsze wyspy oraz do nadmorskiego parku narodowego. W garkuchni pałaszujemy nasze pierwsze ceviche podane z sosem z żółtej papryki. Nie jest źle. Ale na gastronomiczne wrażenia warte atramentu zaczekamy do jutra.
Skoro świt wypływamy z rzeszą turystów podziwiać wygrzewające się w słońcu morskie lwy oraz nieliczne o tej porze roku pingwiny peruwiańskiego Galapagos. Największą atrakcją okazuje się jednak wyprawa samochodem przez bezdroża Parku Narodowego Paracas. Intensywnie złote piaski kończą się opadającymi do oceanu klifami rzeźbiąc niezwykły krajobraz, od którego nie możemy oderwać oczu. W ich cieniu decyduję się na kąpiel w lodowatych falach Pacyfiku. Niedługo potem zziębnięte ciało ogrzewam szklaneczką pisco sour z marakują. Ten zwodniczo lekki drink, który mogę pić bez końca, szybko uderza do głowy. W błogim stanie pałaszuję świetną aromatyczną zupę rybną – esencjonalny wywar z owoców morza z kawałkami ryby, kalmarów i krewetek. Rozkosz potęgują dorodne małże zapiekane z łagodnym serem. Niewielka restauracja z widokiem na ocean ląduje na naszej liście miejsc godnych powrotu.
Rysunki na ziemi
Wieczorem docieramy do Nazca. Niezbyt urodziwa miejscowość zdobyła sławę dzięki pustynnym rysunkom odkrytym na początku XX wieku. Linie, wyrysowane na twardej glebie (poprzez odsunięcie z powierzchni czerwonego żwiru i odsłonięcie jaśniejszej ziemi), układają się w kształty małp, orłów, wielorybów i innych figur o atrakcyjnym dziś geometrycznym sznycie.
Widziane z okien maleńkiej cessny, intrygują precyzją i prowokują do zadumy: kto i po co je stworzył? Nam dostarczają głównie wrażeń estetycznych i dopiero wizyta w nieodległej piramidzie oraz nekropolii starożytnej kultury Nazca odsłaniają przed nami choć trochę historii tej części świata. Geoglify powstawały między 300 r. p.n.e. a 900 r. n.e. Naukowcy wciąż jednak spierają się o ich znaczenie. Być może były wyrazem działań artystycznych lub miały wartość religijną. Mogły też wyznaczać źródła wody lub być gwiezdnym kalendarzem. Ponieważ wzory widoczne są tylko z dużej wysokości, nie mogło też zabraknąć teorii – tym razem już nie naukowych – że wyznaczały one miejsce lądowania dla przedstawicieli pozaziemskiej cywilizacji.

Przystanek trzeci: Świnka morska w Arequpie
W naszym szalonym Tour de Peru, następnego poranka budzimy się na dworcu autobusowym Arequipy. W tym słynącym z kolonialnej architektury mieście otoczonym wulkanami pozostaniemy jedynie na jedną noc, czego później żałujemy.
Brukowana droga prowadzi nas do hotelu w stylu kolonialnym – prawdziwej perełki na naszym szlaku. Z tarasu na dachu podziwiamy panoramę wulkanicznych stożków otaczających miasto. Na kryształowo czystym niebie pięcio- i sześciotysięczniki prezentują się imponująco. Dlaczego nie zaplanowaliśmy trekkingu?
Niewyspani szybko głodniejemy i uliczkami przypominającymi hiszpańską Cordobę czy Sewillę, kierujemy w stronę Plaza de Armas. Główny plac miasta tętni życiem. Filigranowe krużganki białych kamienic tworzą tło dla życia toczącego się w cieniu wiekowych palm. Matki odpoczywają na ławkach, patrząc na bawiące się w fontannach dzieci. Staruszkowie bez pośpiechu delektują się papierosem. Uśmiechnięte sprzedawczynie zachęcają do spróbowania queso helado – mlecznych lodów o posmaku cynamonu i goździków.
Peru, co zjeść? Może świnkę morską?
Zachęceni przez rezolutną kelnerkę, pniemy się skrzypiącymi drewnianymi schodami na piętro jednej z restauracji. Widok na miejski skwer z balkonu wystarczałby za posiłek, ale zdezorientowane jetlagiem kiszki marsza grają. Chcę spróbować morskiej świnki, z której przygotowania to miasto ponoć słynie. Na razie jednak, z menu „La Chomba Arequipeña” wybieramy uchodzące za dania lokalne zupę z krewetek chupe de camarones oraz adobo arequipeño – gulasz wieprzowy. Oba specjały są pikantne, aromatyczne. Łechcą wzrok apetycznym kolorem czerwieni, a zimna lemoniada z limonki tylko podkręca smak. Świeżym chlebem czyścimy talerze i popijając kawę delektujemy się spektaklem miejskiego życia.
Moglibyśmy tak bez końca, ale wzywają sławne zabytki miasta. Spośród wielu decydujemy się na klasztor świętej Cataliny, czyli Katarzyny. Błękitne i amarantowe zaułki tego miasta w mieście zamieszkałego kiedyś wyłącznie przez kobiety zasługują na odrębny artykuł. W pamięci pozostają migawki wibrujących barw i obraz kolibra spijającego nektar z kwiatu hibiskusa na jednym z dziedzińców konwentu. Na chwilę wpadamy jeszcze do świętego Franciszka, kolejnego klasztoru, z którego wieży roztacza się panorama na miasto. Stąd spieszymy na targ, by przed jego zamknięciem posmakować słynnej lecho sandwich – kanapki z wieprzową pieczenią krojoną w cienkie plastry. Naszym rozanielonym twarzom przytakują lokalni mieszkańcy, objadający się pajdami z mięsiwem na drewnianej ławeczce tuż obok nas.
Choć już wcale niegłodni, wieczorem wybieramy się na reklamowane przysmaki: morską świnkę i stek z alpaki. Przełamując dozę wstrętu, kroję rozłożonego na talerzu udomowionego futrzaka, który w peruwiańskich domostwach funkcjonuje jak kiedyś u nas króliki – sympatyczne dla oka i miłe dla podniebienia. Trochę mi żal decyzji, bo jego chrupiąca skórka przypomina wieprzowe skwarki, a mięso ma dość intensywny posmak, który nie przypada mi do gustu. Nie zachwyca nas też alpacza pieczeń, uświadamiając nam, że podążanie za gastronomiczną sensacją nie zawsze się opłaca.

Przystanek czwarty: Pstrągi z Titikaka
Titikaka. Czy można wyobrazić sobie bardziej atrakcyjną nazwę geograficzną? Przywodzi na myśl przygodę, tajemnicę, świat odległy i pociągający. Wędrując po Peru, nie sposób pominąć tego ogromnego akwenu słodkiej wody na wysokości 3800 metrów. Jego rozległe lustro podziwiamy w trakcie końcowej części naszej podróży z oszałamiającego kanionu Colca, gdzie jeszcze rano obserwowaliśmy kondory podczas ich śniadaniowego żeru. Ogromny, potężny, oszałamiający – lista określeń peruwiańskich widoków tchnie grafomanią. Co poradzić, kiedy na każdym kroku spotykają nas krajobrazy, dla których skali i piękna brakuje odpowiednio wielkich słów.
Z zadumy wyrywa nas brzydota Puno – miasta na brzegu Titikaka, które nie mogło bardziej odbiegać od naszych wyobrażeń kurortu. Kiedy jednak wypływamy na błękitny, wielki niczym morze akwen, odurzeni niedoborem tlenu na tej wysokości, popadamy w medytacyjny letarg, który mógłby się nie kończyć. Przerywa go dotarcie do Wyspy Słońca, gdzie witają nas folkowe tańce w barwnych strojach. „Cepelia” nie wadzi nam zupełnie. Wraz z innymi turystami dołączam do pląsów tancerzy, dając się pochłonąć ich energii. Wśród tropikalnych kwiatów o intensywności polaroidowych zdjęć idziemy do niewielkiej restauracji, gdzie na tarasie podają nam pstrąga. Ryba, na którą w Europie nie zwracamy większej uwagi, tu zachwyca delikatnością i świeżością, przypominając smażoną w maśle solę. Odtąd stanie się naszym ulubionym peruwiańskim daniem.
Przystanek piąty: boliwijskie smakołyki
Podążając dobrze utartym backpackerskim szlakiem, w ciągu kolejnych czterech dni podróży chłoniemy surowe piękno boliwijskich solnisk Uyuni. Kiedy wracamy z nich nocnym autokarem do La Paz, nasze głowy pełne są pejzaży solnej równiny i wyrastającego pośród niej kaktusowego lasu, stawów pełnych flamingów, wzgórz mieniących się kolorami tęczy. Wracamy do rozpostartego na zboczach Kordylierów La Paz. Choć niewyspani i otumanieni wysokością, do której przynajmniej ja wciąż nie mogę się przyzwyczaić, chłoniemy barwy uliczek najwyżej położonej stolicy świata. Wiejskie kobiety w swoich barwnych spódnicach i w melonikach na głowach sprzedają liście koki. Na tle kolonialnej architektury żołnierze odbywają poranną odprawę, by odmaszerować do pilnowania porządku miasta, gdzie protesty są chlebem powszednim. Resztkami porannych sił pniemy się jeszcze do sklepów znachorek, sprzedających zioła na wszelkie dolegliwości i płody lam chroniące ponoć przed złośliwościami losu.
Oszołomieni, dosłownie i w przenośni, klimatem tutejszych ulic docieramy na śniadanie do „Angelo Colonial”. Filmowo piękne kolonialne wnętrze współgra z uśmiechem kelnerki, która niczym czarodziejka przynosi nam polecany śniadaniowy smakołyk. Aromatyczny bulion sączy się po naszych palcach, kiedy chciwie przegryzamy salteñas – nadziewane mięsnym farszem rożki ze słodkiego ciasta. Popijamy je orzeźwiającym sokiem z kwaśnych pomarańczy. Zamawiamy jeszcze humintę. Po odwinięciu rożka z zarumienionej osłonki z liści kukurydzy wyłania się delikatny miąższ ciasta z mielonych ziaren świeżej kukurydzy. Ciepłe, doprawione anyżem łagodzi koi nasz niewyspanie.

Przystanek szósty: Rozkosze Cusco
Brzydota chaotycznej zabudowy i krzykliwych reklam ciągnących się wzdłuż drogi prowadzącej z lotniska w Cusco nie robią dobrego wrażenia. Powątpiewamy w słuszność sławy tego miejsca. Cóż może być aż tak wyjątkowego w prowincjonalnym mieście gdzieś na końcu świata?
Okazuje się, że niemal wszystko. Nietknięta kolonialna architektura przeplatana inkaskimi pozostałościami stanowi godne tło dla tętniącego życiem miasta, w którym fiesty małe i większe odbywają się niemal na co dzień. Zakończenie roku szkolnego, jubileusz szkoły, święto dzielnicy są wystarczającym pretekstem, by ubrać się w barwne stroje i w tanecznym pląsie paradować w rytm bębnów przez kolejne ulice. Po doświadczeniu niebywałej energii płynącej z tych parad, zaczynamy rozumieć fenomen latynoskich fet i karnawałów. Cusco to również punkt startowy do wypraw do Machu Picchu, Świętej Doliny Inków, Amazonii i wielu innych, nie mniej atrakcyjnych celów przyrodniczo-kulturalnych. W tutejszych restauracjach spróbujemy peruwiańskiej kuchni w najlepszym wydaniu. Nawet uliczny burger czy naleśnik smakują tu wyśmienicie.
Gotowanie w Cusco
Tu też udaję się na lekcję gotowania. Nie mogłem sobie odpuścić mojej ulubionej metody poznawania lokalnej kuchni. Z grupą reprezentującą Wielką Brytanię i jej byłe kolonie, udajemy się pod egidą Ronala – właściciela szkoły – na pobliski bazar z żywnością. Na straganach odkrywamy peruwiańskie owoce, o których większość z nas nigdy nie słyszała: niezwykłe odmiany marakui, pręgowaną psiankę melonową (pepino dulce), oszałamiająco słodką lukumę, przypominające żółte pomidory aguaymanto (miechunka peruwiańska) oraz smakującą jak guma balonowa, czerymoję. Tuż obok panie w bufiastych spódnicach sprzedają ziemniaki o najróżniejszych kształtach i kolorach: czerwone, czarne, podłużne jak marchewka, z naroślami niczym nos Gargamela. Podobnie jest z kukurydzą. Ta dobrze nam znana, żółta, sąsiaduje z kolbami czarnymi jak smoła, białymi, nakrapianymi i w rozlicznych rozmiarach.
Co zjeść lub sobie ugotować w Peru
Zaczynamy rozumieć, że za wyjątkowością peruwiańskich potraw stoją nie tylko umiejętności kucharzy, ale też składniki, których zwyczajnie nie znamy. Podczas lekcji to właśnie z nich tworzymy oszałamiająco smaczne ceviche. Tę potrawkę z surowej ryby z kukurydzą, słodkim ziemniakiem, papryką jedliśmy podczas naszej podróży wielokrotnie. Dopiero w tym wydaniu, przyrządzoną na świeżo, z rybą skrojoną w drobniutką kosteczkę, dojrzałym awokado i z soczystym mango, doceniam w pełni fenomen tego emblematycznego dania peruwiańskiej kuchni. Nie mniej zachwyca wołowina z ognia i nadziewana papryka zapiekana z aromatycznym żółtym serem. W potęgowaniu wrażeń z pewnością pomaga szklanka pisco sour. Napój, łączący alkohol z winogron (zwany tu pisco) z sokiem z limonki lub marakui nie dość, że idealnie komponuje się z lokalnymi daniami, to każdego wprawia w dobry nastrój.
Nasyceni smakami i wrażeniami, spoglądamy z tarasu naszego hotelu na tętniące życiem uliczki tego wspaniałego miasta. Żegnamy się z wdzięcznością i z nostalgią. Czy będzie dane nam tu wrócić, by jeszcze raz doświadczyć niezwykłej energii inkaskiej metropolii? Kiedy zatęsknimy za sernikiem z marakują do naszej porannej kawy na balkonie restauracji Plaza Mayor albo aromatycznym rosołem drobiowym z Mercado San Blas?
Informacje praktyczne

Kiedy jechać
Warunki atmosferyczne Peru są zróżnicowane równie mocno, jak rzeźba terenu tego kraju i strefy klimatyczne, które obejmuje. Jeśli interesują nas górskie trekkingi, w tym odwiedzenie Machu Picchu, wykresy pogodowe podpowiadają, że najlepiej wybrać się między majem a październikiem, kiedy w górach mniej pada. W tym czasie wybrzeże jednak będzie najpewniej spowite gęstą mgłą, a temperatury nie będą sprzyjać plażowaniu. My byliśmy w maju i było słonecznie, a liczba turystów jeszcze znośna.
Ile czasu poświęcić
Na opisaną trasę przeznaczyliśmy trzy tygodnie (wliczając 5-dniowy trekking na Machu Picchu) – o conajmniej dwa tygodnie za mało, by móc w pełni nacieszyć się poszczególnymi mieuscami. Jeśli to możliwe, na Peru (oraz Boliwię, ewentualnie Chile) warto wygospodarować dwa do trzech miesięcy.
Koszty
Poza kosztami przelotu, Peru nie powinno nas zrujnować, a budżet między 30 a 50 USD dziennie jest realistyczny.
Loty z Europy
Loty z Polski do Limy należą do najdroższych w Europie. Warto sprawdzić połączenia z Berlina, Wiednia, czy Pragi, a jeśli niestraszna nam dodatkowa przesiadka z Hiszpanii oraz Wielkiej Brytanii. Unikamy transferów przez Stany Zjednoczone. Wymagają one odprawy granicznej w tym kraju, a co za tym idzie, uzyskania promesy wjazdowej, długiego oczekiwania na lotnisku oraz nie zawsze przyjemnych rozmów z amerykańską służbą graniczną.
Transport lokalny
Transport autokarowy w Peru działa znakomicie. Przejazdy są niedrogie, bez większych opóźnień, a na dłuższych trasach można skorzystać z kuszetek (cama). Wybraliśmy linię Cruz del Sur oferującą wygodny i sprawnie działający system rezerwacji online. Na niektórych trasach (np. Lima-Cusco), atrakcyjną i niedrogą alternatywą są połączenia lotnicze, na które bilety kupimy online lub w licznych agencjach turystycznych.
Choć w Boliwii liczba połączeń autobusowych jest równie duża jak w Peru, internet przestrzega przed kieszonkowcami na przejazdach nocnych. Na popularnej trasie z La Paz do Uyuni i z powrotem zdecydowaliśmy się na droższy, ale bezpieczny i wyjątkowo wygodny autokar linii Todo Turismo. Wymagało to jednak rezerwacji z wyprzedzeniem. Loty krajowe w Boliwii oraz do Peru są stosunkowo drogie i rzadkie. Dla oszczędności czasu i energii wykosztowaliśmy się na przelot z La Paz do Cusco.
Język
W większości agencjach turystycznych porozumiemy się po angielsku, w którym oferowane są również liczne wycieczki i ekspedycje (choć warto się upewnić). Podstawowe zwroty po hiszpańsku ułatwią jednak codzienne funkcjonowanie.
Logistyka Machu Picchu
Trudno o turystę, który wybierając się do Peru nie pragnie zobaczyć Machu Picchu. Mając ochotę na trekking zdecydowaliśmy się na rozsądną cenowo trasę Salkantay. Ta cztero- lub pięciodniowa wyprawa poprowadzi was wśród tropikalnej przyrody i oferuje wspaniałe górskie widoki. W przeciwieństwie do ekskluzywnie drogiego Inca Trail, nie dociera jednak bezpośrednio do sławnych ruin. Przed dojściem do kompleksu Machu Picchu, trzeba bowiem wzdłuż trakcji kolejowej dojść lub dojechać busem do miejscowości Aguas Calientes. Stąd wchodzi się do słynnego zabytku tą samą drogą, co dzienne wycieczki z Cusco.
Za wyjątkiem Inca Trail, wymagającego rezerwacji z wielomiesięcznym wyprzedzeniem, z naszych obserwacji wynika, że najlepsze ceny na wycieczki lub trekkingi do Machu Picchu oferowane są w Cusco. Warto jedynie wcześniej samemu kupić online bilet na Machu Picchu (z conajmniej kilkutygodniowym wyprzedzeniem). Na miejscu w zależności od dostępnego czasu wybrać sposób dotarcia na miejsce (bus, trekking, pociąg). Pula biletów do Machu Picchu jest udostępniana codziennie w Aguas Calientes. Ze względu na dużą liczbę chętnych ich kupienie wymaga przybycia do nudnego miasteczka na dwa dni wcześniej. Konieczne okaże się też odstanie wielu godzin w kolejce.
Logistyka boliwijskiego Salar de Uyuni
Wyprawy na solniska i pustynię rozpoczynają się z mieściny Uyuni. Dotrzemy tam bądź nocnym autokarem (z La Paz/ innych miast), bądź nietanim lotem z La Paz. Zobaczenie atrakcji solnisk wymaga skorzystania z agencji oferujących wyprawy 1, 2, 3 lub 4-dniowe. Przy 3 lub 4 dniach jest opcja wysadzenia na granicy chilijskiej, skąd możemy udać się między innymi na Atacamę. Nie mając czasu na Chile, zdecydowaliśmy się na wycieczkę 3-dniową, która była świetna. Autokary z La Paz docierają do Uyuni o świcie. Jeśli więc nie chcemy tracić dnia w „dziurze”, lepiej wcześniej zarezerwować wyprawę do celu. Trafiliśmy na agencję Andes Salt Expeditions Tour Operator, która sprawdziła się bez zarzutu.
Hotele
W popularnych serwisach internetowych znajdziemy ofertę na każdą kieszeń. Pamiętajmy jednak, że standard noclegów budżetowych bywa niski (brak okien, brak ciepłej wody). Pomocne w znalezieniu pokoju w rozsądnej cenie mogą być lokalne agencje turystyczne, a także spacer po mieście (tak trafiliśmy na świetny hotelik w Cusco).
Jedzenie, restauracje, szkoły gotowania
O ile jedzenie peruwiańskie nie powinno nikogo rozczarować, w Boliwii należy obniżyć oczekiwania.
Adresy wymienione w tekście:
Cusco:
– Cusco gastronomic tours & cooking class. Poza okazją do przygotowania smakowitych dań, lekcja gotowania dała niezły wgląd w lokalne zwyczaje, nie tylko kulinarne.
– Mercado San Blas. Królestwo street foodu w najlepszym wydaniu.
– Mercado San Pedro. Obok tandentnych pamiątek, kupimy tabliczki dobrej peruwiańskiej czekolady, kawę oraz posmakujemy prostych dań.
– Plaza Cafe. Świetne miejsce na poranną kawę i ciasto.
Arequipa:
– La Chomba Arequipeña. Restauracja z widokiem na główny plac miejski podająca smaczne dania lokalne.
– Victoria Picantería democrática. Stylowa restauracja z widokiem na klasztor oferująca tradycyjne peruwiańskie dania w eleganckim wydaniu i w europejskich cenach.
La Paz:
– Angelo Colonial. Kawiarnio-restauracja w kolonialnym stylu z lokalnymi przysmakami.
W „Travel Magazine” dbamy o najwyższą jakość dziennikarską dzięki mecenasom i stałym czytelnikom. Wesprzyj naszą pracę.
