Wędrówka po Sardynii, mistrzowsko minimalistyczne opowiadania i spojrzenie z bardzo bliska na zwierzęta
Jeff Biggers
Sardynia. Podróż w czasie
Wydawnictwo Czarne, 2025
Jeffa Biggersa, amerykańskiego historyka i dziennikarza, niespecjalnie interesuje eksplorowanie turystycznej Sardynii. Na jej słynnych plażach zabawia krótko. Ciągnie go w głąb wyspy, ku śladom przeszłości, szczególnie ku setkom kamiennych wież pozostawionych przez owianą tajemnicą cywilizację nuragijską. Sięgając po „Sardynię. Podróż w czasie”, nie spodziewajcie się więc turystycznego przewodnika. Książka jest raczej gawędziarską opowieścią, z której wyłania się wielowątkowy obraz włoskiej wyspy.
Biggers przeniósł się na Sardynię z rodziną, a pandemiczny czas poświęcił na przemierzanie jej zakątków, wertowanie książek i dokumentów oraz odczarowywanie nieporozumień i stereotypów dotyczących wyspy.
Na przestrzeni lat Sardynia nie miała bowiem szczęścia do odwiedzających ją gości: większość przekazów, już od starożytności, przedstawiała wyspę jako ziemię pozbawioną historii i kultury, jałową, borykającą się z biedą i bandytyzmem (co nie znaczy, że nie było tu nigdy biedy lub przestępczości). Prym wiódł D.H. Lawrence, który po krótkim pobycie stworzył krzywdzącą książkę opartą na pobieżnych ocenach i obserwacjach. Biggers, jako miłośnik Sardynii, ma więc z Lawrence’m na pieńku. Stara się pokazać wyspę w bardziej prawdziwy sposób. I nawet jeżeli chwilami zbyt pochłaniają go historyczne czy architektoniczne detale – których opisy mogą być dla osób mniej zafascynowanych przeszłością nieco przytłaczające – dba o to, by patrzeć na ten świat z coraz to nowych perspektyw. Idzie przy tym drogą wyznaczaną mu przez mieszkańców Sardynii:
„Nasze wypełnione opowieściami spotkania z wyspiarzami wydawały się typowe dla podróży po Sardynii. Napotkanym Sardyńczykom wyraźnie zależało, by przedstawić nam obraz ich wsi i regionu bardziej złożony niż ten pocztówkowy: słońce, morze, piasek i wino. Wyciągali książki i prezentowali swoich ulubionych pisarzy, poetów, pieśniarzy. Zachwalali lokalne festiwale. Opowiadali o wykopaliskach archeologicznych”.
Książka Amerykanina jest więc nie tylko świadectwem podróży geograficznej, ale też wędrówki przez historię, sztukę i literaturę.
Autor, inspirując się najwyraźniej wspomnianym w „Sardynii” Bruce’m Chatwinem i jego „W Patagonii”, stworzył nie tyle linearny dziennik, co dość swobodny szkic czerpiący z wielu literackich stylów. Są tu więc sugestywne obrazy współczesności (spotkanie z kioskarzem pogrążonym w lekturze książki o dziejach regionu), jak i odniesienia do odległej i często bardzo szczegółowej historii tego rzuconego na morze skrawka lądu. Nieco reportażu, trochę eseju, sporo solidnej analizy historycznej. Biggers zagłębia się w szczegóły, analizując dokumenty i książki do których nie tylko trudno dotrzeć, ale też, które bez znajomości języków (autor zna zarówno włoski, jak i sardyński) i kontekstów byłyby mało czytelne.
Pod tym względem „Sardynia. Podróż w czasie” jest wyjątkowym przewodnikiem – nie tyle turystycznym, co skierowanym dla podróżników pragnących poznać wyspę na innym poziomie. Niezależnie od braku map czy zdjęć, które z pewnością ożywiłyby książkę i ułatwiły podążanie śladami autora, wybierając się na włoską wyspę dobrze mieć ten tytuł w plecaku.
Dziękujemy, że czytasz “Travel Magazine”. Wspomóż naszą działalność dowolną kwotą.

Adelheid Duvanel
Ostatni akt łaski
Wydawnictwo Cyranka, 2025
Szwajcarska pisarka, zmarła w 1996 roku nie do końca jasną, prawdopodobnie samobójczą śmiercią, osiągnęła mistrzostwo w uciekaniu od wszelkiego rodzaju naddatku. Opublikowany przez wydawnictwo Cyranka zbiór czterdziestu jeden opowiadań to przykład na to, jak wiele treści można zawrzeć w maksymalnie skondensowanej formie. Teksty Duvanel rzadko wykraczają poza dwie strony – to bardziej szkice niż klasyczne opowieści. Są to jednak obrazy dopracowane w każdym szczególe.
Paradoksalnie, proza Duvanel nie należy przez to do szczególnie łatwych do czytania. Potrzeba do tego skupienia i wyzbycia się pośpiechu.
Jakakolwiek gorączkowość momentalnie rujnuje jej głębię i bogactwo. Co więcej, to pisarstwo jest tak esencjonalne, że pozostawia niewiele miejsca na oddech. Nie należy tego traktować jako wadę, niemniej ciężar tych tekstów bywa na tyle duży, że lepiej przyswajać tę książkę powoli, po kilka stron. Połknięcie jej w całości w jeden wieczór – co technicznie jest możliwe, wydanie ma zaledwie sto dwadzieścia stron – może okazać się przeżyciem zbyt intensywnym.
Pisarka nie miała lekkiego życia. Przez lata uzależniona była ekonomicznie i psychicznie od przemocowego męża. Pod koniec związku zgodziła się nawet na mieszkanie z nim, jego kochanką i ich dzieckiem. Cierpiała na depresję i uzależnienie od narkotyków, a po rozwodzie borykała się z trudnościami finansowymi. Tacy są też bohaterzy jej opowiadań: doświadczeni przez los, pogubieni, samotni, uzależnieni. To parada nieszczęśników tęskniących bez ustanku za jakiejkolwiek rodzaju bliskością.
Równocześnie jednak, pomimo niepokojącego, chwilami nawet posępnego wymiaru, teksty te mają w sobie sporo surrealistycznego humoru czy nawet groteski.
Melancholijny ton opowiadań sąsiaduje z tragikomedią. Typowym zabiegiem Duvanel jest zresztą poruszanie się po bardzo szeroko rozpiętej skali. Opowiadania często zaczynają się od dość konwencjonalnego wprowadzenia, które niespodziewanie zostaje przełamane czymś niespodziewanym, niepasującym, zmieniającym radykalnie ton tekstu. Element zaskoczenia jest ważną częścią jej prozy.
Ta dość hermetyczna proza cieszyła się uznaniem szwajcarskiej krytyki i znajdowała odbiorców. Nie uczyniła jednak z pisarki osoby znanej szerszemu gronu czytelników i czytelniczek. Zapewne podobnie będzie i u nas. Istnieje niewielka szansa na to, że mimo starań wydawnictwa Cyranka, Duvanel stanie się w Polsce bardziej popularna. Mimo swojego mistrzostwa, to nie jest literatura, która ma szansę porwać tłumy. Nie odbiera to jej jednak w żaden sposób wartości. Rzadko bowiem mamy do czynienia z prozą tak intensywną i sugestywną równocześnie.

Carl Safina
Co myślą i czują zwierzęta
Wydawnictwo Filia, 2025
Aby zrozumieć, potrzeba czasu. To jedna z konkluzji płynąca z książki Carla Safiny. Amerykański autor odbył wielomiesięczne podróże, by przyjrzeć się dzikim zwierzętom. Ale też spotkać się z osobami, które na ich badaniu spędziły dekady. Poświęciły życie na to, by być pośród słoni, wilków czy orek. Rozmowy z nimi pokazują, jak bardzo zmienia się nasze postrzeganie innych gatunków, jeżeli pozwolimy sobie na nigdy niekończące się bycie obok nich. Jak sama obecność, pełna ciekawości i uwagi, potrafi odmienić nasze postrzeganie świata. Wejść na inny poziom współistnienia i zauważyć detale, które w innym przypadku nam umykają. Czas pozwala zrozumieć, ale też odkryć, że rzeczywistość możemy poznawać nie tylko przy pomocy intelektu, ale też instynktu. Jeżeli pozwolić mu działać, poprowadzi nas w zupełnie niesamowite rejony.
Safina przygląda się trzem gatunkom zwierząt. Słoniom w Parku Narodowym Amboseli w Kenii. Wilkom żyjącym w Yellowstone (a przy okazji też naszym domowym psom). A w końcu orkom przemierzającym wody północno-zachodniego Pacyfiku. Jego przewodnikami są badacze, pracownicy parków, pasjonaci. Osoby, które potrafią rozpoznać każdego z dziewięciuset słoni ze stada lub które przez ponad piętnaście lat każdego dnia – niezależnie od pogody czy stanu zdrowia – obserwowały wilki, i wreszcie które potrafią rozszyfrować skomplikowany język orek. Po spędzeniu tysięcy godzin pośród dzikich zwierząt, dla osób tych oczywistością jest, że nie tylko ludzie są w stanie odczuwać skomplikowane emocje. Radość, smutek, zazdrość, złość, żałobę czy nawet miłość.
Safina unika jednak antropomorfizującego tonu.
Nie pozwala sobie na odklejenie od faktów: nieustannie kwestionuje własne uczucia, analizuje dane, zadaje pytania. Czy słonie znają pojęcie śmierci? Czy antycypują śmierć? I czy inne zwierzęta faktycznie doświadczają żałoby? A czy te, które zdają się jej nie przeżywać, nie są do niej zdolne, czy my nie umiemy zinterpretować jej oznak (kto jest w stanie obserwować na przykład mewę przez tygodnie po śmierci jej towarzysza?). I jakimi słowami opisać zachowania osobników, które wydają nam się znajome? Czy jeżeli papuga chce się zbliżyć do drugiej papugi, możemy uznać, że kieruje nią poczucie więzi? I czy jeżeli podobne uczucie u ludzi nazywamy „miłością”, czy możemy je stosować także wobec zwierząt? Na ile świat wewnętrzny ludzi i innych zwierząt jest do siebie podobny?
Tego typu pytania przewijają się przez całą książkę Safiny. Bliskie, pełne zaciekawienia (często obustronnego) spotkania ze zwierzętami dowodzą jednego: nawet jeżeli niektóre kwestie dotyczące ich zachowania lub osobowości są dla nas niezrozumiałe, trudno uciec od wrażenia, że łączy nas niezwykle dużo. Jak pisze autor:
„Zależność między gatunkami przypomina relację ludzi, którzy znali się w liceum, a ich drogi się rozeszły. (…) Wspólne korzenie. Zaniedbana więź. Pod skórą wszyscy jesteśmy bardzo podobni. Cztery kończyny, te same kości, te same organy, to samo pochodzenie, wspólna historia. Między pierwszym wdechem a ostatnim wydechem toczymy ten sam bój: by przetrwać, wychować młode, znaleźć przestrzeń życiową, poradzić sobie z niebezpieczeństwami, dać z siebie wszystko, by w aurze tajemniczości wykorzystać okazję na odnalezienie się w egzystencji”.
Biorąc to pod uwagę, jeszcze tragiczniejsze okazuje się nasze uparte dążenie do destrukcji: innych istot, a w końcu pewnie i samych siebie.
Wszyscy zwierzęcy bohaterowie tej opowieści walczą o przetrwanie. Zgotowaliśmy im straszny los.
Ta porywająca książka (w polskim wydaniu niestety niepozbawiona błędów redakcyjnych i korektorskich) jest pełnym empatii apelem o to, by przestać patrzeć na otaczający nas świat tylko przez ludzką soczewkę. Zrozumienie innych zwierząt nie jest tak naprawdę ogromnym wyzwaniem. Wymaga tylko nabrania innej perspektywy, która pozwoli zrodzić empatię. Póki co, jak pisze Carl Safina, ta sztuka udaje się jednak głównie nie nam, lecz słoniom i orkom.

