Listy ze Słowenii #15. Wiatr zmian

Początek
6 min. czytania

Słoweńcy wiedzą, że z burją – zimnym suchym wiatrem – nie można walczyć. Trzeba się do niego dostosować

Ucieczka przed polską zimą (a bywa, że i deszczowym latem) była moim głównym powodem opuszczenia rodzinnych stron. Razem z ptakami zmykającymi przed mrozem obrałem kierunek południowy. Zatrzymałem się w Słowenii, zaledwie 15 kilometrów od wybrzeża Adriatyku.

Okolica nie przypomina niczego znanego z Polski. Przebywanie w nowej rzeczywistości łagodzi mi jednak słowiańskość i podobny do naszego język. Czasem wyobrażam sobie, że Słoweńcy to jedno z nadwiślańskich plemion, które w wyniku żartu historii znalazło się w jednym z najpiękniejszych zakątków Europy. Zapomniany brat Rusa, Lecha i Czecha, który zapuścił się nieco dalej i rozłożył leżaczek między szczytami Alp a ciepłymi falami Adriatyku. 

Przyznaję, nie lubię śniegu. Nie tęsknię za zimą. Owszem, doceniam estetykę świata przykrytego białym puchem, ale wolę oglądać go z daleka. Wystarczy, że z mojej doliny widać ośnieżone szczyty Alp i Dolomitów. Ładnie, sympatycznie i na dystans.

Dlatego, kiedy w ostatni poniedziałek zobaczyłem, że na zewnątrz jest biało, nie było mi do śmiechu. Palmy, drzewka oliwne, szerokie parasole pinii i smukłe cyprysy, wszystko pod śniegiem. Niespodziewany atak zimy okazał się jednak miłym zaskoczeniem dla moich sąsiadów. Nie zważając na padający deszcz, który szybko zastąpił bajkowe śnieżynki, dorośli i dzieci rzucili się do lepienia bałwanów i zabaw na śniegu. Portale społecznościowe zalały fotografie pobielonej doliny. Co prawda obłocone bałwany i ledwie przyprószone winnice na tle szarego nieba niespecjalnie robią na mnie wrażenie, ale śnieg traktowany jest tu jako sympatyczna anomalia, która może pojawić się znów dopiero za trzy-cztery lata. Całe szczęście.

Problem w tym, że typowa tu zimowa aura wcale nie jest łaskawsza. Wyobraźcie sobie polski listopad, który trwa trzy miesiące.

Jakby było mało, słoweńskie Przymorze otrzymuje zimą dodatkowy bonus. Jest nim burja. Burja, po polsku zwana bora, to zimny wiatr katabatyczny. Od wieków, na przemian z palącym słońcem, kształtuje krajobraz, architekturę i ludzi wschodniego wybrzeża Adriatyku.

Turyści włóczący się latem wąskimi uliczkami Piranu nie przypuszczają nawet, że to właśnie dzięki tak ciasnemu rozplanowaniu urbanistycznemu zimą da się tu w ogóle wyjść z domu. Burja potrafi być naprawdę potężna. Najmocniej wieje w mojej Dolinie Wipawy, często ponad 130 km/h, w porywach nawet 180 km/h.

Słoweńscy podróżnicy walczą z podmuchami burji.
Janez Vajkard Valvasor, rok 1689

Gdy pokazuje moc, życie zamiera. Nieczynne są urzędy, szkoły, zamknięta zostaje autostrada. Niektóre firmy zawieszają działalność albo pracują w ograniczonym zakresie. Można powiedzieć, że mieszkańcy Doliny są przyzwyczajeni do lockdownu, ponieważ ćwiczą go przynajmniej przez tydzień lub dwa każdego roku.

Różnica między lockdownem spowodowanym przez epidemię i burję jest jednak zasadnicza. Podczas epidemii musimy unikać obcych ludzi. W czasie burji natomiast odkrywamy, że nie ma obcych ludzi.

Chowając się za kamiennymi murami i ścianami domów, kuląc się od uderzeń zimnego powietrza, wszyscy zmierzają do kawiarni. Przy filiżance kawy lub kieliszku miodowej nalewki spotykają się pozbawieni przez wiatr zajęcia urzędnik, nauczyciel, kierowca ciężarówki czy rolnik. Życie wsi i miasteczek Przymorza przenosi się do lokali.

Trudno o większy kontrast niż ten pomiędzy pustką ulic a ciepłem kawiarnianego wnętrza w wietrzny dzień.

Kiedy na zewnątrz szaleje burja, ludzie stają się dla siebie życzliwsi. Schowani przed światem starają się przeczekać nieprzychylną aurę. Ten trening cierpliwości sprawia, że w czasie obecnej epidemii Przymorze radzi sobie najlepiej. Tutejsi mieszkańcy przez wieki zdobywali pewną mądrość. Wiedzą, że z wiatrem nie można walczyć, ale trzeba się do niego dostosować. Wszystkie plany i działania muszą uwzględniać najważniejszy czynnik: burję. W 2020 roku doszedł jeszcze jeden. Jest nim epidemia. Schowani w domach mieszkańcy Przymorza cierpliwie czekają na koniec globalnej pandemii.

Stoicyzm moich sąsiadów opiera się na jeszcze jednym doświadczeniu płynącym z życia w wietrznym środowisku. Otóż, po burji powietrze zawsze jest czystsze i zawsze świeci słońce.

Damian Buraczewski

Ze Słowenią związany od 2011 roku. Prowadzi blog SlovVine.com wybrany Winiarskim Blogiem Roku 2019 magazynu Czas Wina. Jego teksty o Słowenii ukazały się na łamach Tygodnika Powszechnego, Tygodnika Przegląd i Czasu Wina.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.