Jak wziąć rower i odnieść życiowy sukces. Listy ze Słowenii #30

7 min. czytania

Słoweńscy sportowcy Igrzyska Olimpijskie w Tokio zaczęli dobrze, przypominając, że za sportowymi ideami stoją nie kwestie ekonomiczne, lecz ciężka praca, marzenia i niezłomność

Od tygodnia temperatura się podnosi. Ciężko zasnąć i coraz więcej Słoweńców narzeka na nieprzespane noce. Winne temu nie jest jednak jedynie gorące powietrze znad Afryki, ale przede wszystkim olimpiada w Tokio. O ile w polskich mediach przekaz z Japonii koncentruje się na organizacyjnych problemach i trudnych warunkach pogodowych, to w słoweńskich nagłówki kipią szczęściem. Nic dziwnego. Polacy póki co nie mogą zaliczyć igrzysk w Tokio do udanych. Zupełnie inaczej jest ze słoweńskimi sportowcami.

Po sześciu dniach zawodów reprezentanci Słowenii zdobyli już cztery medale, w tym dwa złote. Najlepiej zaprezentowali się kolarze: Tadej Pogačar i Primož Roglič. W kraju, gdzie sport jest traktowany niemal jak religia, rozpędza się kolarzomania. Na jej skrzydłach kolarstwo zaczyna być traktowane jak sport narodowy.

Władza ma do tego stosunek ambiwalentny, bo rowery stały się symbolem antyrządowych protestów rok wcześniej.

Jednak w sportowej euforii nawet notujący rekordowo niski poziom poparcia rząd schował się w cieniu. Tymczasem co bardziej zapalczywi kibice wspominają Janeza Puha (niem. Johann Puch), który według nich miał wymyślić współczesny rower. Czyli pojazd z dwoma kołami tej samej wielkości, z których tylne było napędzane za pomocą pedałów i łańcucha.

W rzeczywistości genialny słoweński konstruktor i fabrykant nie wymyślił tych rozwiązań, jednak twórczo je zmodyfikował. Sportowcy jeżdżący na jego rowerze Styria odnosili duże sukcesy. Do najważniejszych należało zwycięstwo Josefa Fischera w pierwszym wyścigu Paris–Roubaix.

Życie Janeza Pucha to piękna historia o spełnionym marzeniu.

Zdolny chłopak z rodziny małorolnych chłopów dzięki ciężkiej pracy (i posagowi żony) został zamożnym fabrykantem. A jak wiadomo “fortuna kołem się toczy”. Tym bardziej, że słoweńskie słowo “kolo” oznacza zarówno “koło” jak i “rower”.

Podobnie jak Janez Puh, swoje marzenia spełnia z pomocą jednośladów dwóch nowych bohaterów narodowych. Tadej Pogačar wlał miód w serca rodaków jeszcze przed rozpoczęciem rywalizacji w Tokio, gdy po raz drugi z rzędu wygrał Tour de France. Nie zdążono uprzątnąć Pól Elizejskich po wylanym szampanie i rozrzuconym confetti, gdy słoweński kolarz poleciał do Japonii. Koniec francuskiego wyścigu od Olimpiady dzieliło zaledwie sześć dni. Pomimo zmęczenia Pogačar zajął trzecie miejsce i już drugiego dnia rywalizacji zdobył pierwszy medal dla swojego kraju. Jednak prawdziwa euforia wybuchła po jeździe indywidualnej na czas. W pięknym stylu wyścig wygrał Primož Roglič.

Roglč jest w całym kraju wręcz uwielbiany za niezłomny charakter i upór, z którym pokonuje przeciwności.

Karierę zaczął jako skoczek narciarski. Był uważany za bardzo utalentowanego zawodnika. Potwierdził to wygrywając drużynowo młodzieżowe mistrzostwa świata w 2007 roku. Jednak w tym samym sezonie miał koszmarny wypadek na skoczni w Planicy. Wrócił do skoków narciarskich, ale upadek wpłynął na jego wyniki. W 2012 roku porzucił więc narty i… został kolarzem.

Już w następnym sezonie wziął udział w rywalizacji zawodowej, a dwa lata później wygrał wyścig po Słowenii. W 2019 roku zajął pierwsze miejsce na Vuelta a España, a w kolejnym roku ten wyczyn powtórzył. W tym samym sezonie większość etapów Tour de France przejechał w żółtej koszulce lidera, jednak na przedostatnim etapie wyprzedził go rodak Tadej Pogačar.

Rok 2021 miał być dla Rogliča okazją do rewanżu i zwycięstwa w najważniejszym z wyścigów. Jednak w trakcie pierwszego etapu fanka stojąca przy trasie z kartonowym transparentem spowodowała groźną kraksę. W wypadku mocno ucierpiał także Primož Roglič i w efekcie wycofał się z rywalizacji.

Choć cały kraj znów cieszył się ze zwycięstwa fenomenalnego Tadeja Pogačara, to równocześnie żałowano Primoža Rogliča. Dlatego, kiedy w Tokio dla Rogliča zagrał słoweński hymn, Zdravljica, wielu kibiców miało łzy w oczach. Roglič wskoczył na podium telemarkiem i w ten sposób nawiązał do swojej niełatwej drogi na sam szczyt.

Jego historia przypomina o pięknej stronie sportowej rywalizacji: marzeniach, ciężkiej pracy, poświęceniu i niezłomności.

Warto przy okazji igrzysk pokazywać takie historie, bo ciągłe koncentrowanie się na aspekcie ekonomicznym i organizacyjnym mistrzostw coraz bardziej oddala nas od idei olimpijskich.

Damian Buraczewski

Ze Słowenią związany od 2011 roku. Prowadzi blog SlovVine.com wybrany Winiarskim Blogiem Roku 2019 magazynu Czas Wina. Jego teksty o Słowenii ukazały się na łamach Tygodnika Powszechnego, Tygodnika Przegląd i Czasu Wina.

2 Comments

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.