Podróż do górskich wiosek na Krecie przypomina wędrówkę do krainy duchów i snów
Jeśli tam będziesz, o nic nie pytaj. Nikt ci nie odpowie. Mówią tam językiem, który dopiero poznasz, choć jest ci całkiem znany. Odwieczny. Tam, wysoko w chmurach kreteńskich gór, jest to czego szukasz i czego nie znajdziesz.
Zardzewiała tabliczka, która uparła się wskazywać ulicę Homera, doprowadzi cię do krainy starych chałup. Owinięte szalem fioletowo-niebieskich powoi, tańczą wokół placu jak na maskaradzie. Na dachach, zamiast kominów, noszą gliniane dzbany, a spróchniałe powieki ozdobiły kiściami winorośli. Lepki sok spływa po ich białych szatach.
Staruszka w oknie uchyla firankę, by pod okiem zmarłego męża spoglądającego czujnie z retuszowanej fotografii, zerknąć ukradkiem na nieznajomych przechodniów. Człowiek jadący na ośle robi minę, jakbyś mu się przyśnił. Po krzywym kamiennym bruku toczą się migdały, wypuszczone z szypułek w stanie idealnej dojrzałości, a pęknięte granaty kuszą rubinowym wnętrzem. Zastygłe w posągowych pozycjach koty mrużą oczy.
Pozbawione drzwi i okien opuszczone siedliska zapraszają do wnętrza, spragnione uwagi.
Nikt ich już nie ogląda. Spójrz na garnuszek stojący przy kominku, przekrzywiony obrazek z kwiatkami, na metalowe łóżko i prosty krzyż w sypialni. Poczuj ostatni wydany tam oddech, usłysz ostatnie wypowiedziane słowo.
Tam, na brzegach Homera, noce są obsypane gwiazdami, choć możesz ich nie dojrzeć, gdy zbyt szybko zaśniesz w gościnnych ramionach któregoś z hoteli – Pasifae, Orfeusza, Diotymy lub Kalisto. Gdy wstaniesz wraz z Jutrzenką, na schodach „Orfeusza” spotkasz dużego psa o podpalanej, lśniącej sierści i czarnej oprawie oczu. Zaczepiony, odwróci szybko głowę, byś nie mógł odkryć jego prawdziwej natury. To posłaniec starożytnych bogów, pilnujący, by ich świat nie zaginął.
Poezja wylewa się z zakamarków maleńkiej Anatoli jak przeciek z wieczności, płynie szczelinami czasu, karmiąc się wszystkim, co napotka. Tam, w samym środku kreteńskich gór, na krawędzi świata.