O pożytkach z chodzenia

6 min. czytania
nogi osoby spacerującej

Jedne z najcenniejszych chwil to te, gdy idziemy przed siebie

Chodzić można w zasadzie na trzy sposoby. Spacerować samotnie z ukierunkowaniem uwagi na to, co nas otacza; przechadzać się – również samotnie – zatapiając się przy tym we własnych myślach lub łazić sobie z kimś, co zazwyczaj wiąże się z długimi rozmowami i uwagą przeskakującą pomiędzy poruszanymi tematami a krajobrazem.

Pomijam w tym zestawieniu chodzenie sportowe. W treningach liczy się bowiem nie samo spacerowanie, lecz różne zasady i współzawodnictwo. A bywa, że i okazja do wydania pieniędzy na najnowsze sportowe stroje lub gadżety. Tym się nie zajmujemy.

Tak się złożyło, że w ostatnim czasie praktykowałem wszystkie te trzy sposoby przechadzania się. W ubiegłym tygodniu wybrałem się na jedenastokilometrową wędrówkę po północnych rubieżach Warszawy, by przygotować materiał do nowego działu w naszym magazynie. Nie będę o tej przechadzce za dużo teraz pisał – za jakiś czas na stronie pojawi się osobny materiał. Powiem tylko, że był to przyjemny ciepły dzień, który spędziłem na przedzieraniu się przez różne krzaki (ale znalazł się też czas na orzeźwiającą butelkę piwa). Z pewnością spacer ten najbardziej mieścił się w kategorii „uważnych podróży”. A więc takich, podczas których niemal cała nasza uwaga skupiona jest na tym, co wokół. Nawet jeżeli są to takie niespodzianki, jak małże rzucane ci przez wrony na głowę (wspomnę o tym na pewno w materiale).

O tę uwagę trudniej, gdy wędrujemy w czyimś towarzystwie. Nie od dziś jednak wiadomo, że nic tak nie zbliża, jak wspólne błąkanie się.

Lubię pokonywanie różnych tworzonych na bieżąco tras i toczące się podczas nich rozmowy. Jakoś lepiej rozmawia się w ruchu niż na kanapie, czy nawet przy knajpianym stoliku. Być może dlatego, że podczas spaceru zdarzające się chwile milczenia jakoś mniej rażą – można po prostu pogapić się na to, co wokół – i nie są źródłem obustronnego zakłopotania. A gdy naszego współspacerowicza dobrze znamy i nie musimy już się kłopotać konwenansami, ruch sprawia, że tematy dyskusji rodzą się żwawo i mkną często w zupełnie nowe, interesujące rejony. I nie jest specjalnie ważne, czy przemierzamy przy tym jakieś nieznane ścieżki w innym kraju, czy wspólne wyskoczyliśmy do Rossmana.

Wczoraj natomiast wybrałem się pod koniec dnia do Lasu Bielańskiego, by rozruszać się trochę po godzinach pracy przy biurku. Był to zdecydowanie ten trzeci rodzaj spacerów – a więc ukierunkowany do wewnątrz.

Przyznam, że nie jest to najlepszy przykład na „uważne podróżowanie”, którym zajmujemy się przecież w naszym magazynie. Niewiele bowiem z tego spaceru pamiętam, poza kilkoma atakującymi mnie komarami. Zatopiony jeszcze w trybie twórczym, wpadłem bowiem po uszy w ciąg myśli. Tak mnie one pochłonęły, że niewiele widziałem z tego, co dzieje się obok mnie. Ciało zajęło się ruchem, a głowa ułożyła – sama z siebie, bez żadnego wysiłku – cały artykuł, nad którym wcześniej biedziłem się cały dzień. Okazało się , że Friedrich Nietzsche miał rację, gdy pisał: „Jak najmniej siedzieć, nie wierzyć żadnej myśli, która się nie urodziła na wolnym powietrzu i przy swobodnym ruchu – jeśli i mięśnie przy tym nie uczestniczą”.

Nie ufajmy więc temu, co rodzi się w zamkniętym pomieszczeniu i w stagnacji. Jesteśmy stworzeni do chodzenia, nawet jeżeli czasem o tym zapominamy (lub raczej bardzo nie chcemy o tym pamiętać). Przez tysiąclecia marsz był dla nas podstawowym, a często jedynym sposobem przemieszczania się. Nasze ciała wciąż go potrzebują.

Wierzcie mi, najcenniejsze, najtrwalsze i najprzyjemniejsze chwile to te, gdy idziemy przed siebie.

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.