W Arles. Depcząc Van Goghowi po piętach

Początek
20 min. czytania

W Arles wszędzie widzę krajobrazy z płócien Van Gogha

Gdy po raz pierwszy wysiadam z pociągu na dworcu w Arles, mam w kieszeni niewiele więcej pieniędzy, niż miał Vincent Van Gogh. Malarz dotarł tu zimą 21 lutego 1888 roku. I choć Prowansję wyobrażamy sobie raczej w słońcu i kwiatach lawendy, to na polach leżało wtedy dobre kilka centymetrów śniegu. Winnice na tle gór o najjaśniejszych liliowych barwach z białymi szczytami na tle nieba, które widział po drodze, skojarzyły mu się z zimowymi pejzażami malowanym przez japońskich mistrzów.

Piaskowe fasady kamienic w kolorze ochry. Wąskie dające cień uliczki, skośne dachy, platany o powyginanych gałęziach drapiących niebo i rozkosznie lepki, rozleniwiający upał, od którego czerwienieją policzki. Bagaż mam niewielki, włóczę się więc po Arles w poszukiwaniu taniego hoteliku. To były czasy „przed internetem”, bookingiem i dostępnymi w telefonie wszystkimi opcjami noclegowymi obfotografowanymi z każdej strony. Brzmi jak prehistoria.

Rozglądając się po okolicy trafiam na mały antykwariat, którego wystawę zdobi książka: Vincent Van Gogh, lettres à Théo.

Za 10 euro kupuję listy, które Vincent, niemal codziennie pisał do młodszego brata, relacjonując na bieżąco, co mu w duszy gra. Siadam na murku przewracając żółte kartki.

Pierwsze wrażenia z pobytu w Arles Vincent zdążył opisać zanim jeszcze, zmęczony podróżą, położył się spać. Drugi list zaczyna słowami: Nie uważam na razie, żeby życie było tu tak świetne, jak mogłem się tego spodziewać, ale zrobiłem trzy szkice, czego w Paryżu, w tym samym czasie, nie potrafiłbym prawdopodobnie zrobić. Podaje też adres oberży, w której się zatrzymał: Restauracja Carrel na Rue Cavalerie 3, na rogu uliczki, która schodzi ku przepływającemu przez Arles Rodanowi. Dziś jest tu inna restauracja, a hotel – również inny –  mieści się naprzeciwko.

Dla siebie znajduję niewielki hotelik na Place Voltaire, pod potężnym platanem z szerokimi, choć pojedynczymi liśćmi dającymi cień.

Pokój ma tę zaletę, że jest czysty i tani. A na dodatek ma mini balkon, na którym mieści się krzesło i stolik. Kupuję butelkę wina, camembert, bagietkę i czuję się szczęśliwa.

Choć martwi mnie, że na razie wydatki są duże, a obrazy nie mają wartości pieniężnej (o ironio, napisał to człowiek, którego Portret doktora Gachet w 1990 roku osiągnął na aukcji rekordowe 82,5 mln dolarów!) dlatego nie tracę nadziei i spodziewam się dobrych rezultatów podróży na Południe. Widzę tu nowe rzeczy, uczę się, a mój organizm w lepszych warunkach nie odmawia mi swych usług. Dla wielu powodów chciałbym tu stworzyć jakąś przystań, miejsce odpoczynku dla biednych, zmęczonych dorożkarskich koni z Paryża – dla ciebie i dla naszych przyjaciół, biednych impresjonistów.

Przystań nazywa się Żółty Dom czyli Maison Jaune. Gdy studiuję mapę, okazuje się, że nazwę tę nosi dziś w Arles przynajmniej kilkanaście miejsc, chociażby popularny punkt sprzedaży pamiątek oferujący bukieciki lawendy czy magnesy ze słonecznikami. Maison Jaune, ów dwupiętrowy dom w kolorze świeżego masła, jak malarz opisał go w liście do siostry Willeminy, przykryty czapą skośnego dachu i unieśmiertelniony na płótnie, również figuruje na mapie.

Jednak gdy staję pod wskazanym adresem, okazuje się, że żółtego domu już nie ma. Był jednym z 300 budynków, który zmiotły bomby zrzucone na Arles 25 czerwca 1944 roku. Ostała się za to za jego plecami, elegancka mieszczańska, trzypiętrowa kamienica.

5 maja 1988 Vincent pisze do brata: Wynająłem pracownię, cały dom złożony z czterech izb (188 franków rocznie). Teraz chodzi o to, żeby tam można było spać: kupię dziś matę, materac i koc. Muszę jeszcze zapłacić 40 franków w hotelu, nie zostanie mi więc dużo. Ale teraz będę miał spokój z hotelami, gdzie płaci się drogo i gdzie nie było mi dobrze. I będę miał swój dom.

Theo był nie tylko marszandem brata. Opiekował się też nim finansowo. To dlatego listy pełne są próśb o pieniądze, wyliczeń ile poszło na farby, na płótna, na zakupy. Dzięki temu mamy pełny obraz tego, co zaprzątało Vincentowi głowę. Póki co, zajmuje go urządzanie domu. Ma nadzieję, że odwiedzi go brat albo Paul Gauguin, którego uważał za przyjaciela i mistrza. W listach pojawiają się opisy perypetii związanych z szukaniem szafy, łóżek czy lustra – to świetny zakup, bo dzięki niemu powstają autoportrety, oraz dekoracji – Vincent chce ozdobić pokój słonecznikami (tak, TYMI słonecznikami).

Dla malarza wszystko wokół staje się tematem. Krzesła i łóżka, które nabywa za 300 franków, czy pola, na których przesiaduje nie zważając na upał i tnące komary, a jesienią mistral, zwiewający mu płótno ze sztalug.

Zachwycony kolorami i światłem maluje bez wytchnienia pisząc: Ach! Ci co nie wierzą w słońce są bardzo bezbożni! I przelewa to słońce na płótno zamaszystymi ruchami, hojnie nanosząc kolejne warstwy farby, na którą co chwila – jak wiemy – brakuje mu pieniędzy.

Maluje jak w transie, gwałtownie. Laików ten proces przeraża, ci co znają się na rzeczy zazdroszczą mu natchnienia. Jest doceniany przez środowisko, ale jego obrazy nie znajdują kupców. Za życia Vincenta, sprzedał się tylko jeden – co dodatkowo nasila jego frustrację. I choć dziś wiemy, że jego płótna będą rozpalać na aukcjach młotek do czerwoności, to czytając listy do brata nie sposób nie poczuć żalu, że Vincent nie doświadczył choć odrobiny z tego uznania. Zdjęłoby mu to z barków część problemów.

29 lipca 1888 notuje w liście: Mówisz mi o pustce, którą czujesz; czuję zupełnie to samo. Jeśli uważać epokę, w której żyjemy, za prawdziwe i wielkie odrodzenie sztuki, to spróchniała i oficjalna tradycja wciąż jest żywa (…); nowi malarze są sami, ubodzy, traktowani jak wariaci i wskutek tego traktowania rzeczywiście stają się tacy w życiu społecznym.

Vincent doskonale wie, o czym pisze. Mieszkańcy małego – nie ma co ukrywać – miasteczka jakim jest Arles, nie rozumieją go.

Uważają za dziwaka. Po jego napadach złości i legendarnym już odcięciu ucha po zakrapianej alkoholem kłótni z Gauguinem – zaczną traktować jak niebezpiecznego wariata, domagając się zamknięcia go w szpitalu.

Ale to później. Póki co malarzowi udaje się znaleźć życzliwą duszę. Jest nią listonosz, którego poznaje wysyłając list za listem. Van Gogh uwiecznił jego twarz z bujną brodą, pokręconymi potokami spływającą mu z twarzy aż na pierś. Teraz mam nowego modela – pisze do brata. Listonosz w niebieskim mundurze ozdobionym złotem, wielka brodata twarz, bardzo sokratesowska (…). Człowiek ciekawszy od innych. Zachwycony, z zapałem maluje jego i całą jego rodzinę.

Z głową wypełnioną obrazami Van Gogha, przemierzam Arles w poszukiwaniu kadrów, które go zainspirowały.

Żelazny Most na Rodanie (już go nie ma, ale nabrzeże niewiele się zmieniło). Zacumowane statki. Park miejski przy placu Lamartine (w którym dziś znajduje się popiersie malarza), wnętrze kawiarni…

Gdy Vincent urządzał Żółty Dom, wynajął mieszkanie nad Café de la Gare, która prowadziła Marie Ginoux z mężem. Kobieta pozowała Van Goghowi (oraz Gauguinowi) do dwóch zupełnie różnych w nastroju obrazów „Arlezjanka”. Ale zanim to nastąpiło, Van Gogh przez trzy noce z rzędu, śpiąc za to całymi dniami, malował wnętrze kawiarni Le Café de nuit.

Dziś zacznę prawdopodobnie wnętrze kawiarni, gdzie przesiaduję wieczorem, w gazowym świetle. Jest to kawiarnia, którą nazywają tu „nocną”, zdarza się tu dość często, że kawiarnie pozostają otwarte przez całą noc. „Włóczędzy nocni” mogą w nich znaleźć schronienie, jeśli nie mają na zapłacenie pokoju albo jeśli są zbyt pijani, żeby im wynajęto pokój – pisze do brata, a mnie, gdy oglądam reprodukcję obrazu, aż przeszywa dreszcz od ziejącej z niego samotności.

Jest jednak w Arles miejsce, które nadal wygląda „jak z obrazu” (choć raczej dlatego, że odtworzono je na jego podstawie). Taras kawiarni w nocy to pierwsze dzieło malarza, w którym – na razie jako tło – znalazła się gwieździsta noc.

Pisał o tym w liście do siostry Willeminy: Bawi mnie niezmiernie malowanie nocy prosto z marszu. Normalnie obraz szkicuje się i maluje w świetle dnia. Ale ja lubię malować rzecz od razu. To prawda, że w ciemności możesz wziąć błękit za zieleń, blady fiolet za różowy fiolet, kiedy jest trudno odróżnić odcień. Ale to jest jedyny sposób, żeby uwolnić się od naszej konwencjonalnej nocy z jej słabym, bladym, białawym światłem, kiedy nawet zwykła świeczka daje takie bogactwo żółtych i pomarańczowych odcieni.

Gdy stoję na Placu Forum i patrzę na żółty taras Cafe Van Gogh, mam wrażenie, że… jestem w obrazie.

I nieważne, że to knajpa dla turystów serwująca nijakie dania po zawyżonych cenach. Doceniam, że choć na chwilę przenosi mnie do innego wymiaru. Van Gogh, paląc nieodłączną fajkę, rozstawił sztalugi tam, gdzie dziś umieszczono reprodukcję obrazu, będącego obecnie w zbiorach amsterdamskiego Rijksmuseum.

Za tym pierwszym razem w Arles nie dane mi było zobaczyć dzieł Vincenta. Ani jedno się tu nie ostało. Współcześni malarzowi mieszkańcy miasta, nie cenili jego sztuki, czego prawdopodobnie niejeden ich spadkobierca do dziś żałuje. Ale ponieważ do Arles wracałam wielokrotnie, obserwuję, jak miasto z czasem zaczęło naprawiać ten błąd.

W 2014 roku powstała tu Fondation Vincent van Gogh. Na początku, w jej siedzibie, będącej połączeniem XV-wiecznego budynku z nowoczesną plombą – nie można było zobaczyć dzieł malarza. Fundacja z założenia chciała oddawać ducha artysty oraz pokazywać prace tych, w których dziełach jest on obecny. W efekcie, najbardziej spektakularny był tu widok z tarasu na ceglane dachy Arles oraz napis na bramie, będący kopią podpisu malarza. Organizacja przez lata wykonała jednak ogromną pracę. Nawiązała kontakty, i gdy byłam tam dwa lata temu, prezentowała świetną wystawę prac Van Gogha, które dzięki niej wróciły tam, gdzie powstały. A w niedalekim Musée Réattu zobaczymy jeszcze jeden z listów artysty do Paula Gauguina.

Ostatniej nocy w Arles upał jest tak ciężki, że ledwie daję radę spać. Okno mam szeroko otwarte, ale zamiast bryzy wlatują przez nie tylko tabuny komarów. Tak mi się przynajmniej wydaje, gdy co chwilę przebudzam się z półsnu, żeby drapać swędzące ugryzienia. Rano, gdy otwieram opuchnięte oczy, widok pokrytego bąblami ciała działa lepiej niż mocna kawa. Recepcjonistka na mój widok załamuje ręce, krzycząc: pluskwy! Przynajmniej nie płacę za pokój, choć to niewielkie pocieszenie.

Na zakończenie idę na otoczony arkadami, zbudowany na planie czworoboku w XVI i XVII wieku, dziedziniec szpitala (dziś centrum kulturalne Espace Van Gogh), w którym malarz dochodził do zdrowia aż trzykrotnie.

Za pierwszym razem, w grudniu 1888 roku, gdy po sprzeczce z Gauguinem obciął sobie kawałek ucha, spędził tu dwa tygodnie.

Wrócił w lutym, po ataku paranoi wywołanej lękami. Za trzecim wysłali go tu mieszkańcy Arles, podpisując petycję o hospitalizowaniu artysty, którego uznali za wariata. Zajmował się nim doktor Félix Rey (również utrwalony na jednym z obrazów). Stwierdził u pacjenta manię prześladowczą. To był koniec przygody Van Gogha z Arles, miastem, które nie odpłaciło mu się zapałem, jaki on do niego żywił.

Rozglądam się po ukwieconym podwórku szpitala, który odtworzono na podstawie obrazu Van Gogha Dziedziniec szpitala w Arles. Pięknie, ale z dwojga złego, to ja już wolę być pogryziona przez pluskwy.

*Cytaty pochodzą z książki „Listy do brata”; Vincent Van Gogh; Czytelnik; 1998 r.

Anna Janowska

Dziennikarka, autorka książki Monsun przychodzi dwa razy. Podróż szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar. W Pani i Travelerze pisze o podróżach, w Label Magazine o designie. Jej konik to wywiady - dla miesięcznika Zwierciadło rozmawiała min.: z Brigitte Bardot, Yotamem Ottolenghim, Elizabeth Gilbert czy Mariną Abramowić.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.