Technologie, które patrzą, słyszą czy przemieszczają się w zastępstwie ciała, uniemożliwiają bezpośrednie obcowanie z przestrzenią
Fot. Rafał Reyman
Bunt przeciwko rozmaitym sposobom ogradzania i dominowania przestrzeni bywa często ściśle związany z (…) praktykami chodzenia. Kroczący wzdłuż wschodniej granicy ze słońcem rankami po prawej, a popołudniami po lewej stronie długiego nosa Michał Książek; Honorata Martin, która wyszła pewnego dnia ze swojego mieszkania w Gdańsku, nie wiedząc nawet, w którym kierunku iść; Werner Herzog, pełen wiary, że jego przyjaciółka nie umrze, jeśli dotrze do niej z Monachium do Paryża na piechotę – wszyscy bohaterowie i bohaterki opowieści o chodzeniu (…) przecinali przestrzeń liniami kroków poza obowiązującymi praktykami, a nawet wbrew nim.
Starodawny zwyczaj włóczęgi
Sprzeciw odbywa się tu na kilku równoległych poziomach. Na najbardziej podstawowym sprowadza się do odczuwanej przez Williama przyjemności burzenia murów, czyli odzyskiwania przestrzeni spod rozmaitych niesłusznych zawłaszczeń – chodzenie jest w tym sensie związane z działalnością ekologiczną oraz kultywującym starodawne zwyczaje włóczęgi stylem podróżowania.
Drugi, głębszy poziom sprzeciwu zakłada, że dzięki poruszaniu się pieszo można także magicznie odmienić świat, podważyć pewne rządzące nim schematy i poukładać niektóre reguły na nowo – w wirtualnej rzeczywistości odnaleźć elementy zaczepienia, (…) wnikać w kameralny świat zapachów i dźwięków miasteczek, wysiąść z samolotu i zbliżać mapę do oczu tak długo, aż ujawni się terytorium. To właśnie (…) dzięki tej szalonej nadziei na fundowane przez chodzenie nowe ustawienie świata Werner Herzog założył, że Lotte Eisner nie umrze, jeśli zdoła dotrzeć do niej na piechotę. Nie mylił się, jego przyjaciółka i nauczycielka zmarła dopiero dziewięć lat później, w 1983 roku. W ostatnim zdaniu książki Werner prosi ją, żeby otworzyła okno: „od dziś potrafię fruwać”.
Zyskaj świeże spojrzenie
Najciekawsza, a być może także najtrudniejsza do rozpoznania, jest jednak kolejna forma sprzeciwu (…) – bunt przeciwko ograniczeniom nie tylko zewnętrznego świata, ale i własnej percepcji, walka o świeżość spojrzenia. Tym bardziej zajadła, że współcześnie na owo pierwotne wyobcowanie podmiotu z przestrzeni, o którym była mowa w poprzednim rozdziale, nakładają się dodatkowe czynniki: równoległe przestrzenie wytwarzane przez media, pomijające sferę materialną technologie komunikacji, sposoby podróżowania daleko od poziomu gruntu, warstwy nieznanych dotąd systemów map.
„Większość z nas żyje w świecie, w którym coraz więcej miejsc i rzeczy ma oznaczenia, etykiety, a tym samym również oficjalne interpretacje. To wszystko zamienia nasze realia w wirtualną rzeczywistość. I właśnie dlatego chodzenie, jazda na rowerze czy pływanie będą zawsze działalnością wywrotową. Pozwalają nam odzyskać poczucie tego, co stare i dzikie” – pisał Roger Deakin, podróżnik i pisarz, który przepłynął wpław rozliczne zbiorniki wodne Wielkiej Brytanii.
Perspektywa żaby odmienia pole widzenia, o czym wspominają nie tylko obszerniejsze omówienia, ale i każda najmniejsza notka o jego wydanej w 1999 roku książce Waterlog. A Swimmer’s Journey Through Britain. Na pływaniu się nie skończyło, kolejna książka Deakina skupia się raczej na chodzeniu wśród drzew, opisuje też szczegóły pewnej pieszej wyprawy: wspólnie z przyjaciółką, Anette, Roger przeszedł z Ustjanowej koło Ustrzyk Dolnych do Baligrodu tropem jej ojca, który zaraz po wybuchu wojny przeprawiał się przez zieloną granicę na Sanie. Wyprawa Rogera i Anette odbyła się w marcu 2001 roku, a więc pół roku przed tym, jak w drapacze chmur po drugiej stronie świata trafiły samoloty, a tylko mniej więcej trzy miesiące przed przeprawą Wolfganga Büschera autobusem przez polską wschodnią granicę w kierunku Witebska i Moskwy. Mapowanie i datowanie linii wędrówek, nieustanne porównywanie w przestrzeni i czasie przynosi nieoczekiwaną przyjemność – złudzenie kontroli, kolejną nadzieję na zapanowanie nad przestrzenią.
Technologia sprawia, że przestajesz czuć
„Wirtualna rzeczywistość”, o której wspomina Deakin, a która stanowi naczelną okoliczność pogłębiającą wyobcowanie przestrzenne współczesnych podmiotów, łatwo staje się pustym określeniem, o tyle szkodliwym, że upycha rozmaite procesy w jedno pojemne zaczarowane słówko. Na poziomie postrzegania sprawa jest jednak prosta – technologie, które patrzą, słyszą czy przemieszczają się w zastępstwie ciała, stając się jego przedłużeniem lub protezą, oddzielają percepcję od jej pierwotnych warunków, uniemożliwiają nie tylko wspomniane świeże spojrzenie, ale także bezpośrednie odniesienie do przestrzeni i obcowanie z nią. Wykluczają percypującego z przestrzennego wymiaru świata, a krzywda jest większa, niż można by się spodziewać, jeśli wierzyć Maurice’owi Merleau-Ponty’emu, że byt to właśnie „synonim bycia usytuowanym”.
U Rebekki Solnit symbolem oderwania od pierwotnych warunków funkcjonowania ciała staje się urągające zasadom pieszej wędrówki najpowszechniejsze wyposażenie wszelkich siłowni – bieżnia. Nie wytwarza ona energii elektrycznej, jak niegdyś kierat, zamiast tego ją w dużych ilościach zużywa. Ciało, które miało status zwierzęcia pociągowego, staje się maskotką – zamiast samo być środkiem transportu, jest teraz wyprowadzane na spacer jak piesek.
Autorka Zewu włóczęgi dowodzi w ten sposób współczesnego procesu zanikania przestrzeni. Bieżnie weszły do użycia w latach sześćdziesiątych XX wieku (…). Dzisiejsza [zamiłowana w spacerach – red.] Dorothy Wordsworth urządziłaby może w podziemiach domu niewielką siłownię, świat wyświetlałby się na przymocowanych do urządzeń ekranach. Na spacer wychodziłaby tylko do pobliskiego ogródka, a do Samuela jeździła samochodem, słuchając po drodze ulubionej muzyki i czekając za każdym razem na światłach przed skrętem w Lime Street. Choć ta wizja została bardzo uproszczona – także dzisiaj można żyć w zgodzie z zewem włóczęgi – pokazuje dodatkowe przeszkody, jakie musi pokonać współczesny piechur, przeciwstawiając się już nie tylko własnemu lenistwu i alternatywnym, niewygodnym formom transportu, ale i pokusie podróżniczego komfortu, który pozwala, by przemieszczając się, zajmować się jednocześnie czymś zupełnie innym.
Oderwanie od przestrzeni
Pamiętam z jednej z własnych podróży pasażerów ogromnego Boeinga wpatrujących się w ciemności w ekraniki – ze Świnką Peppą czy Jamesem Bondem – podczas gdy wystarczyło uchylić roletę, by zobaczyć rozciągającą się poniżej, rozświetloną niekończącym się zachodem słońca Syberię, z siecią wijących się rzek i połyskującymi ogniskami rafinerii pomiędzy nimi. Zanurzenie w swoistym pasażerskim komforcie było tak duże, że nikt nie odważył się nawet wyjrzeć przez okno. Odkąd pasażer może po drodze czytać czy się nudzić, przerzucając programy na własnym telewizorku, odkąd znajduje się przy tym kilkadziesiąt tysięcy kilometrów nad ziemią, podróżowanie, zamiast przybliżać do świata, bywa symbolem oderwania od przestrzeni, czasu i doświadczenia. Podobną samolotową scenę opisuje Czesław Miłosz w Widzeniach nad Zatoką San Francisco – i szuka przyczyn drążącej mieszkańców Ameryki „ontologicznej anemii” w „niedostatku szczegółu od dzieciństwa, w zastąpieniu go prefabrykatem”, braku zakorzenienia w lokalnym, rozpisanym na szczegóły krajobrazie.
Pociąg do melancholii
Stadium pośrednie stanowi pociąg – pasażerowie mogą po drodze czytać czy spędzać nadmiar czasu na leniwych rozmowach, jednak podróż koleją daje możliwość odczuwania szczególnej melancholii, ustawienia się w roli nieruchomego obserwatora przesuwającego się za oknem świata, i zarazem możliwość przyśpieszonej konstytucji krajobrazu. Jak pisał Michel de Certeau (…), podróżować koleją to „być poza rzeczami, które pozostają tam, odłączone, samoistne i porzucające nas”.
Jedyne miejsca styku nieruchomego, komfortowego świata z tym, co umyka, stanowią w pociągu szyba i szyna – jedna umożliwia widzenie, druga przemieszczanie się. „Szyba okna i żelazna linia stawiają po jednej stronie wewnętrzność podróżującego, będącego domniemanym narratorem, a po drugiej siłę bytu jawiącą się jako przedmiot bez dyskursu, moc zewnętrznej ciszy”. Pasażerów pociągu porównuje dalej de Certeau właśnie do pasażerów samolotu, pokazując, że ci drudzy za większą sumę pieniędzy dostają jeszcze większy stopień oderwania od świata, osiągają pozycję „posągów ustawionych w napowietrznym muzeum”, tracą jednak melancholijną przyjemność – to, co umyka za szybą, jest już właściwie niewidzialne.
Być może obniżając ceny, menadżerowie tanich linii dostrzegli właśnie owe ubytki melancholii. Gdyby francuski antropolog zobaczył dziś swoje „posągi” upchnięte w siedzeniach Ryanaira, pozbawione dostępu do takich podstawowych wygód jak nadające się do przełknięcia pożywienie czy miejsce na wyprostowanie nóg, zmuszone do wysłuchiwania szczegółowych zasad sprzedawanej na pokładzie loteryjki, rozszerzyłby swój katalog przestrzennych „przestępstw”, niepokornych procedur, które sprzeciwiają się nadmiernie zdyscyplinowanej przestrzeni, o sposoby ucieczki z owych „napowietrznych muzeów”.

Esej jest fragmentem książki Zofii Król Droga przez łąkę, opublikowanej przez wyd. Karakter.
Tytuł, lead i śródtytuły pochodzą od redakcji.
