Jak polubić deszcz. Listy ze Słowenii #56

przeczytasz w mniej niż 3 min.

Wiele wskazuje na to, że to najchłodniejsze lato reszty naszego życia

Pamiętam, jak będąc brzdącem jeździliśmy nad polskie wybrzeże na wakacje. Nerwowe przygotowania do wyjazdu, duży fiat zapakowany niemal pod sam dach i dwanaście godzin jazdy polskimi szosami, żeby dostać się nad Bałtyk. W końcu przez rok wyczekiwana kąpiel w morzu. Krótka co prawda, bo temperatura wody nie sprzyjała długiej zabawie.

Siedziałem potem zmarznięty i owinięty szczelnie od zimnego wiatru ręcznikiem. Wieczorem z niepokojem patrzyłem na zachód. Jeśli słońce zachodziło na czerwonym niebie, pogoda mogła się utrzymać. W przeciwnym razie przychodziło załamanie aury. Tak mówił tata, a ja mu wierzyłem. W rzeczywistości załamanie przychodziło zawsze w czasie wyjazdu. Czasem psuło jedynie dwa dni, czasem cały tydzień wakacji. Wówczas życzyłem sobie, żeby latem zawsze świeciło słońce.

Po trzydziestu latach moje życzenie stało się rzeczywistością. Niestety.

W tym roku w słoweńskim regionie nadmorskim słoneczna pogoda utrzymywała się nieznośnie długo. Od początku czerwca deszcz omijał Primorje szerokim łukiem. Kiedy inne regiony kraju były nawiedzane przez mniej lub bardziej gwałtowne ulewy i gradobicia, u nas wciąż świeciło słońce. Codziennie, uparcie, do znudzenia. W ciągu dnia cień stał się wyznacznikiem miejsc, gdzie da się jeszcze wytrzymać, choć rozżarzone powietrze lepiło nozdrza.

Tego lata słońce stało się największym wrogiem ludzi, roślin i zwierząt.

Dzień po dniu wysysało z wszystkiego resztki wilgoci. Monotonia pogody stała się w końcu nie do wytrzymania. Pierwsza zaczęła usychać figa. Liście najpierw zwiotczały, by wkrótce całkowicie zżółknieć. Wawrzyn szlachetny okazał się równie nieodporny na suszę. Mój warzywny ogródek pomimo codziennego nawadniania również wyglądał coraz marniej.

Przydomowe ogródki szybko straciły zielony powab. Mniej więcej w tym samym czasie leśnicy wydali ostrzeżenia o zagrożeniu pożarowym. Niemal równocześnie na Krasie wybuchł pożar. Jak miało się wkrótce okazać, największy w słoweńskiej historii.

Przez media społecznościowe przelała się fala myślenia magicznego. Ludzie nie mogą znieść faktu, że n

natura nie jest programowalna niczym pralka automatyczna. Wezwania do modlitw i wspólnych medytacji w intencji deszczu zalały social media. Tymczasem ogień rozprzestrzeniał się bardzo szybko. Gęsta roślinność porastająca Kras utrudniała akcję gaśniczą. Sytuację pogarszała dodatkowo burja (o której pisałem tu), która roznosiła ogień na znaczne odległości. Jakby tego było mało, nastąpiła awaria wodociągów i strażacy wodę musieli przewozić cysternami.

Wiatr zmienił kierunek i gęsty dym zajął całą Dolinę. Ogień zaczął zbliżać się do zabudowań i sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli sztabu kryzysowego. W akcji dzień i noc było ponad 1000 strażaków. W większości byli to członkowie ochotniczych straży pożarnych. Dla udziału w akcji gaśniczej musieli korzystać ze swojego urlopu. Do gaszenia włączono śmigłowce i samoloty. Jednak ogień wciąż szalał.

Sytuacja zrobiła się dramatyczna, kiedy zaczęły wybuchać pociski artyleryjskie z czasów I wojny światowej.

Eksplozje wybrzmiewały jedna po drugiej. Wszyscy czekali na deszcz, który uparcie nie nadchodził.

W końcu zaczęło padać, co pozwoliło opanować ogień i dało parę dni wytchnienia. Deszcz był jednak zbyt krótkotrwały, aby całkowicie ugasić pożar. Nowe ogniska znów zaczęły pojawiać się w okolicy. Większe opady synoptycy zapowiadają dopiero jesienią.

Sytuacja jest tragiczna w całej Europie Południowej. Mieszkańców ogarnia rozpacz. Zaś klimatolodzy pocieszają: to najchłodniejsze lato reszty naszego życia.

Napisz do autora tego tekstu: d.buraczewski@travelmagazine.pl

Damian Buraczewski

Ze Słowenią związany od 2011 roku. Prowadzi blog SlovVine.com wybrany Winiarskim Blogiem Roku 2019 magazynu Czas Wina. Jego teksty o Słowenii ukazały się na łamach Tygodnika Powszechnego, Tygodnika Przegląd i Czasu Wina.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.