Po prostu wyjedź w Bieszczady

11 min. czytania

To książka dla tych, którzy lubią wydeptywać własne drogi. Szczególnie te bieszczadzkie. Recenzja książki Adriana Markowskiego

„Jak tylko przygrzeje, zaraz wszyscy walą na Wetlińską” pisze Adrian Markowski i nie sposób się nie uśmiechnąć. Kto był, ten wie. Kto nie był, ten zyska cenną wskazówkę. Takich kwiatków w książce „Bieszczady. Dla tych, którzy lubią chodzić własnymi drogami” znajdziemy wiele. I choć lubiący się włóczyć przewodnika z założenia nie potrzebują, to docenią, że adresowana do nich książka jest z czułością i miłością do gór napisana.

Adrian Markowski z Bieszczadami zna się jak łyse konie. Zawsze ma z tyłu głowy ich poplątaną historię. A opowiadając o nich, mówi jak o przyjacielu. Potrafi przejechać kawał drogi i przepytać masę ludzi, bo akurat poszukuje bohaterki pewnej bieszczadzkiej piosenki. Przerywa wędrówkę, by przegadać resztę dnia z napotkanym po drodze archeologiem. Wiosłuje kajakiem przez Solinę, chcąc oddać maczetę bieszczadzkiemu pustelnikowi. Lub zapala lampki na zapomnianym cmentarzu na prośbę poznanego przy zejściu ze szlaku mężczyzny, też zresztą jednego z plejady bieszczadzkich osobowości. A po górach chodzi po to, by je „najpełniej przeżyć”.

I choć snuć oraz słuchać opowieści uwielbia, zbędnych słów już nie.

„Może właśnie w Bieszczadach im wyżej się wchodzi, tym mniej i ciszej się mówi, instynktownie pojmując prostą prawdę, że kiedy idziesz w góry, wszystko, co niepotrzebne, co stanowi zbędny ciężar, również myśli, zostawiasz na dole. A wtedy mnóstwo rzeczy traci na znaczeniu i nie ma po co mielić ozorem. Bo tego, co chcesz powiedzieć, ułomne słowa i tak nie opiszą, a tylko ciszę niepotrzebnie zmącą”. Ktoś taki dobry jest na przewodnika. Nawet wtedy, gdy go nie potrzebujemy.

Zamysłem autora jest pokazanie nam wielu bieszczadzkich ścieżek. Tak, byśmy spośród nich mogli wybrać swoją i na niej zbudować własną bieszczadzką opowieść.  

Markowski opisuje chociażby szlak nieistniejących wsi czy ocalałych nielicznych cerkwi. Snuje, powolne niczym marsz przez połoninę w piekącym słońcu, opowieści o ludziach, którzy bieszczadzkie szlaki wytyczali. Oraz o tych, którzy legendarne dziś miejsca – jak chociażby „Chatkę Puchatka” – tworzyli. I jakby mimochodem przypomina, że jeszcze wcale nie tak dawno stolicą Bieszczad były Sianki, dziś sam koniec Polski, nieliczni turyści zapuszczali się najdalej do Komańczy, a po górach mało kto chodził.

Opisując niebo nad Połoniną Caryńską, Adrian Markowski pisze: „jest najbardziej przestronne, przewiewne, błękitne. I nigdzie indziej nie ma takich obłoków, na których powolną wędrówkę można gapić się godzinami, leżąc w trawie, przybierającej jesienną barwę czystego złota”.

A potem, na kartach książki wdaje się w dyskusję sam ze sobą. Próbuje rozdzielić uczucie pomiędzy połoniny niczym rodzic pytany, które z gromadki dzieci jest jego ulubionym.

„Każda połonina w Bieszczadach ma własną osobowość, własny charakter. W każdej co innego się widzi, każdą inaczej pamięta”.

I dalej: „Chociaż to Caryńska robi zazwyczaj na wszystkich największe wrażenie, trzeba uczciwie przyznać, że najpiękniejszą bieszczadzką połoniną jest Bukowe Berdo. Te widoki! Z Bukowego widać wszystko (…) Nawet odległy, leżący po ukraińskiej stronie i najwyższy w Bieszczadach Pikuj odcina się cieniem na horyzoncie. Cały świat można ogarnąć wzrokiem i jeszcze trochę więcej! Latem oszałamia zapach traw i rozgrzanej ziemi, jesienią kraśnieje jarzębina, której krzewy porastają zagajnikami zbocza, jakby ktoś tu i tam garść czerwonych korali sypnął”.

Autor nie poprzestaje jednak na widokach. Opowiada o bieszczadzkich tajemnicach. Nawet tych, o których niektórzy woleli by nie pamiętać.

Pisze więc o akcji Wisła, w ramach której przesiedlono (pomiędzy 1947 a 1950 rokiem) niemal 150 tysięcy ludzi i której „celem było zniszczenie społeczności bojkowskiej i łemkowskiej wraz z ich kulturami, obyczajami, pamięcią”.

Tłumaczy przy tym jasno, o co w tym chodziło i jak owe przesiedlenia wyglądały. Że mieszkańcy często mieli zaledwie godzinę na spakowanie majątku życia. Że wysiedlano nie tylko grekokatolików oraz Rusinów czy tych, co określali się jako Ukraińcy, ale też rodziny mieszane i Polaków. Iże palono wioski i cerkwie. Nie tylko, by zatrzeć ślady, ale też by wysiedlonym nie przyszło do głowy wracać. Że mieszkańcy bieszczadzkich mieścin na sygnał, że wojsko się zbliża uciekali do lasu, lub zakopywali co mieli najcenniejszego. A często był to cerkiewny dzwon.

Bo jak pisze Adrian Markowski: „dzwon był w bieszczadzkiej wsi największym skarbem (…) spiżowe dzwony były  cennym łupem i niejeden przetopiono na armatę (…) Ileż bieszczadzkich dzwonów czeka w ziemi! Ten z Balnicy został odkryty przypadkiem, o dzwony z Lutowisk upomnieli się dawni mieszkańcy wsi przesiedleni na początku lat pięćdziesiątych aż nad Dniepr, a oni już dobrze wiedzieli gdzie kopać. Jednak to wyjątkowe przypadki. Większość nadal śpi głęboko w ziemi i próżno ich szukać (choć wielu próbowało).”

Też bym próbowała. Zamiast tego usilnie próbuję wyszperać z pamięci szczegóły wizyty w Lutowiskach. A w internetowej wyszukiwarce sprawdzam, jak wyglądała nieistniejąca dziś już cerkiew. Oglądam zdjęcie z 1968 roku, a na nim drewnianą budowlę zwieńczoną bulwiastymi czapami srebrzących się kopuł. Wydaje się być w niezłym stanie. Niszczała powoli, aż w końcu rozebrano ją w 1980 roku, a drewno wykorzystano do budowy kościoła w Dwerniku.

Magią książki Adriana Markowskiego jest to, że uświadamia nam przegapione przez nas szczegóły.

Choć akurat szkoda, że historii dzwonów (ani samej cerkwi) autor nie pociągnął, bo jest wielce ciekawa. W internetach doczytuję, że ważący 130 kilogramów dzwon Mychajło i 50-kilogramowego Iwana odkopano w 1999 roku. I nadal nie zdecydowano, czy zostaną w Polsce, czy trafią do potomków fundatorów, na Ukrainę. Ciekawy trop. Ciekawa historia i to na bardzo długą opowieść. Jacek Hugo-Bader przekuł ją swego czasu w reportaż.

Zresztą sam autor w końcowym rozdziale przyznaje, że tam gdzie kończy się jego opowieść, zaczyna się ścieżka czytelnika i jego przygoda z Bieszczadami. „Może ktoś odnieść wrażenie, że to książka niedokończona. Poniekąd słusznie. Do powiedzenia zostało o wiele więcej (…) Ale tak właśnie miało być. Nie zamierzałem nikogo zarzucać szczegółami, zapuszczać się zbyt głęboko w gęstwinę wątków, opisywać do końca fabuły, bo każdy musi to przeżyć po swojemu. Nie trzeba pisać, co pod każdy kamieniem leży, bo gdy go kto inny podniesie zobaczy co innego”.

Jednym słowem, jak śpiewał Wojciech Młynarski: „Po prostu wyjedź w Bieszczady”.


Adrian Markowski

Bieszczady. Dla tych którzy lubią chodzić własnymi drogami

Prószyński i S-ka; 2021

Anna Janowska

Dziennikarka, autorka książki Monsun przychodzi dwa razy. Podróż szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar. W Pani i Travelerze pisze o podróżach, w Label Magazine o designie. Jej konik to wywiady - dla miesięcznika Zwierciadło rozmawiała min.: z Brigitte Bardot, Yotamem Ottolenghim, Elizabeth Gilbert czy Mariną Abramowić.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.