Co czytać w tym miesiącu. Książki maja

przeczytasz w mniej niż 6 min.

Poszukiwania pantery śnieżnej, potyczki z przemijaniem oraz piesza wędrówka przez Europę

Sylvain Tesson

Duch śniegów

Noir sur blanc, 2022

Jeżeli podobał się Wam święcący triumfy w kinach studyjnych dokument Duch śniegów, mamy dobrą wiadomość. Książka o tym samym tytule, napisana przez jednego z bohaterów filmu, podróżnika Sylvaina Tessona, jest jeszcze lepsza.

Tesson jest bowiem całkiem niezłym pisarzem, co udowodnił już w poprzednich książkach. Pisze krótkimi, gęstymi zdaniami, skupia się na detalach, a przy tym udaje mu się zachować trochę literackiej poetyki.

A przede wszystkim, zdaje sobie sprawę z górnolotnej maniery, w którą zdarza mu się wpadać i kontruje ją dystansem do samego siebie. W filmie (pisaliśmy o nim tutaj) tego nieco zabrakło i filozoficzne dywagacje Tessona – urodzonego gaduły – ocierają się co jakiś czas o prawdy rodem z powieści Paulo Coelho. W książce autor, znając własną tendencję do popadania w banał, sam siebie rozbraja. Zapędza się w aforyzmy, ale potrafi je złamać jednym, czy dwoma konkretami, a bywa, że i ciętą autoironią. Dzięki temu Duch śniegów nie staje się zestawem natrętnych filozofii, lecz wartką opowieścią o świecie, przyrodzie i naszym miejscu pośród niej.

Oczywiście, osią tej opowieści jest ta sama historia, co w filmie. W końcu oba dzieła powstały z jednego zamysłu. Rozpędzony wiecznie wędrowiec i eksplorator (Tesson) wyrusza w towarzystwie uznanego fotografa przyrody (Vincent Munier) w góry Tybetu, by zasadzić się na panterę śnieżną. I zrobić temu niezwykle rzadkiemu drapieżnikowi zdjęcia.

Nie jest to jednak w rzeczywistości historia o panterze. Raczej o spotkaniu dwóch ludzi, którzy patrzą na świat w nieco podobny sposób, żyjąc jednak w zupełnie inny sposób.

Szukanie pantery sprowadza się w dużej mierze do przesiadywania w znieruchomieniu pomiędzy skałami lub mozolnych wędrówek po bezdrożach. Jest więc sporo czasu na rozmyślania lub rozmowy. Acz, gwoli ścisłości, Munier nie jest zapalonym mówcą. Chętniej milczy, niż gada. Tesson musi więc zająć czymś swoją głowę. I siłą rzeczy zatapia się w każdym szczególe otaczającej ich rzeczywistości.

Jest to więc w dużej mierze opowieść o czułości, uważności, braku pośpiechu. Jest też o stracie (młodości, miłości, swojego miejsca w świecie), o cierpliwości i o życiowych podsumowaniach. No i o zwierzętach. Książka, w przeciwieństwie do filmu, nie oferuje co prawda pięknych, epickich kadrów i utworów wyśpiewywanych głosem Nicka Cave’a. Jest jednak za to mniej jednowymiarowa. Ma więcej niuansów i głębi, co czyni ją – paradoksalnie – lżejszą w odbiorze.

Joan Didion

Błękitne noce

Grupa Wydawnicza Relacja, 2022

Książka amerykańskiej pisarki jest swoistego rodzaju postscriptum do wydanego u nas w 2005, a później wznowionym, Roku magicznego myślenia. Tamta pozycja była wnikliwą, osobistą i porywającą w stylu relacją z procesu żałoby, jaki Didion przeszła po nagłej śmierci męża. Autorce szybko przyszło zmagać się z kolejną tragedią. Zaledwie kilka miesięcy po pochowaniu ukochanego, jej córka upadła na chodniku uderzając się w głowę i mimo intensywnego leczenia zmarła.

Czy Błękitne noce są więc kontynuacją przeprowadzonej przez Didion w Roku… analizy tragicznych zdarzeń i prób odnalezienia na nowo własnego miejsca w życiu? Tylko do pewnego stopnia.

Tym razem Didion rozszerza bowiem zakres spojrzenia. Bardziej niż o samym procesie żałoby Błękitne noce są o poczuciu zbliżającego się kresu. Pisarka ma 75 lat. Pochowała najbliższych członków rodziny i została sam na sam z demonami, z którymi przyjdzie zmierzyć się prędzej czy później każdemu z nas. Z rodzącym się, paraliżującym poczuciem kruchości. Niepewnością własnego istnienia, wynikającym zarówno z tragicznych doświadczeń, ale też postępującej starości i niedostatków własnej fizyczności. Z poczuciem zagubienia czasu. Jeszcze przed momentem Joan Didion miała trzydzieści kilka lat. Przyglądała się dorastaniu adoptowanej córki i prowadziła wystawne życie amerykańskiej elity intelektualnej. Nie wiedzieć kiedy jej świat zniknął, rozpłynął się niczym senne majaki. Codzienności nie wypełnia już popijanie drinków i praca nad nowymi artykułami lub scenariuszami, lecz dojmujące poczucie bliskości śmierci, chorób, nieuchronności przemijania i borykanie się z nieoczekiwanymi wyzwaniami – przejściem na drugą stronę ulicy czy prowadzeniem auta. Oraz niemocą twórczą.

W tej książce jest więcej przeskoków chronologicznych niż w Roku… Jeszcze bardziej widoczne jest w niej pewnego rodzaju odklejenie od rzeczywistości, cechujące osoby pochodzące z kręgów społecznych, w jakich obracała się Didion. Podobny pozostaje jednak styl opowieści. Skondensowane zdania, lakoniczność, precyzja i unikanie egzaltacji czy ckliwości. Ten z pozoru chłodny sposób opowiadania o własnych emocjach literacko sprawdza się idealnie, tworząc opowieść wstrząsającą, niełatwą i ważną.

Patrick Leigh Fermor

Czas drogi

Książkowe Klimaty, 2021

Osiemnastoletni Patrick Fermor – przyszły pisarz i podróżnik – nie bardzo wie, co ze sobą zrobić. Po kilku życiowych zawirowaniach i relegowaniu ze szkoły podejmuje spontaniczną decyzję. Postanawia wyruszyć w pieszą wędrówkę przez Europę aż do Konstantynopola. Oblicza, że kilka funtów miesięcznie pozwoli mu się utrzymać, pod warunkiem, że jego wyprawa będzie odbywać się na zasadach stosowanych przez trampów. A więc będzie spał w przytułkach, tanich noclegowniach, na stogu siana lub w gościnie u napotkanych ludzi (dzięki szczęśliwych zbiegom okoliczności okazuje się później, że część przystanków przypadnie też na okazałe zamki i pałace). Będzie jadł niewiele, pił piwo i po prostu szedł przed siebie.

Młody Brytyjczyk pomysł wciela od razu w życie. Nie bacząc na to, że zaczyna się właśnie zima, wyrusza przed siebie.

Jego idea jest prosta. Ma patrzeć uważnie na świat, odciąć się od komfortu porozumiewania się we własnym języku, robić notatki do przyszłej książki i kierować się każdego dnia tym, co podpowie mu pragnienie poznania nieznanego.

Czas drogi jest zapisem tej wędrówki, która zaczęła się w 1933 roku, tuż przed wydarzeniami, które miały odmienić świat. Trasa wiedzie przez Niderlandy do granicy Węgier. Książka – będąca zresztą pierwszym tomem trylogii, wydawanej u nas wbrew chronologii – powstała jednak ponad czterdzieści lat po wyruszeniu w trasę. Jest więc próbą eksploracji wspomnień – większość notatek, które Fermor robił w podróży zaginęła bowiem wraz z jego plecakiem. Nie jest to więc dokładny zapis tego, co się wydarzyło, lecz tego, co pozostało we wspomnieniach.

Ten przeskok czasowy jest o tyle istotny, że w międzyczasie wszystko przecież się zmieniło. Fermor idący przez Europę był człowiekiem u progu życia. Gdy pisał książkę – osobą po pięćdziesiątce, pozbawioną przynależnej młodości mocy odbierania rzeczywistości mocno i głęboko, ale za to dysponującą bogatszym bagażem doświadczeń i głębszą wiedzą. Pisarz próbuje więc wejść w buty osoby, której już nie ma. Jest to więc opowieść o spotkaniu Fermora młodego, który nie zna jeszcze przyszłości i Fermora starszego, który tę wiedzę już posiada.

Nie należy Czasu drogi traktować jako dosłownego zapisu wędrówki. Wiele szczegółów musiało już umknąć, pamięć potrafi przecież stworzyć własne światy.

Brytyjczyk nigdy zresztą nie był wyznawcą reporterskiej dokładności. Ważniejsza jest dla niego wartkość opowieści, nieobce są mu więc delikatne manipulacje faktami. Uznaje je za usprawiedliwione, jeżeli tylko służą literaturze.

Dla dzisiejszego czytelnika nie powinno to być zresztą większym problemem. Czytamy przecież opowieść o świecie, który już nie istnieje i dosłowność faktograficzna przestaje mieć aż takie znaczenie. Gdyby ktoś wybrał się śladami Brytyjczyka, zastanie już inną rzeczywistość.

Ta niezwykle ciekawa książka opowiada zresztą bardziej o „podróży ducha”, niż o zmaganiach z fizycznością i ciałem. Ruch odbywa się tu niemal bez trudu i to nie jemu piechur poświęca najwięcej uwagi, lecz temu, co dzieje się w jego głowie.

Redakcja

Travel Magazine to kreatywny i kulturalny magazyn o świecie. Podróżowanie jest jedną z form opowiadania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.